reklama

Obserwator

Janusz Piskorski
0 Following 1 Followers
6
Znalazłem to na blogu p. Kotowskiego w Salonie24 i postanowiłem wkleić tutaj. Ciekaw jestem dlaczego autor nie zamieścił tego tutaj właśnie?

==================================



Zlot funkcjonariuszy Służby Bożej powiatu braniewskiego



Tekst ten zamieszczam na prośbę i traktuję go jako swego rodzaju, dość kontrowersyjną, ale jednak ciekawostkę. Tytuł pochodzi ode mnie.



Szanowne Koleżanki i Szanowni Koledzy!



Dość powszechna staje się tradycja spotkań po latach: a to kolegów i koleżanek ze szkolnej ławy (podstawówka, szkoła średnia, studi
Read More
a), a to dawnych pracowników zakładów pracy (tych zlikwidowanych i jeszcze funkcjonujących), a to członków jakiegoś innego kolektywu.



Dlaczego więc nie moglibyśmy się spotkać my dawni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa? Możemy przecież i wcale nie musimy się z tym kryć!



Proponuję tradycyjną już datę czyli 7 października. Pamiętacie przecież, że w okresie naszej służby krajowi tego właśnie dnia obchodzone było Święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Była to tradycja świętowana aż do 1989 roku z okazji powołania do życia, w 1944 roku, Milicji Obywatelskiej.



Na razie kieruję ten apel do b. funkcjonariuszy SB z terenu powiatu braniewskiego, ale chętnie też gościć będziemy koleżanki i kolegów z innych regionów naszego kraju. Dajmy przykład innym, tym żyjącym jeszcze, i spotkajmy się w gronie dawnych pracowników naszej służby tej ganionej obecnie, ale przecież niezbędnej w swoim czasie do funkcjonowania naszego kraju.



Sadzę, że warto zaprosić na nasz zlot także funkcjonariuszy b. Milicji Obywatelskiej, z którą to formacją nasza służba miała ścisłe związki, a w okresie tzw. przemian ustrojowych wielu naszych towarzyszy (po pozytywnej weryfikacji) znalazło w MO, a później w Policji schronienie przed nagonką, która się rozpętała po 1989 roku.



Szanowne Koleżanki i Szanowni Koledzy!



Nie mamy czego się wstydzić, przecież służyliśmy wiernie naszemu krajowi, czego chyba nie rozumieją dzisiaj niektórzy. Mieliśmy do wypełnienia poważne zadania i wypełnialiśmy je zgodnie z wolą naszych przełożonych, dla dobra i zachowania bezpieczeństwa naszego kraju. Służyliśmy krajowi profesjonalnie i z pełnym poświęceniem. Jeżeli ktoś teraz zarzuca nam, że działaliśmy bezprawnie, to niech przyjrzy się działaniom obecnych służb. Zasady przecież się nie zmieniły. Zmianie uległy tylko warunki, w jakich się służy krajowi oraz zwierzchnicy, którzy stawiają wymagania i polecają wykonywanie zadań.



Niedawno spotkaliśmy się w dość wąskim gronie b. funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa oraz Milicji Obywatelskiej i uznaliśmy, powołując komitet organizacyjny, że warto skorzystać z okazji do wspomnień w gronie dawnych koleżanek i kolegów póki jeszcze jest to możliwe, bo wielu z nas, bardzo wielu, nie ma już na tym świecie.



Chętnych do udziału w spotkaniu 7 października 2008 roku proszę o jak najszybszy kontakt listowny na adres: Komendant, 14500 Braniewo, ul. Kościuszki 103.

b. Komendant
6
Pojechałem do Redakcji, w której niegdyś byłem zatrudniony. Już od wejścia dostrzegłem, że nie tyle się rozwinęła, co rozrosła. Dawniej mieściła się tylko na jednym piętrze, a teraz obejmowała cały budynek.

Na dole, jak przystało na porządną firmę, znajdował się sekretariat z korkowymi żaluzjami i pokój Naczelnego, przed którego marsowe oblicze nie można się było dostać inaczej, niż przechodząc przez buduar sekretarki. O tym, czy powód do wizyty jest, czy absolutnie go nie ma, decydowała samodzielnie.

Gdy mnie zauważyła, jej uśmiech wynagrodził mi początkową wzgardę. Wesoły i w z
Read More
asadzie szczery, ośmielił mnie do zamanifestowania swojej sympatii, do podkreślenia szacunku dla uczciwości placówki, którą musiałem pożegnać szybko i z własnej, nie przymuszonej głupoty.

Pomyślałem, że są takie chwile w życiu każdego człowieka, że, niby wymiotne skrupuły, nachodzą go refleksje, żale. I te żale, te skruchy, czy spóźnione pokuty sprawiają, że człowiek chce otrzymać rozgrzeszenie ze świństw, których nie popełnił.

