reklama
6
Czwartego grudnia odbyła się akademia barbórkowa. I Łukaszek i Gruby Maciek brali w niej udział. Zrobili sobie (przy pomocy rodzin) stroje górników. Łukaszek sam pomalował sobie czapkę górnika czarną farbą, przy okazji popaćkał firany, drzwi i blat biurka.

Akademia odbywała się po południu. Zeszły się całe rodziny i zasiadły w rzęsiście oświetlonej auli - zgodnie z wytycznymi ministerstwa wszelkie święta obchodzono w szkołach hucznie i nie licząc się z kosztami energii elektrycznej. Szkoła miała przecież nie tylko kształcić ale i wychowywać.

Na początek wystąpił pan dyrektor. W kró
Read More
tkich słowach przypomniał historię polskiego górnictwa. Wyraził ubolewanie, że obecnie nie ma w Polsce żadnego górnika, bo sprowadzamy w całości węgiel z Rosji (za pośrednictwem firmy dwóch zecerów Z & Z).

- Ale może kiedyś znów ruszą windy w szybach zamkniętych kopalń i znów ujrzymy górników na polskich ulicach - zakończył pan dyrektor i akademia się zaczęła.

Były tańce i wiersze i opowieści i scenki. W jednej z nich wystąpili Łukaszek i Gruby Maciek. Była to scenka o rozruchach społecznych i próbach wywalczenia przywilejów socjalnych. Grupa górników przyjechała do stolicy. Pod scenografią z dykty imitującą ścianę sejmu rozpięli transparent, rzucili woreczkami z czerwoną farbą i spalili kukłę (w tym roku pan woźny pamiętał o wyłączeniu tryskaczy pod sufitami).

Wyszedł naprzód Gruby Maciek i pokazując poczernione ręce zadudnił:

- My kopiemy czarne złoto

Lecz co jest z naszą robotą?

Obok niego stanął Łukaszek, który artystycznie poczernił sobie twarz i domalował węglem wąsy. Hiobowscy z trudem powstrzymywali się od śmiechu, bo przecież tematyka wcale do śmiechu nie była.

- Robić nie jest żadną frajdą

Kiedy robi się za darmo - rzekł Łukaszek. Wpadł oddział "policji" i groźnie pohukując zawołał:

- Idźcie precz warcholskie plemię

Ze stolicy won pod ziemię

Wybuchły rozruchy społeczne (czyli szarpanina), które zostały przedstawione zbyt realistycznie, prawdopodobnie ze względu na animozje z przeszłości pomiędzy klasą trzecią a (górnicy) i trzecią b (policjanci). Kiedy okularnik z trzeciej ławki zaczął piskliwym głosem wołać "Chwdp!" i wszyscy zaczęli kopać się po tyłkach pan dyrektor dał dyskretnie znak panu od wuefu, aby ten doprowadził akademię do zgodności ze scenariuszem.

Dalej uroczystość przebiegała już bez zakłóceń. Jedynie podczas powrotu do domu Łukaszek zasypywał wszystkich pytaniami o górnikach. Kim byli, co robili, po co był węgiel, czym się teraz pali, skąd bierzemy prąd i gdzie się podziali wszyscy górnicy. Hiobowscy z trudem znajdowali odpowiedzi, a na ostatnim to już polegli zupełnie.

Na szczęście za nimi szła tęga pani w futrze, która była żoną eks-górnika i córką eks-górnika. Bo u nich kiedyś prawie wszyscy byli górnikami.

- To były czasy - rozmarzyła się tęga pani. - Trzynastki, czternastki, talony, bony, sklepy dla górników, ośrodki wczasowe... Górnik to był pan! A ile zarabiał! Ho, ho! Całą rodzinę mógł sam utrzymać!

-A teraz? - zapytał Łukaszek.

- Oszukali nas! Przekupili! - krzyczała tęga pani i powiedziała, że górnicy dostali odprawy, żeby odejść z górnictwa. - Ale te odprawy były śmiesznie małe! Ledwo starczyły na mieszkanie, meble i samochód, na wesele córki musieliśmy się zapożyczyć! - i tęga pani poprawiła futro pod szyją. Zimno się robiło. - Bida, oj, bida...

- Hę? Blida? - niedosłyszał dziadek. - Ta przekręciara?

