reklama
5
Pies to czy kot oto pytanie?



Jak donoszą na deser.gazeta.pl



"Oryginalny strój i gotowość do akcji - to zapewniło wesołemu psu zwycięstwo w konkursie odbywającym się w stolicy Filipin, Manili."



5
Sala była wypełniona po sufit, bo każdy chciał Go poznać. Pod ścianami ustawiono klatki z brygadami

antyterrorystycznymi, w krzesłach w pobliżu estrady, znajdowały się dyby na oficjalne dziejoskryby.



Na taboretach elektrycznych posadzono ludzi trudniących się wywabianiem białych plam, a na ich kolankach drzemali ludzie dzisiejszego honoru.



Wreszcie na mównicę weszło coś skwaszonego i to coś zapowiedziało, że niniejszym inauguruje spotkanie z mile widzianym gościem. Gdy do sali wszedł On, z przedostatniego rzędu dobiegł do niego staruszkowaty głos:


Read More
>Szanowny panie Żyd. Przy czym, jak nazywam pana Żyd, to nie ma w tym słowie niczego obraźliwego. W przeciwieństwie do używanego przez pana słowa Polak. W pańskich ustach i pod pańskim piórem, Polak, to synonim kanalii.



Ale pozwoli pan, że od tej dygresji, przejdę do meritum. Otóż chciałbym, by ustosunkował się pan do problemu tak zwanego antysemityzmu.



Moim zdaniem jest to zjawisko niepokojące i wydaje mi się, że z każdym rokiem zjawisko to się nasila. Mam nawet wrażenie, że im większy dystans dzieli nas od II wojny światowej, tym więcej mamy antysemitów.



Wniosek? Im bardziej zamazują się tamte karty historii i młodym trudno ustalić, kto wtedy był wróg, a kto przyjaciel, kto mordował, a kto przed kim uciekał i dlaczego, a tak w ogóle, to po kiego grzyba gadać o tych sprawach? Kogo z młodych jeszcze to interesuje?



Jak pan sądzi, czy obecny antysemityzm nie zaowocuje kompletnym wypaczeniem znaczenia tego słowa? Czy nie uważa pan, że każdy człowiek, który ma inne poglądy, niż pan, jest narażony na przyklejenie etykietki antysemity? Wroga? Czy nie jest to z pańskiej strony za duże uproszczenie? Za duża generalizacja?



Tak samo, jak wy, byliśmy ofiarami. Polacy i Żydzi znaleźli się po tej samej stronie barykady. W innych krajach okupowanych przez III Rzeszę też były represje za pomoc udzielaną Żydom, lecz były one niewspółmierne do tych, które spotykały nasz naród.



Powiada pan, ze pisze o tym w swoich książkach i być może tak jest, lecz chodzi o równoważne rozłożenie akcentów. O zachowanie proporcji. Bo z pana tekstów wynika, że jesteśmy narodem szubrawców. Podczas gdy wiadomo, że w każdym są i kanalie i uczciwi. Więc dajmy sobie spokój z tym przebaczaniem. Pamiętajmy o zbrodniach, lecz nie róbmy z nich groteski!



Jak wiemy, jest pan za poszerzaniem ogólnoludzkiej nienawiści. Opowiada się pan za ksenofobią i uważa, że międzynarodowa wrogość do wszystkiego, co przyzwoite, a zwłaszcza, co uczciwe, oraz opluwanie porządnych ludzi, powinno być zapisane w podręcznikach do miłości bliźniego.

Lubi pan do nas przyjeżdżać, ponieważ tylko w waszym kraju nazywają pana HISTORYKIEM. W innych krajach niewielu ludzi o panu słyszało. Przyjeżdża pan do nas nie dlatego, by mówić, jak było naprawdę, ale po to, by usłyszeć od was kolejne, durne przeprosiny.



Tu, u nas, jest pan szanowany i przyjmowany z rewerencjami, prawie na klęczkach. W pozostałych krajach jest pan sprzedawczyk swojego narodu i historyczna łajza, a tu, wszystko, co pan powie, uważane jest za niepodważalną prawdę. Za oczywistą oczywistość.