Poczucie winy za zrobienie komuś krzywdy, jest jego przeklętym świadectwem, dokumentem, legitymacyjnym emetykiem, potwierdzeniem faktu, że potrafił zbłądzić z klasą, toteż ani trochę nie czułem się lawirantem spisanym na straty, ale czułem się lawirantem doskonałym, który odzyskał wiarygodność, któremu puszczono w niepamięć to, że miał racjęi.

Z powodzeniem tłumaczyłem sobie, że moja kara już się zakończyła, że mogę wrócić z czystym sercem i pustym kontem, wrócić do pracy, na państwowe łono, do swojej tłumnej izolacji, wrócić z wygnania, z niedostatku, na które to ekscesy skazałem się dobrowolnie, nie szczędząc sobie słów potępienia, gdy, przed kilkuosobowym gronem drani wtajemniczonych w moją aferę, składałem solidną i ugruntowaną samokrytykę (a ludzie z tamtego czasu, nie byli za przebaczaniem) i musiałem zniknąć.

Kiedy wróciłem, stare kąty były kątami całkowicie nowymi, toteż, ze zdwojoną energią, rzuciłem się naprawiać poprzednie pomyłki.

Wyprany i w zupełności odrestaurowany z poprzednich wzruszeń, idąc groźnym korytarzem w kierunku drzwi Naczelnego żywiłem nadzieję, że i on zmienił się w Człowieka.

Uległem jednak złudzeniom, ponieważ w gabinecie zmienił tylko kanapę. Nowa miała baldachim, a w starym miejscu na kosz z podaniami, tkwiła reprezentacyjna kajalnia i stał ergonomiczny klęcznik.

Przepraszał za bałagan i zachęcał, bym ułożył się, jak za starych, niedobrych lat, na dywaniku w poczciwe ciapki.

Nastąpiło ogólne zbratanie, puściły nam nerwy, staliśmy się rozlewni, połączyło nas wzajemne narzekanie, wzajemne podnoszenie na niepewnym duchu.

Tłumaczył się, że musiał mnie wylać, ale że miał wtedy na utrzymaniu liczną rodzinę i przeciekający dach.

Utrzymywał, że i tak ze mnie szczęściarz, ponieważ zachowałem coś w rodzaju twarzy.

Całował mnie głośno i z rozmachem; tak mocno, by nawet w sekretariacie wiedziano o tym, że zostałem przywrócony do wynoszenia śmieci, a w stronę sekretarki krzyknął, by na jednej nodze przyniosła nam kawę i ze dwie lufy.
6
Europa podkuliła ogon? Nie ma lepszej wiadomości dla Rosji. Teraz powinniśmy się spodziewać najwyżej rosyjskich sankcji wobec naszego kraju w ramach retorsji za "polskie awanturnictwo", co słusznie przewidywał dziś dr M. Ryba.



Był kiedyś taki dowcip rysunkowy (Mleczki lub Krauzego, nie pamiętam): agresywny żul zamierza się z pięścią na inteligenta, ten zaś podnosi wskazujący palec, mówiąc: "Polemizowałbym". Jak żałosnym i papierowym tworem jest UE, to widzimy właśnie w chwili poważnej próby. Jeden kraj zaatakował inne państwo, zajął część jego terenów i ogłosił, że nic się nie sta
Read More
ło. Wprawdzie UE nie jest jeszcze w sytuacji takiej jak inteligent na wspomnianym rysunku, ale dokładnie tak się zachowała. Gdzieś kogoś łoją, eurokraci zaś pocierając zmarszczone czoła, dumają, jaką formułę polemiczną zastosować.



Żeby jednak było jasne, nie mam tu na myśli stanowiska Polski, która wspierała Gruzję w nierównej walce z Rosją od samego początku. Żywię też nadzieję, że tak jak wojna w Gruzji, tak obecny "pokaz siły UE" przemówi do rozsądku niektórym przynajmniej polskim politykom, którzy w coraz większej integracji ze "strukturami unijnymi" widzą jakieś szanse na zabezpieczanie Polski. Nic bowiem bardziej błędnego. Ba, takie pogłębianie integracji niesie zagrożenia także dla naszego kraju.



Obecnie przechodzimy nie tylko powtórkę z historii sprzed II wojny światowej (choć można znaleźć poważne analogie z czasami stalinowskimi po wojnie), ale i przyspieszony kurs eurodyplomacji. To, że Rosja skutecznie realizuje swoją imperialną politykę, to wiemy nie od dziś. To zaś, że UE przyjmuje takie działanie z dobrodziejstwem inwentarza, to wiemy właśnie od dziś.