I wybuchła straszna awantura. Tęga pani o mało nie pobiła się z dziadkiem. Okrzyki "śląska krew!", "a basen pod domem to się niby sam wybudował", "wolała umrzeć niż pohańbiona wyjść w kajdankach" i "uczciwi ludzie nie trzymają pistoletów w łazience" krzyżowały się w powietrzu niczym szpady. Łukaszkowi udało się przebić z pytaniem kto to był ta Blida. Usłyszał, że była to przekręciara (dziadek), święta (tęga pani), ofiara reżimu (mama), aferzystka, która za dużo wiedziała (tata), znakomita minister (babcia). Do Łukaszka jakoś nie mogło trafić, że mówią o tej samej osobie.
6
Tym razem w szkole było tylko jedno listopadowe wydarzenie warte wspomnienia, ale za to jakie: wywiadówka! Oczywiście nie użyto tego sformułowania, które obrzydliwie trąciło służbami specjalnymi. Miały się odbyć konsultacje szkolne.

- Przesadzają - mruknął tata Łukaszka, kiedy zobaczył, że na zaproszeniu napisano "obowiązkowa obecność obydwojga opiekunów lub rodziców".

- Ja uważam, że bardzo ładnie sformułowane - stwierdziła mama Łukaszka. - Nie ma tych szowinistycznych "mama" czy "tata", rodzic, tak, może być rodzic pierwszy albo drugi, opiekunowie, tak, bardzo zgrabne. Ktoś rozum
Read More
ny to napisał.

- Tylko, że chyba do końca nie pomyślał - tata Łukaszka stuknął palcem w kartonik. - Po co oboje rodziców? Jeden by wystarczył. Ludzie pracują do późna...

Okazało się, że godzina konsultacji jest jeszcze późniejsza. I okazało się jeszcze, że dzieci też mają przyjść.

- Lanie będzie od razu na korytarzu - zażartował tata Łukaszka i został opierniczony przez mamę Łukaszka. Nastąpił wykład, że dzieci nie wolno bić, bo mogą z nich wyrosnąć faszyści.

- Genialne posunięcie - zachwycała się mama Łukaszka pomysłem przyjścia razem z dziećmi. - Kiedy inni, prymitywni rodzice dowiedzą się o złych ocenach dziecka, nie będą go bić przy wszystkich. A podczas drogi do domu pewno trochę ochłoną i może bicia nie będzie - i oczy jej się zaszkliły ze szczęścia.

O oznaczonej porze wszyscy troje stawili się w łukaszkowej szkole. Wychowawczyni, młoda pani od polskiego, poprosiła rodziców do klasy. Uczniowie zotali na korytarzu. Nudzili się trochę, więc zrobili konkurs kto potrafi stanąć na rękach (opierając się o ścianę). Akurat Gruby Maciek brał rozbieg gdy młoda pani od polskiego niespodziewanie wyszła na korytarz i trafiła go drzwiami.

- Co tu się dzieje? Co wy wyrabiacie? Nie można was na chwilę samych zostawić? Co ty tak krwawisz na korytarzu? Do higienistki!

- Higienistki już nie ma, jest późno - zauważył Łukaszek. Na szczęście mama Grubego Maćka miała chusteczkę higieniczną i zatamowała krwotok.

Z klasy wysypali się rodzice i zaczęli wyłapywać z tłumu swoje pociechy. Przed Łukaszkiem stanęli jego mama i tata trzymając białą kopertę.

- Łapówka? - zainteresował się Łukaszek.

- Żadna tam łapówka! - ostudziła go mama. - To są twoje wyniki!

- Numerują ich jak krowy w oborze, niedługo im kolczyki w nosach będą zawieszać... - marudził tata Łukaszka oglądając kopertę, na której widniał tylko numer legitymacji szkolnej Łukaszka.

- Cicho! Tak jest bardzo dobrze! - zgromiła go mama. - W ten sposób chroni się dane osobowe i prywatność! Koniec z publicznym odczytywaniem stopni w klasie! - po czym wyjęła kartkę z koperty i razem z tatą zaczęli krzyczeć na Łukaszka:

- Co to jest?! Tyle niedostatecznych?! A te nieobecności skąd się wzięły?!

- Przecież miało nie być publicznie... - bąkał zepchnięty do defensywy Łukaszek. Ludzie stojący obok zaczęli się obracać i przypatrywać. Na szczęście uratowała go młoda pani od polskiego, która teraz poprosiła dzieci do klasy. Zdumieni rodzice zostali na korytarzu. Tym razem nikt nie próbował stawać na rękach. Może dlatego, że rodzice pamiętali, co się stało z Grubym Maćkiem.

Po kilkunastu minutach otworzyły się drzwi i uczniowie wyszli na korytarz. Do swoich rodziców podszedł Łukaszek ze zmarszczonym czołem i kopertą w ręce. Na tej też był tylko numer jego legitymacji szkolnej.

- Co my tu mamy - wyjął kartkę z koperty i zaczął krzyczeć. - No ładne rzeczy! Zalegacie ze składkami klasowymi! Nie angażujecie się w działalność szkoły! Nie odbieracie telefonów od trójki klasowej!

