reklama
5
Ton szumu medialnego oraz podsumowania premiera i ministra wskazują, że wizyta szefa rosyjskiego MSZ, Siergieja Ławrowa, to wielki sukces naszej dyplomacji. Śmiem jednak wątpić w te huraoptymistyczne podsumowania. Jest to z całą pewnością sukces tyle, że rosyjskiej, a nie polskiej dyplomacji.



W pełni (pomijam kilka szczegółów) zgadzam się z FYM-em, który dzisiaj w Salonie24 napisał, że:



Âť Polska dała się niepotrzebnie wciągnąć w "pełne zrozumienia" pogaduchy z Rosją, ponieważ wizyta Ławrowa została wykorzystana propagandowo przez Kreml do przypomnienia, że Polacy "
Read More
włączają się w imperialną politykę USA" i "zachowują się nieodpowiedzialnie", a poza tym "nie rozumieją" posowieckich obyczajów, jakie kultywuje Federacja Rosyjska z Putinem i Miedwiediewem na czele. W rezultacie wyszło tak, że to rosyjski szef MSZ-u przywoływał Polskę do porządku, by niejako ostudzić nasze agresywne i awanturnicze zapędy. To dopiero!

Można więc powiedzieć, że w świat pomknęło przesłanie "jacy Ruscy są, tacy są, ale ci Polacy..." Nie od dziś zresztą wiadomo, że Rosja lubuje się w swojej doktrynie geopolitycznej w wyznaczaniu dyżurnego wroga, którego musi swoimi działaniami na polu nie tylko dyplomatycznym, odpierać. I Polska na takiego dyżurnego manekina do bicia znakomicie się nadaje. Władze FR ("kremliny", można rzec :) zawsze mogą przywoływać "rusofobię Polaków" jako koronny argument świadczący o tym, że pałamy chęcią najazdu na Rosję, a w najgorszym wypadku, rzucenia jej na kolana, jak w 1612 r. Waszczykowski przywołuje koncepcję, która na serio jest u naszego wschodniego sąsiada formułowana, jakoby USA miało zaatakować Rosję ze względu na jej zasoby energetyczne. ÂŤ



Wizyta była umówiona jeszcze przed wybuchem tzw. kryzysu gruzińskiego, ale fakty, które w ostatnim czasie ujrzały światło dzienne świadczą dobitnie, że Moskwie wizyta ich szefa dyplomacji w Polsce była bardziej potrzebna niż nam. Rosji, przede wszystkim, pod względem propagandowym i dla odwrócenia uwagi od spraw istotnych, jeżeli chodzi o przyczyny wybuchu tego konfliktu.

Posłużę się tylko jednym przykładem, a mianowicie (zamieszczam całość):

http://fakty.interia.pl/raport/gruzja-osetia/news/rmf-rosja-klamala,1177248



RMF: Rosja kłamała!

Piątek, 12 września (10:42)

Moskwa kłamała. Wojska rosyjskie weszły do Osetii Południowej, zanim zaatakowali Gruzini - przeczytał korespondent RMF FM w "Czerwonej Gwieździe", gazecie rosyjskiego resortu obrony.

To absolutnie sprzeczne z wersją Kremla, który winą za wybuch wojny obarcza Tbilisi. Ostatnio premier Władimir Putin zapewniał, że oddziały 58. Armii podeszły pod Cchinwali dopiero po dwóch dniach walk.

W artykule "Życie toczy się dalej" opisane są losy rannego kapitana Denisa Sidristego. Oficer opowiadał, że już 7 sierpnia ogłoszono alarm: "Przerzucono nas do Osetii Południowej w stronę Cchinwali. Dotarliśmy, rozbiliśmy się, a ósmego nad ranem tak gruchnęło, że niektórzy pogubili się. Wiedzieliśmy, że Gruzini coś przygotowują, ale trudno było sobie wyobrazić to, co zobaczyliśmy potem".

Oficer opowiada, jak od rana przebijali się, by połączyć się broniącymi się w Cchinwali rosyjskimi "siłami pokojowymi". Ta opowieść oficera to kolejny dowód na to, że Rosjanie wprowadzili wojska przed gruzińskim atakiem. "Permska Gazeta" opublikowała wspomnienia żołnierzy biorących udział w operacji. Jeden z nich rozmowie z matką przez telefon opowiadał: "Jesteśmy tu od 7 sierpnia, my i cała nasza 58. Armia".