Na filozofii chowania głowy w piasek można jakiś czas przeczekać burzliwe wydarzenia, jednakże nie przeczeka się chwili, gdy ktoś przyjdzie nas zwyczajnie kopnąć w d. UE będzie więc mogła się cieszyć z tego, że Rosja ze zrozumieniem przyjmie deklarację "potępiającą" i uzna, że eurokraci "wykazali rozsądek", jakiego Moskwa oczekiwała, lecz jest więcej niż pewne, że taką postawą UE nie tylko implicite usankcjonuje dotychczasowe działania rosyjskich bezpieczniaków i wojskowych, ale i zachęci ich do następnych tego typu działań. A jest się koło czego zakręcić. Ukraina, Mołdawia, Estonia... Mniejszości rosyjskich "zagrożonych" jest wiele i Kreml może wysłać w ich obronie kolejne "pokojowe" oddziały. Wiemy od wieków, że nikt tak jak Rosjanie nie potrafi walczyć o pokój. XX wiek pokazał to w olbrzymiej skali. Niemożliwe? Jeszcze niedawno wojna w Gruzji wydawała się wielu komentatorom niedorzecznością.



Jaka z tego wszystkiego lekcja dla nas, ludzi zamieszkujących UE? Taka, że uczestniczymy w politycznym projekcie mającym swe podstawy w całkowitej fikcji. Cała ta drętwa, napuszona mowa towarzysząca "integracji europejskiej" spisana w traktatach takich czy owakich nadaje się wyłącznie do kosza. Z jednej strony to dobrze, ponieważ nie ma co się UE bać i pewnie szybciej klęknie niż myśleliśmy - z drugiej jednak okazuje się, że dla UE argument siły to argument ostateczny, ucinający wszelką dyskusję. Na razie eurokraci nadstawiają cudzy policzek i los jakiejśtam części Gruzji im lata - łaskawie sypną groszem na otarcie łez, ale przecież "nie będą drażnić Rosji" wysyłaniem żołnierzy, którzy mogliby stanąć naprzeciw posowieckich tanków, czy - nie daj Boże - wypchnąć ich poza granice okupowanego kraju. Za niedługi czas jednak będą musieli spłacić kolejny haracz zgodnie z wymogami nakładanymi przez rosyjską filozofię rekietu, realizowaną także w polityce.



Wiadome, że cudze pieniądze wydaje się najłatwiej i najszybciej, toteż i w geopolityce najchętniej płaci się cudzymi ziemiami, cudzymi dobrami, cudzym spokojem, cudzą niepodległością. Ba, przez chwilę można się nawet nieźle zabawić w ten sposób, dopóki bandyci nie zastukają do drzwi tych, co najgłośniej się bawią. Stara Unia (pomijając UK) jednak wychodzi z założenia, że jej nic nie grozi, bo można płacić albo "ziemiami niczyimi" (jak Gruzja), albo w najgorszym razie tym, co mają do zaoferowania kraje "nowej UE".



W tej sytuacji, obok wzmacniania polityczno-militarnych relacji polsko-amerykańskich, Polsce pozostaje umacnianie więzów z krajami nadbałtyckimi, które - co widzieliśmy - rozumieją, na czym polega rosyjskie zagrożenie (Finlandia, dobrze znająca rosyjskiego sołdata, rozważa nawet wstąpienie do NATO). Ewentualny kolejny już z rzędu kryzys UE nie powinien nas martwić, troszczyć powinniśmy się bowiem o nasz własny los, wiedząc, że możemy być jednym z następnych w kolejce krajów, które zechce skarcić Moskwa.



Stworzenie szerzego bloku środkowoeuropejskiego o charakterze antyrosyjskim byłoby najlepszym wyjściem, ale to rzecz na lata, podczas gdy konsolidacja z krajami nadbałtyckimi wydaje się najprostsza w realizacji i najszybsza. Pozostaje jeszcze kwestia relacji z Ukrainą, ale w tymże kraju Rosjanie będą chcieli wywołać tektoniczne pęknięcia, których polityczne skutki nie są łatwe do przewidzenia. Ukraina wszak, widząc, jaką UE przywiązuje wagę do integralności terytorialnej krajów nieleżących w sferze jej bezpośrenich interesów, nie musi pokładać nadziei w "integracji europejskiej", ale może zawrócić na wschód, po prostu (w czym Moskwa chętnie by pomogła). O dalszym losie Gruzji to w tej chwili w ogóle trudno powiedzieć, skoro Rosji pozostawiono właściwie wolną rękę. To, że UE chce wspomóc ją humanitarnie, a nawet odbudowywać, brzmi jak jakiś ponury żart. Czy tereny zajęte przez Rosjan będą przywracane Gruzji drogą "dalszych negocjacji"? A może za pomocą wykupu? Czy może raczej integralność Gruzji będzie obejmować tereny bez Osetii Płd. i Abchazji? No, wtedy UE wykazałaby się naprawdę szerokim gestem.