- Proszę cię... Daj spokój... Nie tutaj, w domu... - bąkali zawstydzeni rodzice. Ludzie stojący obok zaczęli się obracać i przypatrywać.
6
W niedzielne przedpołudnie mama Łukaszka zabrała Łukaszka do miasta. Inni mieszkańcy miasta w tym czasie siedzieli w domach ciesząc się wspólnym porankiem lub szli do kościoła.

- Dziwacy! Ciemnogród! - sarkała mama Łukaszka - Już nie mówię o tych, co łykają to katolickie opium dla mas, ale inni? Przecież niedziela jest po to, by się rozerwać kulturalnie i tak dalej!

Najpierw, z samego poszli na zakupy, żeby uniknąć tłumów ludzi, którzy jechali do marketów po mszy. A potem udali się do centrum, gdzie w pasażu handlowym mama chciała uzyskać autograf. Odbywało się bowiem spotkanie aut
Read More
orskie z panią, która napisała książkę o swojej aborcji pod tytułem "Nie płakałam po moim płodzie". Na miejscu okazało się, że na drzwiach wisi duża kartka "Zakaz wstępu dzieciom na spotkanie z Autorką".

- Y... E... No zajmij się czymś - powiedziała mama Łukaszka i z wypiekami na twarzy i książką w ręce runęła do wnętrza aby zająć dobre miejsce w szybko rosnącej kolejce.

Łukaszek poprawił czapkę, zgrabnie smarknął na chodnik (nigdy nie nosił chusteczek) i ruszył na spacer. Nie uszedł daleko. Trafił na niewielki kordon policji. Zza szerokich pleców nie było nic widać, za to było słychać. Jakiś młody, męski głos, który wydawał komendy. Głos ten wydał się Łukaszkowi znajomy, więc przebił się przez gęstniejącą ciżbę, obiegł kordon, znalazł lukę i wdarł się to środka.

Miał rację. Ów młody, męski głos należał do kuzyna kontestatora, którego ostatnio widział na manifestacji w sprawie poparcia dla... No, z tym były pewne problemy - dla kogo.

Łukaszek ucieszył się, na widok kuzyna, bo przy nim zawsze coś się działo. Kuzyn nie ucieszył się na widok Łukaszka, bo przy nim zawsze spotykały go katastrofy.

Łukaszek przywitał się z kuzynem i kilkoma innymi, towarzyszącymi mu osobami. Okazało się, że kuzyn organizuje marsz równości. A właściwie jeden z wielu lokalnych marszy, bo w celu rozbicia ewentualnego kontrataku policji organizatorzy wpadli na pomysł rozproszenia marszu a co za tym idzie - rozproszenia sił porządkowych. Miało to jednak swój mankament.

- Mało osób przyszło - szeptał Łukaszkowi na ucho zrozpaczony kuzyn kontestator. Faktycznie, demonstrujących było zaledwie kilka osób, w tym jedna na wózku, a wokół nich stało kilkudziesięciu policjantów. Pod ścianą stały oparte tabliczki na kijkach z hasłami. - A "Wiodący Tytuł Prasowy" przez dwa tygodnie codziennie pisał takie piękne artykuły! I wszystko na nic! A mój szef tak na mnie liczy!

- Nie martw się, ja jestem - odparł Łukaszek, który chciał kuzynowi ulżyć, ale efekt był przeciwny do oczekiwań.

- Mama cię na pewno szuka - próbował pozbyć się go kuzyn.

- Ale gdzie tam - rzekł dobrodusznie Łukaszek. Wziął tabliczkę z napisem "Więcej praw dzieciom!" i zaczął ją podnosić i opuszczać. Policjanci się trochę zdenerwowali.

- Przypominam, że możecie demonstrować dopiero od trzynastej - powiedział jeden z nich.

- To już za dziesięć minut - kuzyn spojrzał na zegarek i zaczął rozdawać tabliczki. - Uwaga! Za dziesięć minut idziemy!

- Bardzo kurwa śmieszne - warknęła osoba na wózku i pacnęła kuzyna w głowę trzymaną przez siebie tabliczką z napisem "Równych dróg".

- E... Sorry... Za dziesięć minut ruszamy - kuzyn poprawił zgniecioną leninówkę i rozejrzał się. - Została mi jedna tabliczka...

Na tabliczce widniał napis "Każdy gej jest okej".

- Weź ją ty - zaproponował Łukaszek machając teraz swoją tabliczką przed twarzami policjantów, którzy z trudem zachowywali spokój.

- E... Ja? No co ty... - kuzyn kontestator jakoś się nie kwapił. - Mieli przecież przyjść jacyś geje! Przecież tylu ich jest! Czemu żadnego nie ma?