Czy warto więc było prowadzić z Ławrowem rozmowy ugrzecznione? Owszem, ale tylko do pewnego stopnia, bo to Rosji potrzebny był bardziej szum medialny. Ławrow i tak powiedział, co chciał powiedzieć. Nawet drwił nieco z Polski w kontekście tarczy antyrakietowej.



A my nie wykorzystaliśmy szansy, żeby wzmocnić naszą pozycję w Unii Europejskiej. Szkoda!
5
Zestawiam kilka tylko informacji na temat konfliktu gruzińskiego. Pozostawiam je bez komentarza. Bo i po co komentować? Fakty mówią za siebie.



http://fakty.interia.pl/raport/gruzja-osetia



Wojna na Kaukazie - konflikt UE-Rosja



8 sierpnia 2008 r. gruzińskie wojsko rozpoczęło ofensywę na separatystyczny region Gruzji Osetię Południową. Z odsieczą Osetyjczykom przyszły wojska rosyjskie, odbijając część obiektów opanowanych wcześniej przez armię Gruzji. Konflikt przerodził się w wojnę Rosji z Gruzją. W jej wyniku Rosja uznała niepodległość Abchazji i Oseti
Read More
i Południowej. Rozpoczął się konflikt Rosji z Unią Europejską.





http://fakty.interia.pl/raport/gruzja-osetia/news/8-sierpnia-byl-dla-nas-jak-11-wrzesnia-dla-usa,1177330



"8 sierpnia był dla nas jak 11 września dla USA"



Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew oświadczył, że jego kraj nie jest zadowolony z obecnej architektury międzynarodowego bezpieczeństwa. Podkreślił, że nie zdała ona egzaminu podczas niedawnych wydarzeń na Kaukazie.

Według gospodarza Kremla 8 sierpnia w Osetii Południowej był dla Rosji tym, czym dla USA 11 września 2001roku.

Miedwiediew mówił o tym, podejmując w Moskwie kilkudziesięciu znanych politologów, analityków i publicystów z USA, Europy Zachodniej i Japonii.



- 8 sierpnia w Osetii Południowej był dla Rosji tym, czym dla USA 11 września 2001 roku - powiedział. - Z tragedii 11 września i innych tragicznych wydarzeń ludzkość wyciągnęła wnioski. Chciałbym, aby świat wyciągnął wnioski także z wydarzeń w Osetii Południowej - dodał.





http://fakty.interia.pl/raport/gruzja-osetia/news/rmf-rosja-klamala,1177248



RMF: Rosja kłamała!



Moskwa kłamała. Wojska rosyjskie weszły do Osetii Południowej, zanim zaatakowali Gruzini - przeczytał korespondent RMF FM w "Czerwonej Gwieździe", gazecie rosyjskiego resortu obrony.

To absolutnie sprzeczne z wersją Kremla, który winą za wybuch wojny obarcza Tbilisi. Ostatnio premier Władimir Putin zapewniał, że oddziały 58. Armii podeszły pod Cchinwali dopiero po dwóch dniach walk.

W artykule "Życie toczy się dalej" opisane są losy rannego kapitana Denisa Sidristego. Oficer opowiadał, że już 7 sierpnia ogłoszono alarm: "Przerzucono nas do Osetii Południowej w stronę Cchinwali. Dotarliśmy, rozbiliśmy się, a ósmego nad ranem tak gruchnęło, że niektórzy pogubili się. Wiedzieliśmy, że Gruzini coś przygotowują, ale trudno było sobie wyobrazić to, co zobaczyliśmy potem".

Oficer opowiada, jak od rana przebijali się, by połączyć się broniącymi się w Cchinwali rosyjskimi "siłami pokojowymi". Ta opowieść oficera to kolejny dowód na to, że Rosjanie wprowadzili wojska przed gruzińskim atakiem. "Permska Gazeta" opublikowała wspomnienia żołnierzy biorących udział w operacji. Jeden z nich rozmowie z matką przez telefon opowiadał: "Jesteśmy tu od 7 sierpnia, my i cała nasza 58. Armia".
5
J.K. Dlaczego pan Komorowski tak strasznie obawiał się pytań przed swoim wyborem na marszałka Sejmu. To dziwna sytuacja, takie pytania zawsze zadawano.

Ł.W.Czemu miał się ich bać?