Gdyby tego było mało, to problemy międzynarodowe opisywane powyżej, przekładają się w bardzo prosty sposób na sytuację wewnętrzną naszego kraju, w którym przecież "Partia Przyjaciół Rosji" w rozmaitych swoich frakcjach wciąż i wciąż jest obecna i silna. Musimy mieć świadomość, że zwycięstwo Moskwy na arenie mędzynarodowej, to znakomita wiadomość dla "PPR", która w miarę postępów w zacieśnianiu więzów polsko-amerykańskich i środkowoeuropejskich zrobi wszystko, by te więzy pozrywać. Ponadto Rosja będzie "PPR"-owi cały czas pomagać.



Jakże komicznie brzmią jakieś pradawne, buńczuczne tezy, że UE będzie konkurencją dla USA. Teraz wiemy, że UE nie jest w stanie przeciwstawić się nawet Rosji.
6
Z wielkiej chmury mały deszcz. Tak najkrócej podsumować można wyniki brukselskiego szczytu w sprawie Rosji. UE ograniczyła się bowiem tylko do słów krytyki wobec Rosji oraz do zapowiedzi, że jeśli Rosja jeszcze raz zachowa się nieładnie to Unia jej pokaże... Co i kiedy pokaże oczywiście nie ustalono, bo przecież wymuszałoby to zajęcie jednolitego i jednoznacznego stanowiska, a na to zwyczajnie się nie zanosi.



Trzeba jasno powiedzieć, że Unia zwyczajnie nie jest w stanie wypracować takiego stanowiska. Jej państwa mają odmienne interesy wobec Rosji. A Kreml umiejętnie je rozgrywa.
Read More
Niemcy połączone z Rosją współpracą gospodarczą nie zaryzykują dla odległej Gruzji wystawienia ich na szwank. Francja (pomijając obecne w jej elitach prorosyjskie sympatie), której prezydent miał przynieść Tblisi pokój nie przyzna się do tego, że cała jego akcja okazała się porażką, a w układach z władcami Kremla dała się wprowadzić w błąd.



Oporu tych dwóch państw, którym sekundowały otwarcie prorosyjskie Włochy, oraz lęku Europejczyków przed Rosją nie jest w stanie przeważyć ani postawa Polski (dość zresztą miękka), ani Wielkiej Brytanii (którą uznano za przesadnie antyrosyjską). I nie ma się co oszukiwać, że przyszłość czy podpisanie Traktatu Lizbońskiego cokolwiek zmieni. Interesy państw członkowskich za tydzień, a taki termin zwołania kolejnego szczytu postuluje prezydent RP pozostaną rozbieżne. Potencjalny zaś minister spraw zagranicznych UE i za rok będzie je musiał brać pod uwagę. Jeśli zaś uda mu się od nich uwolnić, to jest niezwykle mało prawdopodobne, że rzeczywiście potępi Rosję. Gdyby to zrobił zostałby bowiem uznany za człowieka napełnionego antyrosyjskimi fobiami, który uniemożliwia porozumienie z Rosją. A potem odwołany ze stanowiska.



Ale ta miękkość wobec Rosji dowodzi tylko jednego, że politycy europejscy nie uczą się na błędach swoich poprzedników. Gdyby przemyśleli historię zimnej wojny, to wiedzieliby, że ustępstwa i szukanie dialogu tylko ośmielają Rosję. Problem polega bowiem na tym, że paradygmat dialogu, rozmowy, ustępstw i stopniowego rozmiękczania Rosji zwyczajnie się nie sprawdza. Dyplomacja rosyjska (podobnie jak jej poprzedniczka dyplomacja sowiecka) do perfekcji opanowała bowiem nie tylko rozgrywanie podziałów w świecie Zachodu, ale i sprawianie wrażenia liberalizacji na zmianę z zaostrzaniem kursu. W trakcie zaostrzania opanowywała kolejne państwa (głównie afrykańskie), a w ramach odprężenia, dialogu umacniała swoje terytorialne zdobycze. Zachód nieodmiennie dawał się już za czasów sowieckich łapać na taką sztuczkę. I teraz nie jest inaczej. Po pacyfikacji Gruzji Zachód za dobrą monetę bierze zapewnienia Miedwiediewa i Putina o niechęci do zrywania relacji z Europą. I rzeczywiście na jakiś czas w debacie i dyplomacji zapanuje język miłości, dialogu i budowania pokoju. Do czasu, gdy Kreml nie uzna, że jest gotowy do kolejnego podboju. Wtedy nastąpi czas zamrożenia (osłabiany obawami Zachodu przed otwartą wojną) stosunków.