- Jesteśmy - dobiegł jakiś niewyraźny głos z boku. Kuzyn ucieszył się i obrócił w kierunku mówiącego. Dwóch największych policjantów w kordonie, w rynsztunku bojowym, trzymało się za ręce.

- Jesteśmy - powtórzył jeden z nich.

Kuzynowi opadła szczęka i zaczął się jąkać.

- A... A... Ale wy nie... Wam nie... Jak to...

- Co, policjantom nie wolno? - odezwał się drugi funkcjonariusz. - Dyskryminacja!

Kuzynowi tabliczka zaczęła drgać w ręce.

- A... A... Ale policja to faszystowskie świnie, a geje są kulturalni...

- A co, kurwa, policjant nie może być kulturalny? - zdenerwował się pierwszy policjant, a drugi go upomniał:

- Teofilku, zachowuj się.

- Geje są biedni, mali i dyskryminowani! - wypalił kuzyn.

- No chciałbym zobaczyć takiego, co by mnie zdyskryminował - zarechotał pierwszy policjant.

- Ty brutalu - zachichotał piskliwie drugi policjant. I swoją pałką trącił jego pałkę.
5
W mroźny, słoneczny poranek 11. listopada dziadek Łukaszka wertował program telewizyjny. Był niezadowolony. W ciągu dnia nie było żadnych pozycji świątecznych, na żadnym kanale! Same powtórki, teleturnieje, seriale. Jakby nigdy nic. Dziadek Łukaszka prychnął gniewnie i sprawdził repertuar o dwudziestej. W telewizji państwowej: premiera filmu z cyklu "Wstydy polskie", "Pogrom kielecki". W jednej prywatnej, show: "Gwiazdy szczają pod lodem". W drugiej prywatnej: sensacyjny film karate "Kopniak zwycięstwa".

Dziadek odłożył prasę i stwierdził, że musi uspokoić się spacerem. Na skwerze pod bl
Read More
okiem spotkał Łukaszka, Grubego Maćka i okularnika z trzeciej ławki. Pogadali trochę o Święcie Niepodległości.

- Czy wtedy była bitwa? - zapytał Gruby Maciek.

- Było mnóstwo bitew! - odezwał się starszy pan siedzący na ławce obok.

- A były samoloty? - zapytał Łukaszek i rozłożywszy ręce zaczął biegać po skwerze.

- Byli też ułani... - rozmarzył się starszy pan. Potem wytłumaczył okularnikowi z trzeciej ławki różnicę pomiędzy ułanem i kowbojem. Okularnik zaczął galopować po skwerze kląskając paszczą. Nastrój bitewny wisiał w powietrzu, więc kiedy Gruby Maciek zaczął udawać, że strzela z karabinu chłopcy stwierdzili, że robią bitwę. Nastąpił tradycyjny z takich momentach problem z podziałem na "naszych" i "wrogów". Jakaś pani spacerująca z wózkiem powiedziała, że wtedy wrogów była "przeważająca ilość", w związku z czym powinien być jeden "nasz" i dwóch "wrogów".

- No dobrze, ale kto??? - zapytał rozpaczliwie Łukaszek. Wszyscy trzej oczywiście chcieli być "naszym". Zanosiło się na kryzys, ale na szczęście niebiosa zesłały pana Sitko. Przypomniał, że w związku z tym, że często z kolegami kupują jedną flaszkę na wielu, problem losowania ma w... powiedzmy, małym palcu.

- Moglibyśmy wziąć trzy zapałki - gorączkował się okularnik z trzeciej ławki. - Ułamać jedną...

- Błąd, a nawet dwa - rzekł pan Sitko uśmiechając się łagodnie. - Po pierwsze, ten trzeci nie losowałby, tylko musiałby wziąć to, co zostało. Po drugie, po co niszczyć dobrą zapałkę? Mama ja tutaj w siatce cztery piwka. Dwa jasne i dwa ciemne. Każdy z was wyciągnie jedno. Tylko ostrożnie, żebyście nie zbili! Kto będzie bez pary, będzie wylosowanym.

Dorosłym odjęło mowę na moment a ich szacunek do pana Sitko wzrósł gwałtownie. A chłopcy przystąpili do losowania. Łukaszek i okularnik wyciągnęli piwo jasne, a Gruby Maciek - ciemne.

