reklama
5
Czwartego grudnia odbyła się akademia barbórkowa. I Łukaszek i Gruby Maciek brali w niej udział. Zrobili sobie (przy pomocy rodzin) stroje górników. Łukaszek sam pomalował sobie czapkę górnika czarną farbą, przy okazji popaćkał firany, drzwi i blat biurka.

Akademia odbywała się po południu. Zeszły się całe rodziny i zasiadły w rzęsiście oświetlonej auli - zgodnie z wytycznymi ministerstwa wszelkie święta obchodzono w szkołach hucznie i nie licząc się z kosztami energii elektrycznej. Szkoła miała przecież nie tylko kształcić ale i wychowywać.

Na początek wystąpił pan dyrektor. W krótkich słowach przypomniał historię polskiego górnictwa. Wyraził ubolewanie, że obecnie nie ma w Polsce żadnego górnika, bo sprowadzamy w całości węgiel z Rosji (za pośrednictwem firmy dwóch zecerów Z & Z).

- Ale może kiedyś znów ruszą windy w szybach zamkniętych kopalń i znów ujrzymy górników na polskich ulicach - zakończył pan dyrektor i akademia się zaczęła.

Były tańce i wiersze i opowieści i scenki. W jednej z nich wystąpili Łukaszek i Gruby Maciek. Była to scenka o rozruchach społecznych i próbach wywalczenia przywilejów socjalnych. Grupa górników przyjechała do stolicy. Pod scenografią z dykty imitującą ścianę sejmu rozpięli transparent, rzucili woreczkami z czerwoną farbą i spalili kukłę (w tym roku pan woźny pamiętał o wyłączeniu tryskaczy pod sufitami).

Wyszedł naprzód Gruby Maciek i pokazując poczernione ręce zadudnił:

- My kopiemy czarne złoto

Lecz co jest z naszą robotą?

Obok niego stanął Łukaszek, który artystycznie poczernił sobie twarz i domalował węglem wąsy. Hiobowscy z trudem powstrzymywali się od śmiechu, bo przecież tematyka wcale do śmiechu nie była.

- Robić nie jest żadną frajdą

Kiedy robi się za darmo - rzekł Łukaszek. Wpadł oddział "policji" i groźnie pohukując zawołał:

- Idźcie precz warcholskie plemię

Ze stolicy won pod ziemię

Wybuchły rozruchy społeczne (czyli szarpanina), które zostały przedstawione zbyt realistycznie, prawdopodobnie ze względu na animozje z przeszłości pomiędzy klasą trzecią a (górnicy) i trzecią b (policjanci). Kiedy okularnik z trzeciej ławki zaczął piskliwym głosem wołać "Chwdp!" i wszyscy zaczęli kopać się po tyłkach pan dyrektor dał dyskretnie znak panu od wuefu, aby ten doprowadził akademię do zgodności ze scenariuszem.

Dalej uroczystość przebiegała już bez zakłóceń. Jedynie podczas powrotu do domu Łukaszek zasypywał wszystkich pytaniami o górnikach. Kim byli, co robili, po co był węgiel, czym się teraz pali, skąd bierzemy prąd i gdzie się podziali wszyscy górnicy. Hiobowscy z trudem znajdowali odpowiedzi, a na ostatnim to już polegli zupełnie.

Na szczęście za nimi szła tęga pani w futrze, która była żoną eks-górnika i córką eks-górnika. Bo u nich kiedyś prawie wszyscy byli górnikami.

- To były czasy - rozmarzyła się tęga pani. - Trzynastki, czternastki, talony, bony, sklepy dla górników, ośrodki wczasowe... Górnik to był pan! A ile zarabiał! Ho, ho! Całą rodzinę mógł sam utrzymać!

-A teraz? - zapytał Łukaszek.

- Oszukali nas! Przekupili! - krzyczała tęga pani i powiedziała, że górnicy dostali odprawy, żeby odejść z górnictwa. - Ale te odprawy były śmiesznie małe! Ledwo starczyły na mieszkanie, meble i samochód, na wesele córki musieliśmy się zapożyczyć! - i tęga pani poprawiła futro pod szyją. Zimno się robiło. - Bida, oj, bida...

- Hę? Blida? - niedosłyszał dziadek. - Ta przekręciara?

I wybuchła straszna awantura. Tęga pani o mało nie pobiła się z dziadkiem. Okrzyki "śląska krew!", "a basen pod domem to się niby sam wybudował", "wolała umrzeć niż pohańbiona wyjść w kajdankach" i "uczciwi ludzie nie trzymają pistoletów w łazience" krzyżowały się w powietrzu niczym szpady. Łukaszkowi udało się przebić z pytaniem kto to był ta Blida. Usłyszał, że była to przekręciara (dziadek), święta (tęga pani), ofiara reżimu (mama), aferzystka, która za dużo wiedziała (tata), znakomita minister (babcia). Do Łukaszka jakoś nie mogło trafić, że mówią o tej samej osobie.