Jedynym wyjściem z tego zaklętego kręgu dyplomatycznego oszustwa jest powrót do strategii, która pozwoliła Zachodowi wygrać zimną wojnę. A tę sformułował jasno Ronald Raegan, który nie tylko miał odwagę określić Związek Sowiecki imperium zła, ale też przeprowadzić akcję sankcji ekonomicznych i politycznych, które w połączeniu z zakręceniem kurka z dolarami dla komunistów, doprowadziły do krachu imperium. Teraz przy pełnej świadomości zmiany sytuacji gospodarczej czy politycznej trzeba zachować się podobnie: nazwać rzecz po imieniu, poszukać metod nacisku na Rosję i zrealizować je. Jeśli tego nie zrobimy to możemy tylko liczyć na słabość Rosji i/lub jej dobrą wolę. Wiara w Putina jest jednak dość słabym gwarantem bezpieczeństwa. A historia Europy jasno pokazuje, niestety, że ugłaskiwanie państw przestępczych, nie może być realnym narzędziem budowaniem pokoju. Ci, którzy w Europie nie chcieli umierać za Gdańsk krótko potem mieli obce wojska w swoich stolicach.
6
Eurodeputowana Lidia Geringer de Oedenberg (SLD) twierdzi, że polskie urzędy łamią prawa gejów, co ma przejawiać się odmową wydawania zaświadczeń o stanie cywilnym gejów. Zarzut ten jest kompletnie bzdurny i stanowi przejaw nachalnej pedalskiej propagandy.



Informację taką odnalazłem na portalu Interia.pl, ale zaopatrzoną już w znak zapytania. Słuszna to ostrożność, bowiem o żadnym łamaniu praw gejów być nie może. Pani europoślinka raczy sobie chyba żartować i jednocześnie wykazuje się nieznajomością prawa obowiązującego w Polsce.



Polska administracja łamie unijne pr
Read More
awo, odmawiając wydania zaświadczeń o stanie cywilnym gejom, którzy chcą zawrzeć związek partnerski za granicą twierdzi eurodeputowana Lidia Geringer de Oedenberg (SLD). I domaga się reakcji od Komisji Europejskiej.

()

Problem dotyczy zresztą nie tylko par homoseksualnych, ale czasem też heteroseksualnych. Miałam liczne głosy w tej sprawie, m.in. od przedstawicieli Kampanii Przeciwko Homofobii mówi Geringer de Oedenberg. Polskie przepisy nakazują wydanie takiego zaświadczenia, ale urzędnicy masowo go nie stosują, kierując się własnymi przekonaniami dodaje.

[http://fakty.interia.pl/polska/news/polskie-urzedy-lamia-prawa-gejow,1170743,3]



W naszym kraju (mam nadzieję, że w dalszym ciągu Naszym) zapisy Konstytucji, a za nią m.in. ustawy o ochronie danych osobowych zakazują tworzenia urzędowych rejestrów zawierających dane także o preferencjach seksualnych obywateli naszego kraju. Odmowa wydania zaświadczenia może więc dotyczyć obywatela, a nie jakiegoś geja, lesbijki, sodomity, zoofilia czy też innego pedała.



Jeśli w jakiejś euholandii czy innym gejowskim europejskim raju tego rodzaju rejestry są prowadzone, to ostatecznie ICH nie NASZA sprawa, ICH nie NASZE prawa. Obecnie każdy może sobie wybrać kraj zamieszkania i zameldowania. Nie podoba się TUTAJ? Won do raju! Wolna droga.



Dla mnie postawa i działania eurodeputowanej Lidii Geringer de Oedenberg oznaczają, że uważa on, iż gej znaczy więcej niż obywatel. Nie utożsamiam się z tym poglądem. Absolutnie nie!



A pani europoseł doradzam zająć się sprawami obywateli, a nie pedałów tylko.
6
Za kilkanaście godzin kolejna rocznica, o której żaden Polak nie zapomina co najmniej od pierwszego dnia w szkole i która towarzyszy nam co roku zmuszając do refleksji nad darem wolności, darem ojczyzny i nieuchronnością życiowej próby. Tym ważniejszą i tym dramatyczniejszą wymowę ma sprawa planowanego filmu o Westerplatte i związany z nią skandal. Za dramat uważam przyklejanie sobie na czoło "antypatriotyzmu"przez rozmaitych tfu!rców, czynienie z tego postawy do naśladowania i... cyniczne kasowanie za to pieniędzy z kieszeni polskiego podatnika. Czyli - antypatriotyzm popłaca? Czyżbyśmy da
Read More
lej żyli w PRL- u?



Dlatego wklejam poniżej rozmowę z sobotnio-niedzielnego wydania Naszego Dziennika z nadzieją, że poprzez mój blog jej treść dotrze do paru osób więcej ...





Scenariusz filmu ma antypolską i antypatriotyczną wymowę



Z Mariuszem Wójtowiczem-Podhorskim, pełnomocnikiem wojewody pomorskiego ds. rewitalizacji Westerplatte, autorem mającej ukazać się drukiem monografii walk o Westerplatte, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler



Czy ktokolwiek z ekipy filmowej realizującej antypolski film "Tajemnica Westerplatte" w reżyserii Pawła Chochlewa kontaktował się z Panem lub kimś ze Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte w sprawie konsultacji historycznych odnośnie do scenariusza filmu?