- Hurraaa - darł się Gruby Maciek, który został "naszym". Pozostała dwójka z niechęcią zaakceptowała role "wrogów" i bitwa się rozpoczęła na oczach zbierającej się powoli publiczności. Najpierw było ostrzeliwanie się z karabinów (patyki), potem atak konnicy, a następnie zbombardowanie polskiego miasta przez nieprzyjacielskie lotnictwo (przelatujący obok Grubego Maćka Łukaszek porwał mu z głowy czapkę). Gruby Maciek zawrócił, zgrabnie podciął od tyłu, Łukaszek zrolował prze głowę, a wtedy Gruby Maciek bez wysiłku odebrał mu zdobycz.

- Nieprzyjacielski samolot zestrzelony! - zakrzyknął Gruby Maciek powiewając czapką i jego wyczyn został nagrodzony oklaskami. Ale oto Łukaszek już się zerwał i wracał do walki jako batalion piechoty, a zza krzaków wybiegała nieprzyjacielska konnica w postaci okularnika...

Dziadek dyrygował bitwą, inni komentowali, a chłopaki walczyli. Wkrótce dołączyła do nich pewna mała dziewczynka, która została sanitariuszką. Wbiegała na pole bitwy i przykładała rannemu chustkę do nosa na kolano czy gdzie tam został ranny. Choć walka była ostra (parę razy dziadek Łukaszka musiał przypomnieć walczącym, że mają tylko udawać) i podstępna (Łukaszek i okularnik atakowali Grubego Maćka jednocześnie) to jednak pewien poziom fair-play został zachowany. Nikt nie atakował dziewczynki-sanitariuszki. Może dlatego, że wszyscy trzej jednakowo często "byli ranni" i "ginęli". To drugie do perfekcji opanował Gruby Maciek. Szczególnie widowiskowo zagrał, gdy został trafiony przez nieprzyjacielską armatę (ręka Łukaszka). Jęknął, zgiął się wpół i osuwając się po słupie tablicy "regulamin parku" upadł na wznak. Dziewczynka zakryła mu twarz chustką. Zapadła cisza, jedynie dwaj "wrogowie" pohukiwali zwycięsko.

- O Jezu... - powiedział ktoś z patrzących.

Lecz Gruby Maciek zerwał chustkę, poderwał się z ziemi i wrócił na pole bitwy jako "posiłki przysłane na pomoc". Nagle zabiegł go z boku okularnik.

- Tratatata! - krzyknął. - Ej, zabiłem cię! Masz upaść!

- A ja jestem czołg! - odkrzyknął Gruby Maciek i zaczął huczeć a la T-34.

- Pszepana, czy wtedy był czołgi?! - wolał się upewnić okularnik. Dziadek Łukaszka już miał się przyznać, że nie wie, gdy nagle ktoś z oku odezwał się:

- Oczywiście, że były, na przykład Renault FT-17!

Dziadek Łukaszka zerknął na zegarek i stwierdził, że pora kończyć bitwę. Najpierw Gruby Maciek bohaterskim atakiem na okopy (ławka) pokonał okularnika z trzeciej ławki. A potem stoczył bitwę z wrogim generałem (Łukaszek) broniącym ostatniej twierdzy wroga (śmietnik) walcząc z nim na szable (kawałki karnisza ze śmietnika). Po zażartej wymianie ciosów Gruby Maciek zamarkował pchnięcie i pokonany Łukaszek padł na ziemię.

- Polska! Biało-czerwoni! - zadudnił triumfalnie Gruby Maciek wznosząc w niebo kawałek karnisza. Wszyscy aktorzy dostali oklaski.

Dziadek i Łukaszek udali się szybko do domu, bo pora już była późna. Wchodząc do bloku widzieli jeszcze jak mnóstwo ludzi stało na skwerze i dyskutowało o Święcie Niepodległości.

W domu mama i babcia nie chciały dyskutować o święcie tylko o czymś tak banalnym jak ubranie Łukaszka.

- Jak ty wyglądasz! Wszystko brudne! - załamała się mama.

- Bawiliśmy się w bitwę o niepodległość. Rok tysiąc dziewięćset osiemnasty. Byłem wrogiem - oświadczył Łukaszek.

- No dobrze, ale jak ty wyglądasz? Nie mogłeś być... czołgiem?

- Wybacz, kochana, ale wtedy nie było czołgów - poinformowała ją babcia.

- Oczywiście, że były, na przykład Renault FT-17 - odezwał się Łukaszek i poszedł do łazienki zostawiając obie zdumione panie i brudne ślady na wykładzinie.
5
Dla wielu ludzi październik kojarzy się z wieloma rzeczami. Jednym z nabożeństwami różańcowymi, innym z rewolucją październikową a jeszcze innym z miesiącem oszczędzania. Natomiast uczniom, tak jak pozostałe dziewięć miesięcy w roku, kojarzy się ze szkołą.