J.K.Bał się pytań dla siebie bardzo kłopotliwych, takich, które być może mogłyby nawet postawić jego wybór pod znakiem zapytania.

Ł.W.Proszę teraz zadać te pytania.

J.K. Nie będę ich teraz zadawał, ale zapewniam pana, że one zadane zostaną. Dotyczą bardzo konkretnych spraw.

Ł.W.Jakiego typu?

J.K.Chodzi o sprawy, które w większości wypadków były opisywane w prasie. Dotyczyły decyz
Read More
ji, podejmowanych przez Bronisława Komorowskiego w okresie, gdy był ministrem obrony, przysparzających pewnym bardzo ważnym ludziom czy ich rodzinom różnych wartości. Te decyzje w świetle prawa, a z całą pewnością w świetle dobrych obyczajów, były nieuzasadnione. Były też inne kwestie, o których nie mogę tutaj mówić. I dziwi mnie, że media się tym kompletnie nie zajęły. Nie zaczęły drążyć, pytać.

Ł.W.Ja dopytuję, a pan nie przedstawia żadnego konkretu.

J.K. Pan się dopytuje, bo ja zacząłem o tym mówić. Sam pan tego pytania nie zadał. Poza tym - wszystko w swoim czasie. Zadanie tych pytań to niekoniecznie moja rola.



To fragment wywiadu, jakiego premier Jarosław Kaczyński udzielił Łukaszowi Warzesze z Faktu w dniu 7 listopada 2007r. Być może dziś, po wielu miesiącach sprawowania rządu przez koalicję PO-PSL, Kaczyński jest już mniej zdziwiony postawą dziennikarzy wobec spraw, związanych z Bronisławem Komorowskim.



W pierwszej części wpisu AFERA MARSZAŁKOWA-1 przedstawiłem chronologicznie zdarzenia z jesieni ubiegłego roku, na podstawie medialnych publikacji. Pomiędzy 27 października 2007r., gdy Wprost podało informację o wezwaniu Komorowskiego przez Komisję Weryfikacyjną WSI, a 19 listopada, gdy Dziennik opublikował sensacyjny artykuł Anny Marszałek, opatrzony nagłówkiem Każdy może kupić tajne dokumenty, pt. Aneks do raportu o WSI na sprzedaż.



Wiemy, że w tym mniej więcej czasie, Bronisław Komorowski spotkał się z Aleksandrem Lichockim. Jeśli wierzyć słowom Komorowskiego, trzeba przyjąć, że do spotkania doszło po dniu 5 listopada, 2007r., czyli po dacie wyboru Komorowskiego na marszałka sejmu VI kadencji. Sam, bowiem marszałek pytany o powód wizyty pułkownika WSW, stwierdził:



Ja myślę, że prozaiczna sprawa po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan Antoni Macierewicz publicznie mówił... moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł sądzić, że się przeflancuję, mówiąc takim językiem politycznoogrodniczym, na nową grządkę, na nowy układ sił politycznych.



Jeśli tak byłoby rzeczywiście, trzeba powiedzieć, że płk. Aleksander Lichocki szef PRL- owskiego kontrwywiadu wojskowego jest kompletnym ignorantem, a i sam Komorowski okazał wprost zadziwiającą niefrasobliwość, godząc się na spotkanie z pułkownikiem. Dlaczego?



Dlatego, że 18 października 2007r. Gazeta Polska zamieściła artykuł Leszka Misiaka pt. Komorowski i WSI, nawiązujący do wcześniejszej publikacji Wprost. Misiak ujawnił w nim fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z Lichockim i zakończył swój artykuł zadając intrygujące pytania:



Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.



Niestety, nie znalazł czasu, by porozmawiać z "GP", jego asystent kilkakrotnie przekładał termin wywiadu. Asystent marszałka odesłał nas do sekretariatu Bronisława Komorowskiego w Sejmie. Sekretarka zapisała mój numer telefonu i powiedziała, że połączy mnie, gdy marszałek skończy spotkanie. Nie połączyła. Więc zadaję te pytania publicznie.



Wynika stąd, że Komorowski przed spotkaniem z Lichockim wiedział już, że tą znajomością interesują się dziennikarze, wiedział, że zadają w tej sprawie pytania, a mimo to, zdecydował się przyjąć Lichockiego w swoim biurze poselskim. Również Lichocki miał świadomość, że jego związki z Komorowskim zostały ujawnione i stanowią przedmiot dziennikarskiego zainteresowania, a jednak waży się na spotkanie z marszałkiem w miejscu publicznym.



