reklama
4
Ma rację W. Waszczykowski, krytykując polskie władze po wizycie S. Ławrowa, nie należało się wdawać w jakiekolwiek dyskusje na temat tarczy antyrakietowej, tylko nieustanie trąbić o tym, co Rosja zrobiła w Gruzji.



Określenie "niewykorzystana szansa" użyte przez Waszczykowskiego w tym kontekście nie wydaje mi się do końca trafione. Nabieram bowiem coraz większego przekonania, że nasze władze jakimś nadludzkim wysiłkiem woli albo niemalże w malignie, wynikającej z paniki wywołanej działaniami Rosji, klepnęły w końcu odwlekaną w nieskończoność sprawę tarczy i sojuszu z USA, teraz zaś nie za bardzo wiedzą, jak ten "dramatyczny gest" przed Rosją zatuszować. Gdyby zaraz po szczycie unijnym polska dyplomacja przeprowadziła dalszą ofensywę jednoczącą kraje bałtyckie w obliczu agresywnej Rosji, to sprawy miałyby się zupełnie inaczej, skończyło się zaś na tym, że Polska ostentacyjnie popiera "prozachodnie dążenia" Ukrainy, mimo że tam następuje zwrot ku Rosji oraz wspiera na odległość okupowaną Gruzję, z czego Moskwa już kompletnie sobie nic nie robi.



Polska dała się niepotrzebnie wciągnąć w "pełne zrozumienia" pogaduchy z Rosją, ponieważ wizyta Ławrowa została wykorzystana propagandowo przez Kreml do przypomnienia, że Polacy "włączają się w imperialną politykę USA" i "zachowują się nieodpowiedzialnie", a poza tym "nie rozumieją" posowieckich obyczajów, jakie kultywuje Federacja Rosyjska z Putinem i Miedwiediewem na czele. W rezultacie wyszło tak, że to rosyjski szef MSZ-u przywoływał Polskę do porządku, by niejako ostudzić nasze agresywne i awanturnicze zapędy. To dopiero!



Można więc powiedzieć, że w świat pomknęło przesłanie "jacy Ruscy są, tacy są, ale ci Polacy..." Nie od dziś zresztą wiadomo, że Rosja lubuje się w swojej doktrynie geopolitycznej w wyznaczaniu dyżurnego wroga, którego musi swoimi działaniami na polu nie tylko dyplomatycznym, odpierać. I Polska na takiego dyżurnego manekina do bicia znakomicie się nadaje. Władze FR ("kremliny", można rzec :) zawsze mogą przywoływać "rusofobię Polaków" jako koronny argument świadczący o tym, że pałamy chęcią najazdu na Rosję, a w najgorszym wypadku, rzucenia jej na kolana, jak w 1612 r. Waszczykowski przywołuje koncepcję, która na serio jest u naszego wschodniego sąsiada formułowana, jakoby USA miało zaatakować Rosję ze względu na jej zasoby energetyczne.



No a skoro Amerykanie by atakowali, to Polacy jako ich wierni sojusznicy na pewno dołożyliby swoje trzy grosze. Idąc tym tropem można wykazać niemalże pełne zrozumienie dla działań Rosji w Gruzji - wiedząc bowiem, że chcą tam się na stałe zainstalować Amerykanie, Moskwa dokonała po prostu uderzenia wyprzedzającego w ramach III wojny światowej. Co więcej, jeśliby tę paranoiczną koncepcję wziąć zupełnie na poważnie, to twierdzenia Ławrowa o chęci "przyjmowania na siłę" różnych państw do NATO stanowią naturalne tejże koncepcji uzupełnienie.



Oczywiście rosyjscy bezpieczniacy, którzy dyrygują posowieckim imperium aż takimi paranoikami nie są. Wystarczy im zupełnie międzynarodowy zasiew paranoi drogą propagandową. Dokładnie taką samą strategię stosował Stalin: ZSSR nieustannie zagrożone jest przez amerykański imperializm, amerykańską broń jądrową i amerykańskich szpionów - dlatego musi się "bronić" poprzez poszerzanie swojej sfery wpływów. Podoba mi się jednak to, że tym razem Rosjanie mówią wprost o swoich agresywnych zamiarach, dając w ten sposób wyraz nie tylko pewności siebie, ale i pewności dotyczącej tego, że nikt w Europie nie jest w stanie procesu jakiejś przedziwnej restytucji bloku sowieckiego powstrzymać. W tym zaś kontekście mówienie, że Polska nie jest uważana za obszar należący do rosyjskiego dominium brzmi jak wyjątkowo ponury żart, skoro Ławrow nic innego nie czynił w trakcie swojej wizyty, jak upominał polskie władze, co powinny robić, a czego nie powinny, no i żeby generalnie "nie szły tą drogą". Nasze władze natomiast skwapliwie to wszystko przyjmowały, uprzejmie się uśmiechając.



Ławrow dobrze pamięta ZSSR, w dyplomacji którego pracował już od lat 70., należąc, co oczywiste, do KPZS.



Sądzę jednak, że i my powinniśmy pamiętać, czym ZSSR było i jak katastrofalny w skutkach (także dla nas!) może być proces przyzwalania na restytucję tego tworu przez Moskwę. Nawet jeśliby ta restytucja nie zachodziła w sposób oficjalny.