W październiku tyle się działo w "głównym nurcie" życia szkolnego (i akcje z toaletą i dzień nauczyciela), że takie drobne zdarzenia na lekcjach umykały gdzieś na dlaszy plan. Niemniej dwa wypadki warto odnotować. O dziwo nie brał w nich udziału Łukaszek. Główne role zagrali Gruby Maciek i okularnik z trzeciej ławki.

Pierwszy zd
Read More
arzył się na języku polskim. Młoda pani od polskiego była chora i wyjątkowo zastąpiła ją inna pani od polskiego, taka starsza. Nastąpiła standardowa wymiana pytań i odpowiedzi. Pytania dotyczyły przerabianego akurat materiału, a odpowiedzi były wykrętne.

- Uczyć wam się nie chce! - pani od polskiego palnęła pięścią w stół. - Kiedyś to dzieci na wsi chodziły dziesięć kilometrów do szkoły i to zimą i to boso! A dzisiaj, dzięki elektryfikacji wsi i akcji oświatowej władzy w latach powojennych macie bardzo dobre warunki do nauki.

- Eee tam... - ziewnęła klasa.

- Co "eee tam"?! - zdenerwowała się pani nauczycielka. - Jak będziecie w starszych klasach przerabiać pozytywizm to zobaczycie jak wtedy ludzie żyli! Z głodu umierali, suchoty ich wyniszczały, oczy sobie niszczyli przy lampkach naftowych na poddaszu... - i pani nauczycielka zaczęła streszczać tak kultowe pozycje literatury polskiej jak "Kamizelka" czy "Janko Muzykant".

Gruby Maciek puszczał to wszystko mimo uszu. Czytał pod ławką recenzję jakiej fantastycznej gry, gdy usłyszał coś co go zaciekawiło. Przerwał czytanie i rozjerzał się po klasie. Część dzieci płakała, część w przerażeniu patrzyła na panią od polskiego. Pani od polskiego chodziła po klasie i czytała na głos nowelkę "Antek". Akurat był to fragment gdy chorą Rozalkę wkładano do pieca na trzy zdrowaśki.

"Trzy zdrowaśki odmówiono, deskę odstawiono. W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą."

- Pani też w to grała? - odezwał się Gruby Maciek. Pani od polskiego zatrzymała się. Zapadła cisza, przerwana jedynie odgłos wymiotowania. To dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza dostała torsji.

- Grała? W co? - spytała pani od polskiego.

- No jak to w co?! W "Wiejski Kombat"!!! - zadudnił Gruby Maciek. - Tam się walczy z różnymi takimi i jak się spali stodołę i podejdzie zombie sołtysa...

- Zombie sołtysa???

- No, bo sołtys jest bossem pierwszego levelu i ginie, ale dalej chodzi po wsi jako zombie. I jak się go przytrzyma w tej płonącej stodole to on właśnie ma potem taką czerwoną skórę...

- Jak możesz! - huknęła pani od polskiego. - Jakieś durne horrory! Te gry komputerowe to nic tylko przemoc i to bezsensowna przemoc! A ja wam tu czytam najpiękniejsze fragmenty polskiej literatury!

- Ale widocznie w grach też jest literatura! - upierał się Gruby Maciek. - Choćby ta spieczona na czerwono skóra trupa!

I Gruby Maciek zaczął opowiadać co się dzieje na następnych poziomach gry. Dziewczynka, która zawsze się odzywała się jako pierwsza zasłabła, a pani od polskiego zaczął się cofać obiad. Była straszna awantura, o mało nie wezwano rodziców Grubego Maćka do szkoły.

Druga akcja miała miejsce na religii. Ksiądz przeczytał dzieciom fragment ewangelii odnośnie kuszenia. Jak to szatan pokazał Jezusowi cały świat i obiecał go w zamian za ukłon.

- Pamiętajcie, aby nigdy nie ulegać gdy kusi was los, bo to może być szatan! - ostrzegł klasę ksiądz. - Nie gdyby oferował cały świat, ale gdyby w zamian za ustępstwa moralne można było otrzymać nowy telefon komórkowy to też nie wolno!

- A ksiądz by dał radę? Nawet za najnowszy telefon? - padło pytanie z klasy.

- Pfff... - ksiądz skrzyżował ramiona i wydął lekceważąco wargi.

- A za super chatę?!

- Pfff... - powiedział ksiądz z uśmiechem na myśl o swojej plebanii.

- A za super brykę?!

Księdzu lekko drgnęła brew bo został trafiony w czuły punkt, ale zdania nie zmienił.

- A za bogactwo?!

- Pfff...

- A za paszport?!

