reklama
5
Rodzina Hiobowskich zasiadła przed telewizorem, aby obejrzeć prognozę pogody. Ale zanim to nastąpiło...

- Prosimy państwa o uwagę - na ekranie pojawiła się spikerka. - Nadamy oświadczenie rzecznika ZUS.

Zagrała melodyjka i na tle urządzonego ze smakiem gabinetu pojawiła się młoda, elegancka blondynka.

- Witam państwa. Miło mi państwa poinformować, że ZUS wygrał proces, jaki wytoczyliśmy naczelnemu gazety "To, co jest". W gazecie tej napisano kłamliwie jakoby prezes ZUSu wyłożył swój pięćsetmetrowy gabinet drewnem egzotycznym i koszt tego ponieśli wszyscy ubezpieczeni. Otóż je
Read More
st to nieprawda i to podwójna nieprawda. Po pierwsze, gabinet prezesa ZUS nie ma pięciuset metrów. Tylko czterysta dziewięćdziesiąt osiem przecinek sześćdziesiąt cztery. Po drugie nie jest wyłożony drewnem egzotycznym. W trosce o świadczenia wypłacane naszym rodakom i popierając krajową przedsiębiorczość gabinet został wyłożony drewnem krajowym. Tak więc raz jeszcze dobre imię ZUSu zostało ocalone, a źli ludzie zostali ukarani. Gazeta "To, co jest" za karę ma zapłacić zylion złotych na biedne dzieci, a jej naczelny przez rok ma zmywać naczynia w domu prezesa ZUS. A teraz oświadczenie naczelnego "To, co jest"

Na ekranie pojawiła się twarz zmęczonego, przegranego mężczyzny.

- Przyznajemy się. Napisaliśmy nieprawdę. ZUS jest wspaniały. I ma wspaniałego prezesa. Ciągle pracuje. Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie. To wilki. Niech żyje nam prezes ZUS sto lat!

W domu u Hiobowskich zapadła cisza.

- Ja to już chyba gdzieś słyszałem... - powiedział ostrożnie tata Łukaszka.

- Na plenum KC, jak się składało samokrytykę - wbił szpilę dziadek.

- Co to jest ZUS? - zapytał Łukaszek.

Hiobowscy zaczęli mu tłumaczyć, ale tata Łukaszka im przerwał.

- Nie, róbcie tego. Niech nie wie. Nie niszczcie jego marzeń w zarodku, nie rujnujcie mu życia już na starcie. Niech ma jeszcze kilka lat nieświadomości. Kiedyś sam się dowie.
5
Jak by to powiedział A. A. Milne: im większy blok, tym większa w nim przestrzeń wspólna. Korytarze - te poziome i te pionowe, czyli klatki schodowe. Jednak komunikacja w pionie odbywała się głównie za pomocą wind. Schody przeważnie stały puste, zwłaszcza na wyższych piętrach. Ponieważ natura nie znosi próżni i na nich zakwitło życie. Obsiadała je młodzież kontestująca, miłośnicy trunków i oczywiście palacze. Z przykrością trzeba dodać, że wśród tych ludzi bywała też (sporadycznie na szczęście) babcia Łukaszka. I tak ten zwyczaj się zakorzenił wśród blokowej społeczności i trwał po dziś dzień.
Read More


Bo oto dzisiejszego dnia, pod wieczór, znienacka zza załomu korytarza wyłonił się patrol straży miejskiej. Ich pojawienie się było takim zaskoczeniem dla siedzącej na schodach grupy palaczy, że jeden z nich o mało nie zakrztusił się trzymanym w ustach papierosem i oparzył się w podniebienie.

- Palimy, tak? - zapytał jeden ze strażników.

- Nie - odpowiedzieli chórem palacze.

- Jak można tak kłamać w żywe oczy! - zapiszczał ktoś zza najbliższych drzwi. Uchyliły się i wyszła jakaś starsza pani. - Przecież sami panowie widzą, że palą!

- Ja nie palę - zastrzegł jeden z palaczy. - Ja po prostu trzymam w ręce zapalonego papierosa. To chyba wolno.