- Nie. Nikt z nami się nie kontaktował. O tym, że w ogóle taki film ma powstać, dowiedzieliśmy się podczas przypadkowego spotkania z filmowcami na Westerplatte w lipcu bieżącego roku. Filmowcy nie byli zainteresowani naszymi zbiorami oraz archiwum. Mówili: "My wszystko wiemy", oraz twierdzili, że pracują nad scenariuszem od trzech lat, a także że konsultowali się z ostatnimi żyjącymi obrońcami Westerplatte i rodzinami już nieżyjących, co jest kłamstwem. Jak się bowiem później zorientowaliśmy, filmowcy nie konsultowali się ani z westerplatczykami, ani z krewnymi obrońców. Tego samego dnia spotkałem się z filmowcami przy kolacji, gdzie szybko okazało się, iż ich wiedza dotycząca Westerplatte jest bardzo znikoma. Dla żartu zacząłem więc opowiadać różne wymyślone ad hoc rzeczy na temat obrony Składnicy, a oni to skrzętnie notowali, myśląc, że to prawda. Reżyser zresztą bardzo szybko znalazł się pod wpływem alkoholu, stał się bardzo gwałtowny, gestykulował i wstawał od stołu. Uznałem, iż dalsza rozmowa nie ma większego sensu. To nie są ludzie, którzy mogą realizować filmy o polskiej historii. Wychodząc z kolacji, za swoje zachowanie przepraszał mnie reżyser Chochlew, producent Robert Żołędziewski, a wszystkiemu przypatrywał się z lekkim zażenowaniem Allan Starski. Swoją drogą - jestem bardzo zdziwiony, że pan Starski bierze udział w tak skandalicznym projekcie, jak i tym, iż znaleźli się aktorzy gotowi odegrać tak haniebne role, a są to m.in. Bogusław Linda, Paweł Małaszyński, Robert Więckiewicz, Jan Peszek, Andrzej Grabowski czy Robert Żołędziewski, zarazem wspomniany producent filmu.



Co szczególnie poraziło Pana w scenariuszu tego filmu?



- 14 sierpnia br. zostałem poproszony przez kancelarię premiera, jako jeden z wielu ekspertów, o zaopiniowanie tego scenariusza pod kątem historycznym. W eksplikacji, czyli osobistym opisie filmu, Paweł Chochlew - reżyser, scenarzysta, a równocześnie w tych rolach całkowity debiutant, pisze takie rzeczy, że włos się jeży na głowie. Stwierdza, że patriota jest osobą zaślepioną, a patriotyzm porównuje do współczesnego terroryzmu. Pisze, iż pojęcie patriotyzmu "należałoby przedefiniować na użytek przyjaźniejszej przyszłości". Chochlew podaje, że fabuła jego scenariusza oparta jest na faktach. Pisze: "W scenariuszu wiernie odtworzyłem tamte wydarzenia, które były tak emocjonujące, że nie potrzebowały przesadnego koloryzowania", oraz że film skierowany jest do młodzieży i ma charakter edukacyjny. Wśród 118 stron, jakie dostałem, co najmniej 80 procent to totalna fikcja, epizody, które nigdy nie miały miejsca i przede wszystkim atakujące patriotyzm i polską historię.



Jak przedstawieni są tutaj sami westerplatczycy?



- Gdyby ktoś miał zlecić scenariusz, który byłby ohydny, wulgarny i niszczący legendę westerplatczyków, to tutaj otrzymałby realizację takiego zamówienia. Westerplatczycy pokazani są bowiem w scenariuszu jako banda zdemoralizowanych degeneratów. I to bez mała niemal wszyscy bez wyjątku - od mjr. Henryka Sucharskiego, przedstawionego jako psychopata, przez kpt. Franciszka Dąbrowskiego jako m.in. nałogowego alkoholika, po podoficerów oraz szeregowców - sadystów, zboczeńców i tchórzy. Jestem zdziwiony, że obrona Westerplatte według scenariusza trwa aż siedem dni, bo gdyby była taka, jak przedstawił to Chochlew, to powinna trwać siedem minut. Żołnierze, kiedy nie strzelają do Niemców, a robią to rzadko, to strzelają do siebie albo biją się na pięści, zazwyczaj, cytując za autorem, "pijani jak bela". Tak wygląda scenariusz. Jedną z większych scen batalistycznych stanowi walka polskich żołnierzy z ich kolegami dezerterami w budynku elektrowni. To są rzeczy wzięte z powietrza, coś takiego nie miało miejsca. Dowiedziałem się później, że dostałem do zaopiniowania jedną z łagodniejszych wersji scenariusza, który został wcześniej poprawiony. Jestem ciekaw, jak wyglądała zawartość poprzednich wersji. Scenariusz dowodzi całkowitej nieznajomości historii obrony, ale i szczegółów koniecznych do tego, by podjąć się wyzwania napisania scenariusza jednej z najważniejszych bitew w polskiej historii. Mylone są w nim nazwiska (to nie są literówki), a także stopnie żołnierzy. Widać także wyraźnie nieznajomość w topografii Westerplatte i obiektów. Obca jest także wiedza na temat broni i wyposażenia wojskowego.