Co prawda jestem świadkiem tamtych wydarzeń, ale ludzi pamiętających Holocaust jest już coraz mniej. Biologia, drogi panie, sprawia, że poprzednia rzeczywistość staje się fikcją, a fikcja, z którą się pan tu przywlókł, ubiera się w szaty rzeczywistości. Rodzą się nowi, znający TEN PROBLEM wyłącznie z historii, a starych - ubywa. Ubywa takich, jak ja, pamiętających, kto rozpętał wojnę, kto kogo mordował i wypędzał, zatem już wkrótce będzie pan mógł zasadzić Hitlerowi drzewko.
6
Coraz bardziej przemawia do mnie cyniczne pytanie o sensowność podejmowania jakiegokolwiek działania, że się tak po grafomańsku wyrażę. Pytanie to mniej więcej tak brzmi: "co prawda można CUŚ zrobić, ale po jaką cholerę mamy wyrywać sobie rękawy od kamizelki?"



Po kiego mamy zadzierać z silniejszym od siebie? Na ten przykład z Chinami? Po kiego mamy narażać się na kopa w krzyż? Niech sobie niszczą ten głupi Tybet. A Chincyki niech sobie będą barbarzyńcami, jak już tak bardzo chcą.



Co nam do tego! Co nam do egzekucji, handlu organami, PRAW ĹšÓŁTKA i innych drobiazgów,
Read More
skoro tak galancie można się z nimi dogadać w języku merkantylnym!



Na tego rodzaju chwytach, kruczkach, czy francowatych wybiegach pozwalających nam na poprawne istnienie, upływa życie i mija Historia.
5
Jeżeli masz patent sternika jachtowego możesz zostać testerem wódki. Nie trzeba mieć wykształcenia kierunkowego ale czy trzeba mieć doświadczenie w testowaniu alkoholi i czy tylko liczy się wódka czy może być tez wieloletnie doświadczenie przy testowaniu wina i piwa lub trunków dla starych wyjadaczy typu rum na kościach czy tez wódki zapachowe/perfumowane :) dają przewagę i możliwość zatrudnienia?



http://bols.pl/cv/



pzdr
4
Tekst o idealistach frasujących się tym, że im więcej się składają na pomoc ludziom w potrzebie, tym więcej ludzi tych jest i tym bardziej przybywa biedaków, tekst o niezawodnych wrażliwcach i państwowych Harpagonach z domu Fiskus, napisałem przed wiekami, od wieków zatem jest to tekst aktualny.



Do tej pory miałem nadzieję, że przychodzę z pomocą nie udawanym cierpiącym i niezamożnym. Do tej pory, bo teraz, po przeczytaniu o zusowskich balangach w Tunezji (przedruk), wiem, że pomagam państwowym malwersantom.



Owsianko



--------------------



Ha
Read More
rpagoni, na start!



Nie od dziś wiadomą jest rzeczą, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Lepiej i taniej. Nawet jeśli drogim specyfikiem, to przebieg terapii jest krótszy i skuteczniejszy.



Proces leczenia, szczególnie - leczenia chorób przewlekłych, będących w stadium znacznego zawansowania, jest kosztowny. Wymaga drogiej aparatury. Urządzenia medyczne ratujące ludzkie życie, tak jak leki najnowszych generacji, są refundowane. Przynajmniej tak być powinno w myśl ustaw dotyczących NFZ. Że jednak tak nie jest, przekonujemy się na każdym kroku.



Często się słyszy o rozmaitych wyścigach ze słoikiem, puszką lub tacą, o akcjach humanitarnych, zbiórkach społecznych, żebraninach i koncertach charytatywnych organizowanych na rzecz wpierania konkretnych chorych lub całych grup społecznych poszkodowanych z winy NFZ.



Co rusz jesteśmy świadkami czyjejś bezradności, czyjegoś płaczu. Widok rodziców proszących o finansową pomoc dla swojego dziecka, jest widokiem wstrząsającym. Lecz wstrząsającym dla ludzi wrażliwych. Dla ludzi posiadających sumienie. To znaczy dla ludzi pracujących poza NFZ.



Radio, TV, gazety, ogłaszają, że są skłonne pomagać, patronować, sponsorować, że chętnie się włączą, że trzeba być człowiekiem i otworzyć serce oraz portfel.