Zadziwiająca niefrasobliwość, wprost nieprawdopodobna u oficera kontrwywiadu i doświadczonego polityka, na którego media poszukują haka Mało tego Lichocki, po publikacji Gazety Polskiej przychodzi do Komorowskiego z dosyć dziwną taką ofertą, którą trudno nazwać korupcyjną, ale niewątpliwie sugerował możliwość uzyskania przeze mnie wglądu w Aneks do raportu o likwidacji WSI, jak twierdzi sam marszałek sejmu.



Wydaje się mało prawdopodobne, by w tych okolicznościach i w tym właśnie czasie doszło do spotkania według scenariusza, jaki przedstawił mediom Komorowski. Nie posądzę nigdy płk. Lichockiego o podobną lekkomyślność, ani pana marszałka o tak jawną ignorancję.



Chyba, że przyjmiemy, że panowie musieli się spotkać, a ich spotkanie, odnotowane przez Wprost było jednym z wielu już odbytych. Jeśli do tej aktywności, wielce lekkomyślnej, zmusiła ich publikacja Gazety Polskiej, byłaby to logiczna i uprawniona reakcja.



Załóżmy, więc nieco poprawioną wersję zdarzeń.



Na długo przed wyborem Komorowskiego na marszałka sejmu, pojawiają się wobec niego zarzuty o udział w aferach, z czasów, gdy był ministrem obrony narodowej, w których pojawiają się ludzie Wojskowych Służb Informacyjnych. Poseł Komorowski wydaje się łatwym obiektem do mocnego i celnego ataku.



Należy przypuszczać, że mają w tym udział politycy PIS-u i ludzie służb, lojalni wobec ustępującej ekipy rządowej. Efektem tych działań są m.in. publikacje prasowe, jak te z 14 października 2007r we Wprost, na temat inwigilacji posłów z sejmowej komisji obrony, w czasie, gdy Komorowski był ministrem ON, czy z 27 października.2007r o wezwaniu Komorowskiego przed Komisję, a wreszcie z 18 października, o związkach Komorowskiego z WSI i Lichockim. Do wściekłości doprowadza polityków PO i ich przyjaciół ze środowiska WSI fakt sprzątnięcia sprzed nosa archiwum Komisji i przeniesienia jej siedziby do BBN u. Trzeba zwrócić uwagę, jakiż żal przebija z publikacji Dziennika z początków grudnia 2007r. Jednego dnia zabrakło, by premier Donald Tusk i wicepremier Grzegorz Schetyna mogli przeczytać aneks do raportu o weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Jest to o tyle ciekawe, że w aneksie, według prasowych przecieków, mają być opisani politycy Platformy, tacy jak: Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski czy Grzegorz Schetyna. Jednak 15 listopada, dzień przed objęciem władzy przez Tuska, dokumenty zostały zwrócone przez kancelarię premiera do szefa komisji weryfikacyjnej WSI. Aneks ma w tej chwili tylko prezydent i od prawie półtora miesiąca nie podjął decyzji, kiedy go ujawni.



6 listopada, ten sam Dziennik wyraźnie sygnalizuje, jakie obawy żywią ludzie Platformy, przy czym można już zauważyć dziennikarską retorykę, wyraźnie inspirowaną przez służby:



Według informatora DZIENNIKA, który widział dokument, liczy on co najmniej kilkaset stron. Politycy Platformy, z którymi rozmawialiśmy, spodziewają się, że aneks będzie wymierzony w ich partię i zostanie opublikowany przed powołaniem rządu Donalda Tuska. "Spodziewamy się, że w raporcie padną nazwiska Bronisława Komorowskiego, Grzegorza Schetyny i Radka Sikorskiego. Czy będą bomby? Gdyby mieli bomby, to zrzuciliby je na nas w kampanii wyborczej" - opowiada rozmówca DZIENNIKA z Platformy.