- Informuję państwa, że w ramach dostosowywania naszego prawa do Unii Europejskiej wprowadzono zakaz palenia na korytarzach i klatkach schodowych - rzekł monotonnym głosem drugi strażnik i wyjął bloczek mandatowy. Wśród palaczy zawrzało oburzeniem.

- To gdzie mamy palić? - krzyczeli. - Na ulicy nie wolno! Na przystanku autobusowym nie wolno! Nawet na własnym balkonie nie wolno! Terror! Faszyzm!

- I bardzo dobrze, że nie wolno! - krzyczała starsza pani, która wyszła z mieszkania. - Jak suszę pranie to śmierdzi papierochami! Liście w pelargoniach miały powypalane dziurki od popiołu strząsanego z góry! Bydło!

- O przepraszam, tylko nie bydło - uniosła się babcia Łukaszka.

- Czemu nie wolno palić na korytarzu? - dopytywał się jeden z palaczy.

- Unia Europejska zabrania. Ale może pan palić w domu.

- Co mi pan z tą Unią, w domu gorzej, bo żona nie pozwala.

- Wszyscy państwo dostaniecie mandat - pierwszy ze strażników wskazał siedzących na schodach.

- Ej, ja też? A za co? - i z grupy wyłonił się pan Sitko.

- Co pan tam ma? - strażnik wskazał na trzymany przez pana Sitko w ręce przedmiot. Wyglądał jak butelka wina w papierowej torbie.

- Kompot wiśniowy - rzekł z namaszczeniem pan Sitko.

- Pachnie jak wino - pociągnął nosem strażnik.

- Szedłem po schodach, a że długie są to się zdążył sfermentować.

- Szedł pan? Przecież pan tu siedział?

- Zmęczyłem się, przysiadłem na chwilę... - tłumaczył się pan Sitko. - Ale już idę na balkon.

- Po co na balkon?

- Bo chyba na balkonie wolno pić.

- Ależ oczywiście, na balkonie nie wolno palić, ale wolno pić wino - rzekł przymilnie strażnik. Ale pan Sitko nie dał się złapać i rzekł:

- Przecież mówiłem, że to kompot wiśniowy.
5
Większość produkcji telewizyjnej była na licencji. Najpierw dotyczyło to seriali, potem teleturniejów, potem najróżniejszych show co to śpiewają, albo tańczą, albo robią jeszcze coś innego i na końcu znów seriali. Różnica pomiędzy tymi serialami wcześniej i tymi później była zasadnicza. Te wcześniejsze - to były błahe komedyjki, wzorowane na sitcomach z lat pięćdziesiątych. Te nowsze - wzorowane na najnowszych, nowoczesnych produkcjach ze Stanów, trzymały w napięciu akcją i fascynowały tajemnicą.

Wreszcie, po iluś tam zachodnich serialach, polscy widzowie doczekali się nowoczesnego thril
Read More
lera osadzonego w krajowych realiach. Nic to, że z licencji, ale za to te polskie smaczki! Wątki, bohaterowie, miejsca. Był często reklamowany, więc cała rodzina Hiobowskich zasiadła aby obejrzeć pierwszy odcinek. Serial nosił tytuł "PZPN break".

W pierwszym odcinku pewien człowiek bierze drobną pożyczkę "chwilówkę" i już po miesiącu idzie do więzienia za niespłacenie gigantycznych odsetek. Trafia do najgorszego więzienia w kraju, gdzie siedzą skazani za największe przekręty - między innymi cała góra tajemniczej organizacji PZPN (Parunastu Zainteresowanych Piłką Niedorajdów). Nasz bohater trafia za kraty, szybko orientuje się w więziennej hierarchii i poznaje co barwniejsze postaci więziennego światka.

Oto na samym początku trafił na krępego, ozdobionego czarnym wąsem Zdzisława K. Otoczony gronem innych skazańców kroczył dostojnie przez dziedziniec nurzając się w aurze chwały - bo siedział stosunkowo krótko ale już spróbował ucieczki. Przez okno. Nie udała się. Okno było za małe.

Z innych postaci warto jeszcze wspomnieć Zbigniewa B., mającego kontakty z Włochami i niejaki Grzegorz L. - były pod wieloma względami. Były zawodnik, były oficjel, były biznesmen, ale nadal wpływowy i z liczącymi się kontaktami.