Po kościołach i schroniskach brata Alberta, po kanałach ciepłowniczych, dworcach i kartonach z bezdomnymi, przetacza się zbiorowy jęk, chóralny lament i skowyt błagających.



Jak kraj długi i kanciasty, rozlega się wołanie o poratowanie państwa. Skrzykuje się zastępy, hufce, czeredy kwestarzy, jałmużników, małoletnich dziadów kalwaryjskich, by wyręczali nasze biedne ministerstwa, ZUS-y, PFRONY i NFZ-y.



Instytucje te znajdują się na krawędzi ubóstwa, ledwie wiążą koniec z końcem, ściga je czarne widmo pazernego inkasenta, gdyż nie mają pieniędzy na oszczędniejsze szastanie budżetem, na czarne dziury i kuse kołdry, na limuzyny, przekręty i afery, na malwersacje, odprawy, premie i ustawowe podwyżki wielotysięcznych pensji dla swoich urzędników, a zamiast tego, gnębi się ich jakimiś durnowatymi suplikami chorych...



Jak kraj wielki i niegospodarny, rozlega się bezczelne wołanie o opamiętanie, o zdrowy rozsądek rządzących ekip. Jednak wołanie to żadnej ekipy nie obchodzi. Ani przegranej, uciekającej w popłochu, ani zwycięskiej, tryumfalnie wjeżdżającej na spaloną scenę politycznego teatru.



Owsianko



===========



POLECAM:



Urzędnicy ZUS szaleją w Tunezji



Aż 40 osób skorzystało z hojności prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który postanowił z kasy funduszu socjalnego dołożyć im do zamorskiej wycieczki. Urzędnicy ze Zduńskiej Woli bawili w Tunezji, gdzie - za kwotę 65 tysięcy złotych - mogli do woli pić drinki z baru, pływać w basenach lub wylegiwać się w czterogwiazdkowym hotelu - oburza się "Fakt".



Hotel kilka kroków od plaży, podgrzewane baseny, masaże i darmowe drinki przez całą dobę - to wszystko mają do dyspozycji pracownicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ze Zduńskiej Woli wypoczywający właśnie w słonecznej Tunezji. 40-osobowa grupa urzędników wraz z rodzinami bawi w nadmorskim kurorcie Sousse.



Zatrzymali się w ekskluzywnym, czterogwiazdkowym hotelu Samara. Mają tu przestronne, bogato wyposażone pokoje, a z basenów mogą korzystać przez całą dobę- - pisze "Fakt".

Do tego dodać trzeba jeszcze smaczne i obfite jedzenie i nieograniczoną liczbę drinków.



Ile kosztuje taka przyjemność? Cena tygodniowego pobytu 40 osób to 65 tys. zł. Część tych pieniędzy ZUS wydał z funduszu socjalnego, a kandydatów do wyjazdu - jak poinformował nas nieoficjalnie jeden z pracowników zakładu w Zduńskiej Woli - prezes oddziału wskazał osobiście. I zadbał, by jego wybrańcy się nie nudzili. W pakiecie urlopowym mają zapewnione liczne rozrywki.



Wczasowicze ze Zduńskiej Woli zaczęli korzystać z nich od pierwszego dnia. Na początku postanowili zgłębić tajemnice północnej Afryki. Z zainteresowaniem przyglądali się wielbłądom, spacerowali po starożytnych ruinach Kartaginy.



Najbardziej jednak do gustu przypadła im wliczona w cenę pobytu tzw. noc beduińska. Urzędnicy podziwiali tunezyjskie tańce narodowe, cyrkowe sztuczki i popisy fakira. Nie żałowali sobie też czerwonego wina. Rozochoceni trunkiem mężczyźni wsuwali potem tancerkom banknoty za ramiączka staników - relacjonuje bulwarówka.



poniedziałek 14 kwiecień 2008

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/

article153691

/Tak_sie_bawi_ZUS_za_pieniadze_Polakow.html
5
Coraz bardziej przemawia do mnie cyniczne pytanie o sensowność podejmowania jakiegokolwiek działania, że się tak po grafomańsku wyrażę. Pytanie to mniej więcej tak brzmi: "co prawda można CUŚ zrobić, ale po jaką cholerę mamy wyrywać sobie rękawy od kamizelki?"