Komorowski wie, że musi podjąć kontrakcję lub obciążające go materiały mogą zostać ujawnione. Ma dwa wyjścia: dowiedzieć się, co znajduje się w aneksie i jaką wiedzą na jego temat dysponuje Komisja Weryfikacyjna lub nie dopuścić do publikacji dokumentu, skompromitować pracę Komisji i wyprzedzić ewentualny atak na swoją osobę. Oba można połączyć w skomplikowaną, lecz w przypadku powodzenia, niezwykle skuteczną kombinację operacyjną. Lichocki wydaje się człowiekiem idealnym do jej zainicjowania. Ma pełne zaufanie Komorowskiego, z którym łączy go wieloletnia, zażyła znajomość i bardzo dobre kontakty z wieloma dziennikarzami, szczególnie związanymi z prasą prawicową, dla których stanowi wiarygodne źródło informacji. Oni zaś i ich kontakty, mogą się okazać pomocne w uzyskaniu wiedzy o aneksie.



Poprzez swoje znajomości Lichocki ma się zorientować, czy istnieją jakiekolwiek szanse na poznanie treści aneksu, a szczególnie fragmentów dotyczących Komorowskiego oraz jaką wiedzą dysponują weryfikatorzy z Komisji. Jeśli takie możliwości będą, Lichocki ma zdobyć aneks lub go kupić. Sądzę, że tę misję Lichocki wypełnia na długo, przed wyborem Komorowskiego na stanowisko marszałka sejmu.



Groźną dla obu zapowiedzią zbliżających się kłopotów jest publikacja Gazety Polskiej, która ujawnia, że Komorowskiego łączy z Lichockim długoletnia znajomość. Dziennikarze próbują pytać Komorowskiego o jej kulisy. Na razie można ich pytania zignorować, lecz co będzie, gdy zaczną się ponawiać, a sprawa zostanie nagłośniona?



Panowie muszą, zatem spotkać się jak najszybciej i być może jedno z tych spotkań jest przedmiotem informacji, opublikowanej przez Wprost w czerwcu br. Prawdopodobnie tylko tej wyjątkowej okoliczności, zawdzięczamy, że dochodzi do jawnego spotkania w biurze poselskim Komorowskiego i wiedza o nim dociera później do opinii publicznej.



Powstała sytuacja może zagrozić interesom obu zainteresowanym Lichockiemu, który działa wśród dziennikarzy, jako wiarygodne źródło informacji i szuka możliwości dotarcia do aneksu i Komorowskiemu, którego kompromitacja tuż po wyborze na marszałka sejmu, byłaby ogromnym ciosem dla PO i wspierającego rząd układu WSI. Istnieje również realna możliwość, że prezydent będzie chciał ujawnić aneks do Raportu, a zapowiedź wezwania przed oblicze Komisji oznacza, że znajdują się w nim mocne dowody obciążające.



Wbrew oficjalnej propagandzie, na rynku brak jest przecieków, o czym Komorowski i Lichocki doskonale wiedzą, a medialne spekulacje opierają się wyłącznie na plotkach pochodzących od przesłuchiwanych przez Komisję żołnierzy WSI. Przeprowadzona w ostatniej chwili ucieczka Olszewskiego do BBN-u i udane sprzątnięcie sprzed nosa jedynego egzemplarza aneksu z Kancelarii Rady Ministrów, sprawiają, że politycy Platformy i ich agenturalne zaplecze nie ma realnych możliwości na poznanie treści dokumentu.



Warto spojrzeć z tej perspektywy na reakcje polityków PO z listopada ubiegłego roku. Oni wiedzą, czemu przypisać ucieczkę z archiwum, nie potrafią jednak znaleźć punktu zaczepienia. Oto 18 listopada Dziennik donosi:



Nowy minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna nie wierzy, że dokumenty komisji weryfikacyjnej WSI zostały przeniesione z powodów organizacyjnych. "Te informacje są absurdalne i nieprawdziwe" - twierdzi Schetyna. "Będziemy tę sprawę wyjaśniać już od jutra" - zapowiedział w TVN24. Szef MSWiA nie daje wiary w wyjaśnienia polityków Prawa i Sprawiedliwości, że przewiezienie dokumentów, o którym w sobotę pisał DZIENNIK, było zgodne z prawem i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. "Informacje, że to chodzi o organizacyjne zmiany i udostępnienie lokali dla komisji weryfikacyjnej WSI w Kancelarii Prezydenta czy BBN, są absurdalne" - oskarżał Grzegorz Schetyna.