- Który to powiedział?!!! - nagle ksiądz strasznie się zdenerwował. Wstał blady okularnik z trzeciej ławki i zaczął dukać:

- To nie ja, to mój stary! Bo on powiedział, że za co jak za co, ale za paszport to każdy czarny by sprzedał nawet swoją du...

I nie dość, że okularnik nie dokończył zdania to jeszcze dowiedział się, że jego ojciec jest sfrustrowanym człowiekiem, który sam niczego nie dokonał i teraz zazdrości innym, a tak w ogóle to jego ojciec nie jest człowiekiem tylko szatanem.
5
Hiobowscy siedzieli przy stole i załamani analizowali zachowanie Łukaszka na cmentarzu.

- Halloween to dla niego czad bo są dynie, świeczki i kościotrupy - westchnął tata Łukaszka.

- Święto zmarłych to dla... - zaczęła mama, ale dziadek jej przerwał:

- Wszystkich Świętych!

- ...tak, to też dla niego czad, bo są pierniki, znicze i chodzenie po ciemku.

- Gadżeciarz - podsumowała sisotra Łukaszka wywołując zdumienie, że zna tak trudne słowo.

Rodzina Hiobowskich debatowała jeszcze na temat jak głęboko sięga świadomość Łukaszka odnośnie świętowania Wszystkich Świ
Read More
ętych i Helloween, gdy zadzwonił dzwonek. To przyszedł Gruby Maciek ze swoim tatą. Po krótkim przywitaniu tata Grubego Maćka zapytał o temat rozmowy.

- Och, no tak... - zaczął oględnie tata Grubego Maćka. - My pojechaliśmy na cmentarz samochodem. To był horror. Ludzie zajeżdżali sobie drogę. Parkowali tak, że zastawiali przejazd. Trąbili. Krzyczeli - tata Grubego Maćka długo wymieniał. - No horror.

- A policja? - zapytała mama Łukaszka.

- Policja... - machnął ręką tata Grubego Maćka. - Dwóch stało na jednym skrzyżowaniu a dalej to już radiowozu nie uświadczysz. O nie, czaili się na wyjeździe z miasta.

- Tam jest fotoradar... - zauważył tata Łukaszka.

- A no jest i się schowali ze zwykłym radarem zaraz za nim. Czterech tam siedziało. Nie nadążali z pisaniem mandatów.

- A, to był mandat?

- Żeby tylko mandat... - westchnął tata Grubego Maćka i szturchnął swojego syna w bok. - No pochwal się.

I Gruby Maciek opowiedział, że jak ich zatrzymała policja (tata przyspieszył za fotoradarem i ich ustrzelili z tzw. "suszarki") to on opuścił szybę w dół i zawołał "hej, wy dzielni policjanci!".

- I to wszystko? Co w tym strasznego? - zdumieli się Hiobowscy.

- No jak to?! A skrót?! - zapienił się tata Grubego Maćka. Hiobowscy jęknęli i złapali się za głowę a Łukaszek spojrzał na Grubego Maćka z podziwem. Bardzo rzadko się zdarzało, że Łukaszek spoglądał na Grubego Maćka z podziwem, więc Gruby Maciek poczuł się bardzo dumny.

- I co było dalej? - zapytał dziadek Łukaszka.

- Jak to co?! - odparł w ekstazie Gruby Maciek. - Czad!!!
5
Następnego dnia po Halloween tata i dziadek zabrali Łukaszka na cmentarz. Panie nie pojechały. Siostra umówiła się na randkę w supermarkecie. Kiedy dowiedziała się, że tego dnia wszystkie sklepy są ustawowo zamknięte obraziła się i powiedziała, że w takim razie to ona nigdzie nie idzie. Mama stwierdziła, że nie idzie, bo to święto jest takie nieeuropejskie i zacofane. Babcia powiedziała, że nie idzie, bo dość już dyktatu kościoła w Polsce.

Zatem pojechali trzej panowie. Pojechali komunikacją miejską targając w siatkach zakupione wcześniej w markecie znicze oraz akcesoria narzędziowe. Na
Read More
miejscu, przy ogromnym cmentarzu komunalnym kupili kwiaty i ruszyli w trasę. Po drodze tata wyjaśnił Łukaszkowi różnicę pomiędzy Świętem Zmarłych a Świętem Wszystkich Świętych, a dziadek zaczął opowiadać o krewnych, którzy byli tu pochowani. Łukaszka oczywiście to znudziło.

Zanosiło się na katastrofę, ale tata i dziadek jakoś ją zażegnali. Kiedy stanęli przed pierwszym pomnikiem, dziadek poinformował, że jest to jego bliski krewny, który w czasie wojny latał na samolocie myśliwskim.

- Jak, tak jak na filmie? - zapalił się Łukaszek. Dziadek potwierdził. Łukaszek zademonstrował paszczą odgłos karabinów maszynowych.