Po kiego mamy zadzierać z silniejszym od siebie? Na ten przykład z Chinami? Po kiego mamy narażać się na kopa w krzyż? Niech sobie niszczą ten głupi Tybet. A Chincyki niech sobie będą barbarzyńcami, jak już tak bardzo chcą.



Co nam do tego! Co nam do egzekucji, handlu organami, PRAW ĹšÓŁTKA i innych drobiazgów,
Read More
skoro tak galancie można się z nimi dogadać w języku merkantylnym!



Na tego rodzaju chwytach, kruczkach, czy francowatych wybiegach pozwalających nam na poprawne istnienie, upływa życie i mija Historia.
5
Kto wie, czy umiałbym być zdrowym po tylu latach? Od nowa przystosowywać się do życia bez przeszkód? Do świadomości, że mogę wykonać to, czego nie potrafiłem przez lata? Iść ulicą nie bojąc się upadku? Stanąć w szczerym polu nie szukając oparcia? Powtórnie wykształcić w sobie zapomniane zachowania i prawidłowe nawyki? Przewalczyć rutynę, obawy i przyzwyczajenia?



Przez okres nieprzerwanej choroby oduczyłem się życia pośród szarej codzienności. Teraz każda czynność wymaga ode mnie precyzji, koncentracji, zharmonizowania faktycznego ruchu ciała z ruchem opartym na jego wyobrażeniu.
Read More




Przedtem byłem zadbanym pedantem. Przedtem rzeczy, których używałem, miały swoje miejsce. Teraz nie mam siły na to, by je tam odłożyć. Dano mi rentę, nie chodziłem więc do pracy, nie stykałem się z ludźmi zajętymi użeraniem się ze zwykłymi problemami, z tym, za co przetrwać do wypłaty, co włożyć do gara, z czego zapłacić czynsz. W zamian mogłem cieszyć się nieustannie podłym zdrowiem, latać po przychodniach, czepiać się nadziei na cud.



A w przerwach pomiędzy pobytami w szpitalach, sanatoriach i u znachorów, świtem lub nocami mogłem uczyć się, czytać, jeździć palcem po mapie, podróżować po tych miejscach, do których nie pojadę nigdy.



I w takich chwilach uświadamiałem sobie, że mam szczęście. Moi znajomi ze szpitala, chorzy na to samo, już od dawna nie wstawali z barłogu, podczas gdy ja hopsałem po całej sali i wszędzie było mnie pełno, wszędzie był nadmiar mojej obecności, na korytarzu, w dyżurce, w innych salach.



Patrzyli na mnie z zazdrością, a wieczorami zwierzali się, że nie czytają, bo nie potrafią skupić się na jednym rządku liter. Podobnie z oglądaniem telewizji. Skarżyli się, że litery i obrazy są płynne, oleiste, zamazane. Więc gdzie mi do nich, jak mogłem przypuszczać, że jestem do nich podobny? Przecież moje cierpienia były niczym, były błahostkami w porównaniu z ich.
6
Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach.



W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadzik.



W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę - nędzne kilo frytek z patelni.



Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara do garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na
Read More
krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie - cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.



Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.



Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit.



Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.



We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.



Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.



Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne.



Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.



Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.



Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.



A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.



W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.



A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.



A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.



Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.



Często zdarza mi się widzieć człowieka objedzonego. Biedak nie ma już siły na żarcie czegokolwiek, jest po uszy zapchany jedzonkiem co najmniej na tydzień i leży jak pyton z antylopą w żołądku. Leży gnuśniejąc żałośnie, męcząc się trawieniem, ale do czasu. Do momentu, gdy znowu poczuje się głodny i gdy znowu zapragnie wziąć coś na ząb.



Nałóg ten prowadzi do otłuszczenia pompki, tubalnych wiatrów w filharmonii, ospałego samopoczucia i wahadłowych nastrojów.



Facet z puszystą aparycją, pojedynczy otyły przypadający na hektar szkieletorów, jest to problem mało szkodliwy społecznie. Robi się jednak niewesoło, gdy na jednym hektarze nieruchawych grubasów jest tysiąc.





Marek Jastrząb