Nasz bohater poznał jeszcze Zbigniewa K., człowieka niezwiązanego z żadną grupą ale za to najlepiej poinformowanego (może właśnie dlatego). Gdy przemierzał kolejny korytarz drogę zastąpiła mu jakaś wymizerowana postać. Poznał go od razu - to był Janusz W., niegdyś człowiek znany w całym kraju i poza krajem.

- To piekło! - wycharczał Janusz W. - Nowy jesteś, co? Tu niektórzy z nowych nie wytrzymują nawet tygodnia!

- Widzę - wycedził zimno przez zęby nowoprzybyły.

- O nieee... - Janusz W. potrząsnął głową. - Ja tu już siedzę parę lat i się nie załamałem! A przywitali mnie strasznie! Gdy tylko wszedłem, to zawołali: "Kiełbasy w górę i dymamy frajera!" To było straszne! - zatrząsł się i uciekł.

Nasz bohater wędrował dalej. Wreszcie, gdy odcinek zbliżał się do końca trafił na siedzącego na podwórku Michała L., szefa PZPNu. Podszedł do niego i przywitał się.

- Ty tutaj! - Michał L., mocno zaskoczony, uścisnął go serdecznie. Przybysz wyjął przemycone w skarpetce części cygara, skręcił z nich całe cygaro posługując się tatuażem pod lewym kolanem i wręczył Michałowi L.

- Zabieram cię stąd. Uciekamy - powiedział Michałowi L.

- Aaarrggghhh, zaraz dadzą reklamy - wystękał przed telewizorem tata Łukaszka gryząc pięści. I dali reklamy. Na głowę taty Łukaszka posypały się gromy, choć on właściwie nie był niczemu winny.

Po długim bloku reklamowym na ekranie znów pojawiło się więzienne podwórko. Akcja ruszyła z miejsca, w którym została przerwana.

Michał L. podniósł brwi i odparł:

- Ależ ja jestem niewinny.

- Aaarrggghhh, zaraz polecą napisy końcowe - odezwał się znowu tata Łukaszka.

I jakby na zamówienie poleciały napisy końcowe.
5
Babcia wieszała świeżo wyprane firany. W domu było pusto jeśli nie liczyć jej i niezwykle intensywnej woni krochmalu. Mówiąc krótko - waliło strasznie. Dlatego rodzina wolała opuścić mieszkanie. Babcia w spokoju wieszała kolejną firanę, gdy nagle otworzyły się drzwi do mieszkania. To wrócił dziadek, który źle obliczył czas (myślał, że już wieszanie firan jest zakończone). To był pierwszy bład w łańcuchu zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy. Drugim było to, że gdy na progu uderzyła go w nozdrza woń krochmalu, zatrzymał się niezdecydowany. Zrobił się przeciąg, babci zarzuciło firanę na głow
Read More
ę, zrobiła fałszywy krok i ze słabym okrzykiem spadła ze stołu na podłogę. Dziadek rzucił się ku niej (przytomnie najpierw zamknął drzwi, bo hołota jeszcze by okradła mieszkanie) i z ulgą stwierdził, że nic się nie stało.

- Dywan zamortyzował upadek - powiedział babci.

- No wiesz! - oburzyła się babcia. - Ja tu o mało się nie zabiłam, a tobie amory w głowie! Dzwoń po pogotowie!

Dziadek zadzwonił, ale nie po pogotowie tylko po rodzinę i wszyscy przybyli na miejsce wypadku w krótkim czasie. Tata Łukaszka zadecydował, że sami zawiozą babcię do szpitala. Zapakowali się do samochodu i pojechali do najbliższego szpitala, na oddział ambulatoryjny.

Za pierwszym razem nie trafili.

- Przejechałeś - złościła się mama Łukaszka.

- Jak to przejechałem? - zdenerwował się tata Łukaszka, który miejsce, gdzie wchodziło się na oddział ambulatoryjny znał na pamięć - bywał tam często z Łukaszkiem.

- No przecież tu już jest kościół.

- Rzeczywiście - zdumiała się tata Łukaszka i zawrócił. Jechali teraz powoli przyglądając się uważnie mijanym budynkom.

- Jest! Jest! - krzyczał Łukaszek.