Chochlew uderza więc z premedytacją w dobre imię żołnierza polskiego?



- Tak. Stworzony obraz polskiego żołnierza i oficera Wojska Polskiego jest porażający. Polski żołnierz jest niemal ciągle pijany, ordynarny, chamski, niezdyscyplinowany, strzelający w afekcie do własnych żołnierzy, jak i do przełożonych lub też grożący mu bronią. Żołnierze, którzy w rzeczywistości dzielnie walczyli, w scenariuszu okazują się dezerterami, wychudzonymi, wystraszonymi tchórzami i złodziejami. Są też tacy, którzy, jak wiemy z historii, po bombardowaniu 2 września leżeli ciężko ranni w koszarach w punkcie opatrunkowym, ale nie w scenariuszu Chochlewa. Tu są w pełni sił do końca walki. Zatrważający jest obsceniczny obraz niskiego morale polskich żołnierzy z Westerplatte, oglądających pornograficzne karty, które oblewają wódką, całują i liżą. Żołnierze zazwyczaj notorycznie przeklinają, po pijanemu strzelają do Niemców, również po pijanemu kąpią się nago w morzu i nago biegają po Westerplatte pod ogniem nieprzyjaciela, kradną jedzenie lub oddają mocz na portret marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. "Uświęcenie" filmu ostatnią sceną pokazującą Papieża Jana Pawła II na Westerplatte w 1987 r. to już nie tylko hipokryzja, ale ewidentny atak na jego ważne przesłanie do młodzieży ze słowami: "Każdy z Was, młodzi Przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych". Jak brzmią, po tak przedstawionym w filmie obrazie obrony Westerplatte, pamiętne słowa Papieża?



Jak przedstawia się scenariusz filmu "Tajemnica Westerplatte" na tle scenariusza filmu Stanisława Różewicza "Westerplatte" z 1967 roku?



- Scenariusz ten nawet w najmniejszym stopniu nie dorównuje scenariuszowi filmu Stanisława Różewicza "Westerplatte", którego konsultantami było trzech westerplatczyków. W filmie Różewicza, choć z mocno pomieszaną chronologią zdarzeń, a także wieloma wówczas celowymi i koniecznymi z punktu widzenia

PRL-owskiej propagandy przeinaczeniami, można jednak każdy epizod przypisać do relacji zamieszczonych w publikacji Zbigniewa Flisowskiego "Westerplatte". Ponadto łatwo można zidentyfikować ponad kilkadziesiąt nazwisk obrońców. W scenariuszu Chochlewa jest to zaledwie kilkanaście nazwisk, w zdecydowanej większości negatywnie przedstawionych. Ponadto Paweł Chochlew przyznał się, że scenariusz oparł głównie na materiałach Stanisławy Górnikiewicz-Kurowskiej, z którą się konsultował przy tworzeniu scenariusza. Jest to była oficer Służby Bezpieczeństwa, która, jak wiadomo mi z prasy, była m.in. szkolona tuż po wojnie przez NKWD w specjalnym ośrodku pod Warszawą. Inwigilowała środowisko westerplatczyków przez kilkadziesiąt lat, zarazem skutecznie je skłócając. Ma też swój niemały udział w fałszowaniu historii Westerplatte oraz szkalowaniu dobrego imienia wielu westerplatczyków. Nie można wykluczyć, że niejeden z przedstawionych w scenariuszu "faktów" był przez nią inspirowany.



Jak to się dzieje, że w ogóle dopuszcza się u nas do realizacji takie filmy i dostają one dotacje z Instytutu Sztuki Filmowej?



- Nie rozumiem, dlaczego Państwowy Instytut Sztuki Filmowej przyznał aż 3,5 mln zł na tak szkodliwy historycznie i społecznie, antypolski film. Dziwi też, jak to się dzieje, że debiutant bierze się za taki film i znajduje na to pieniądze. Moim zdaniem, film ten, o ile powstanie, a nie jest to wykluczone, na pewno spotka się z bardzo ostrą krytyką ostatnich żyjących obrońców Westerplatte, rodzin westerplatczyków, a także środowisk kombatanckich, wielu instytucji kulturalnych i organizacji. Film powstały na kanwie scenariusza Pawła Chochlewa byłby wulgarnym, ordynarnym, brutalnym atakiem na legendę Westerplatte, mającym na celu zniszczyć nie tylko ją, ale przede wszystkim oczernić i zhańbić żołnierzy walczących nie tylko na Westerplatte, ale wszystkich Polaków walczących w czasie II wojny światowej. Film miałby ponadto silną antypolską i antypatriotyczną wymowę. To ostatnie przyznaje zresztą Chochlew w swojej eksplikacji.