- Nie stójcie tak, tylko do roboty - odezwał się tata Łukaszka wyjmując grabki z siatki.

No i się zaczęło. Łukaszek zmiatał liście z pomnika (trzeba było się przegiąć nad tablicą z napisami, żeby sięgnąć do środka płyty), szukał pompy, biegał po wodę, przycinał kwiaty, wynosił śmieci. i wreszcie - zapalał znicze.

- Super - powiedział Łukaszek, kiedy ustawił znicze tak, jak chciał (podświetlały i tablicę z napisami, i były widoczne z daleka). Wytarł brudne ręce w pochlapane wodą spodnie i nikt go nie opierniczył.

- No wiecie, ludzie - oburzyła się pani, która sprzątała grób obok. - Cmentarz jest dla dziecka super! Profanacja! Cmentarz to coś więcej niż bieganie po wodę i zapalanie zniczy!

- Wie pani co - powiedział dziadek. - Niech na razie to będzie chociaż to. Może jak urośnie to zrozumie. A tak a propos szacunku i zmarłych, to niech pani z łaski swojej zestawi swoje sitaki z sąsiedniego pomnika...

- To jest chamstwo - powiedziała pani i się obraziła.

Wędrowali po cmentarzu prawie cały dzień. Oglądali muzykantów przy bramach i kwestujących na placach. Pogadali z panem jeżdżącym rikszą. Łukaszek zjadł dwa pierniki (jeden za siebie a drugi za dziadka). Pokomentowali sobie najnowsze trendy w modzie cmentarnej (halogenowe podświetlenie nagrobków). Zapadł zmrok, a potem zrobiło się już całkiem ciemno. Łukaszek z zachwytem oglądał kolorowe kompozycje zniczy. Cmentarz był nieoświetlony i wędrujące czarne sylwetki bardziej przypominały duchy niż ludzi. Dziadek twierdził, że nic nie widzi (co było kompletnym łgarstwem) i Łukaszek musiał prowadzić go za rękę.

Wrócili do domu bardzo późno.

- Gdzie wyście łazili tyle czasu! - mama Łukaszka załamała ręce na widok syna. Syn, zmarznięty, brudny, wystawił poparzony zapałką kciuk do góry i oświadczył szczęśliwy:

- Było czad!!!
5
- Synku, kupiłam ci coś - oznajmiła radośnie mama Łukaszka.

- Przecież nie mielimy już mu nic kupować w tym miesiącu - zirytował się tata Łukaszka.

Magiczne słowa "kupiłam ci coś" zwabiły Łukaszka, który porzucił rozwalanie przeciwników w grze komputerowej "Siecz i rąb" i pędem przybiegł do pokoju.

Na stole leżał czarny kostium z naszytym białym szkieletem i maska w kształcie dyni.

- Prezencik na Halloween! - zaszczebiotała mama. - W tym możesz prawidłowo świętować dzisiejszy dzień!

Łukaszek dokładnie obejrzał prezent. Nie spodobał mu się za bardzo. Ani piłka, ani
Read More
gra komputerowa, po prostu ciuchy.

- I co ja mam z tym zrobić? - zapytał poirytowanym głosem Łukaszek.

- Masz to założyć. Oczywiście. Chyba.

Łukaszek założył po czym stanął przed lustrem i zaczął się drzeć "jestem trupem!". Sąsiedzi zaczęli pukać w ściany.

- Co mam robić dalej?

- Y... E... - mama rzuciła się do świeżego egzemplarza "Wiodącego Tytułu Prasowego" - Masz chodzić po domach wołając "cukierki albo psikus!".

- I to wszystko? - Łukaszek był zdegustowany. - Po to się przebieram za szkieleta, żeby walczyć o cukierki? Czy ja jestem dziecko, żeby jeść cukierki?

- Oczywiście, że nie! - zawołała mama i śmiało dokonała modyfikacji. - Możesz żądać czego tylko chcesz! Tylko musisz chodzić po domach! W tym przebraniu.

Łukaszek wyruszył więc w trasę. Nie sam. Towarzyszyła mu siostra, która przebrała się w stylu loli-goth, czyli dziewczęce ubranka plus czarny makijaż. Wrócili uradowani. Łukaszek wysypał na stół z koszyczka przybranego trupimi czaszkami mnóstwo drobiazgów. Cukierki, batoniki, gumy do żucia, karty doładowania telefonu.

- I jak było? - zapytał dziadek.

- Czad!!! - odparł uradowany Łukaszek. - Wszystkie święta powinny być takie!
What is Kliqqi?

Kliqqi is an open source content management system that lets you easily create your own user-powered website.

Latest Comments