- To tu! - potwierdził tata Łukaszka.

Wszystko się zgadzało, oprócz jednego drobiazgu. Nad wejściem zamiast "Szpital" było napisane "Salon meblowy".

- Co to jest?! - wyjąkał przerażony dziadek. - Sprzedali nas Niemcom?

- Zostańcie tu w samochodzie a ja pójdę się dowiedzieć co jest.

Przebiegł przez ulicę i wszedł do salonu. Salon dopiero się urządzał. W pomieszczeniach pachniało świeżą farbą, mało było ekspozycji z meblami. Pracownik salonu potwierdził, że niedawno jeszcze był tu oddział ambulatoryjny, ale szpital wydzierżawił te pomieszczenia.

- Jeszcze zostało przejście do szpitala - pracownik salonu pokazał drzwi. - Jutro je zamurujemy.

Tata Łukaszka skorzystał z drzwi, wszedł do szpitala i nakrzyczał na pierwsego lekarza, który mu się nawinął.

- Proszę pana, komercjalizujemy się - lekarz rozłożył ręce.

- Ale w taki sposób?

- Proszę pana, szpital musi być jak mężczyzna - lekarz się uśmiechnął. - To znaczy: musi zarabiać.

- A pacjenci...?

- Przyjmujemy! - uspokoił go lekarz. - Proszę sprowadzić pacjentkę.

- Ale gdzie? - wybąkał skołowany tata Łukaszka.

Babcię przyniesiono z samochodu i złożono na jednej z sof w salonie meblowym. Tam podpięto jej kroplówkę, przełożono na nosze na kółkach i powieziono do rentgena. Reszta rodziny Hiobowskich siedziała na kanapie i słuchała młodego wiekiem starszego sprzedawcy, który prezentował ofertę salonu.

Po jakimś czasie babcię przywieziono z powrotem. Na szczęście okazało się, że ma tylko skręcenie kostki.

- No i co, widzicie państwo jak sobie radzimy z tą komercjalizacją? - pochwalił się lekarz pokazując wnętrze salonu meblowego. - Szpital zarabia, meble się reklamują, rodziny pacjentów mają gdzie odpocząć. A pani - spojrzał na babcię - musi pani przyjechać do nas jeszcze raz. Do ortopedy.

Babcia z wyrazem śmiertelnego przerażenia w oczach zerwała się z noszy i skacząc na zdrowej nodze popędziła w stronę drzwi.

- Takiego wała! - darła się. - Połowę oddziału ortopedycznego zajmuje masarnia!
3
Miejski Dom Kultury w Ornecie zaprasza na Inaugurację Roku Kulturalnego 2008 poniżej plan działania:







żródło; MDK w Ornecie
35
"W Szwecji udało się zarejestrować związek wyznaniowy- kopimizm, którego głównym celem jest kopiowanie i dzielenie się wiedzą. Jego najświętszymi symbolami są skróty Ctrl + C i Ctrl + V.

Po kilku nieudanych próbach w 2010 roku udało się zarejestrować Misyjny Kościół Kopimizmu."
26
"Hacker o pseudonimie TrevE odkrył oprogramowanie szpiegujące zainstalowane na większości amerykańskich telefonów komórkowych z sieci Sprint i Verizon. Co gorsza, aplikacja o nazwie Carrier iQ jest instalowana fabrycznie iPhone, w telefonach Samsunga i HTC z Androidem, w Nokiach oraz na Blackberry… Oprogramowanie ma możliwość przechwytywania i wysyłania operatorowi sieci komórkowej dowolnych danych na temat pracy telefonu, w tym naciskanych klawiszy."
19
Z informacji jaką prezentuje IDG wynika, że za publikację zdjęć nagich osób bez pozwolenia tychże osób można będzie 'iść' za kratki na 5 lat.



cytat: "... Chodzi tu o sytuacje, gdy np. chłopak umieści w sieci nagie zdjęcie swojej dziewczyny..."



Zabawnie i celnie skomentował to niejaki

sloma: "Ciekawe kto mu to udowodni w przypadku gdy zrobi to z jej komputera."



pozdrawiam :)

What is Kliqqi?

Kliqqi is an open source content management system that lets you easily create your own user-powered website.

Latest Comments