Dziękuję Panu za rozmowę.



./.



Link do publikacji: http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=kl&dat=20080830&id=kl11.txt
6
Wałęsa, Kaczyński i Tusk wszyscy są siebie warci.Każdy z nich osobno jest chory na każdego z pozostałych.Kaczyński zieje nienawiścią do Wałęsy a ten do niego. Tusk do tej pory krył sie ze swoimi kompleksami, ale po wycieczce do Brukseli widać, że coraz trudniej utrzymać mu na wodzy swoja chęć ukręcenia łba Kaczyńskiemu.Jak to się ma do deklarowanej polityki miłości?Wszyscy trzej są sfrustrowani ambicją rządzenia za wszelką cenę. Powiedzmy szczerze bez ogladania się na racje innych, czy też interes społeczny. "Społeczny" bryluje tylko w ich frazesach.To jednak nie zabawa w piaskownicy jak komen
Read More
tują często media. Oni bawią się nami,naszym życiem.Ich poziom uprawiania polityki jest poziomem naszej egzystencji.Smutna to konkluzja. Teraz wiem czemu siedząc przed telewizorem nie smakuje mi piwo.
6
I mogę powiedzieć-a nie mówiłem, że BCK jako organizator koncertu Blue Cafe zapłaci i drugą część gaży zespołowi, choć ten nawet nie wystąpił.Śmieszą mnie te tłumaczenia, iż zespół wynajdował powody by nie wystapić. To bzdura, przecież przyjechali właśnie po to by zagrać koncert. Jeśli mówi się ,że chcieli zagrać wcześniej, to banaluki gdyż w umowie pisze o której mają grać ,a że są gwiazdą wieczoru to jasne jest że będzie to koncert kończący. Przecież mieli zarezerwowany hotel, więc oni dobrze wiedzieli o której zagrają. Wniosek taki że to mętne tłumaczenie organizatora, bo jakieś trzeba znal
Read More
eżć. W podobny sposób interpretuję kolejne ściemnianie typu że scena za mała a już rozbawiło mnie to że publiczność była za blisko/ha,ha/.I wreszcie pojawia się w tym krętym tłumaczeniu powód prawdziwy-brak odpowiedniego nagłośnienia. Znam tą sprawę od kulis, chodziło o specjalne odsłuchy i je mój przyjaciel z branży i dawny przyjaciel Domu Kultury po tej znajomości mógł je załatwić nawet w tym feralnym dniu. Kiedy rozmawiano z nim, on poprosił o parametry, ale tych akustyk BCK nie podał, widocznie nie miał pojęcia o co chodzi. Tak sprawa odsłuchów się rypneła. Ale to nie wszystko, bo menadżer zespołu po zlustrowaniu mocy nagłośnienia spytał wprost czy będą dostawione paczki to znaczy zwiększona moc nagłośnienia. Nie chodzi tu by chuczało jak na koncercie kapel rockowych ale zwiększenie mocy pozwoli na ustawienie przejrzystości dźwieku czyli uniknięcia zniekształceń.Takie charchotanie mogliśmy usłyszeć podczas koncertu Ostrowskiej. Patrzyłem kiedy ona walnie ten mikrofon i zejdzie ze sceny co skutkowałoby nastepnym procesem. Nie zrobiła tego wytrzymała ten pasztet, ale trzeba wziąć pod uwagę, że potraktowała to lekkim zwisem-ona w zasadzie kończy karierę zatem taka chałtura nie bardzo już jej zaszkodzi. Inna sprawa z Blue Cafe oni są u szczytu kariery i tego rodzaju wpadki mogą skutecznie jej zaszkodzić. Zatem woleli nie odwalać kaszany a że wina jednoznacznie jest po stronie organizatora to zwineli połowę szmalu i wyjechali wiedząc, iż drugą odbiorą sądownie to i interes ich nie utracił. Utracił za to interes miasta, bo miało być światowo a zaleciało wiochą. Organizator zamiast uderzyć się w pierś, przeprosić i wyciągnąć wnioski, by to się więcej nie powtórzyło to biega po sądzie i udaje wariata że nie wie o co chodzi. A gorsze jest to, że z nas chce zrobić wariata.Na tym przykładzie wyszedł brak fachowości co podczas tego koncertu a w zasadzie długich technicznych antraktach skutkowało rzucaniem w stronę sceny chu....i a przecież miało być tak miło.