Gdyby było inaczej i PO miała dostęp do treści aneksu, cała kombinacja operacyjna, związana z Komisją Weryfikacyjną byłaby zbyteczna. Dysponując dokumentem Platforma i podległe jej media potrafiłyby wykorzystać każde, zawarte w nim zdanie przeciwko politycznym przeciwnikom, inicjując odpowiednie przecieki i gry operacyjne. Zabezpieczono by wszystkie osoby, których nazwiska pojawiają się w dokumencie i odpowiednio ukierunkowano informacje medialne, tak by uprzedzić reakcje społeczeństwa na publikacje dokumentu.



Aneks utajniony u prezydenta, lecz jawny dla Platformy - byłby bronią bezużyteczną.



Gdyby nawet prezydent go opublikował, łatwo można wyobrazić sobie, z jakim odbiorem społecznym należałoby się liczyć, gdyby środowisko PO znało wcześniej jego ustalenia



Temu właśnie celowi poznaniu treści tajnego dokumentu miał służyć pierwotny pomysł Platformy wymiany 12 członków Komisji Weryfikacyjnej, mianowanych przez premiera.



Sam tytuł publikacji Dziennika z 18 listopada 2007r. nie pozostawia wątpliwości - Platforma dobierze się do archiwum WSI. Znajdujemy tam jednoznaczną zapowiedź posła Grasia: Pół komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych idzie do wymiany, "W tym tygodniu zbadamy, na jakim etapie są prace komisji i jak długo potrzebuje czasu do ich zakończenia. Niewątpliwe jest, że 12 członków zostanie zmienionych" - tłumaczy Paweł Graś, minister z kancelarii premiera.



Jeśli zrezygnowano z tego pomysłu, wolno przypuszczać, że powodem była już prowadzona i coraz lepiej rokująca kombinacja operacyjna skierowana przeciwko Komisji. Być może też, informacje pochodzące od Lichockiego sugerowały, że aneks jest na tyle mocno zabezpieczony przed ujawnieniem, że nawet wymiana członków Komisji nie przybliży możliwości poznania treści dokumentu. Trzeba pamiętać, że sam aneks znajdował się wówczas u prezydenta, a Komisja Weryfikacyjna mogła prowadzić prace w sprawach zupełnie różnych, od tych, które poruszono w zamkniętym już aneksie. Jeśli pomysł porzucono, oznacza to, że wkrótce po dacie zapowiedzi Grasia zaszły na tyle istotne zmiany sytuacji, że zdecydowano się na uderzenie w Komisję, skompromitowanie jej i sparaliżowanie prac. Posyłanie tam własnych ludzi, czyli uwiarygodnianie prac Komisji, byłoby w tej sytuacji absurdalne.



Niewykluczone, że decydujące znaczenie miała świadomość, że Lichocki nie jest w stanie zdobyć dostępu do aneksu, zatem należy przejść do drugiego etapu kombinacji.



Czego potrzebowano, by skutecznie przeprowadzić dalszą akcję?



Odzyskanych służb, dyspozycyjnych dziennikarzy i oficjalnego przykrycia kombinacji.



Nie przypadkiem, więc największe znaczenie od początków rządów położono na natychmiastowe i gruntowne czystki w służbach specjalnych, w szczególności ABW i SKW. Nie przypadkiem do akcji zaangażowano Dziennik i Gazetę Wyborczą, jako media rozprowadzające akcję, a rolę wiodącą powierzono, sprawdzonej już w takich sytuacjach Annie Marszałek.



Domyślam się, że pewnych problemów mogło nastręczać przykrycie kombinacji, czyli jej legalizacja tak, by efekty można było przełożyć na sytuacje procesowe. O tym, że problemy takie mogły zaistnieć, świadczą różniące się znacząco wersje zdarzeń, odnośnie powodów wszczęcia śledztwa w sprawie rzekomej korupcji lub przecieków, podmiotów ( w tym Gazety Wyborczej), które miały złożyć zawiadomienie czy liczby miejsc (11), w których dokonano przeszukań w dniu 15 maja br.



Te tematy - dość obszerne, warto już jednak poruszyć w dalszej części. Tym bardziej, że rola dziennikarzy w samej kombinacji, ale też ich obecne zachowanie, warte jest dokładnej analizy. Warto, bowiem pamiętać, że płk. Lichocki był człowiekiem doskonale znanym w środowisku dziennikarskim i z usług byłego oficera WSW korzystano zapewne często i chętnie. W momencie, gdy jego rola została zakończona i wystawiono go, (niczym płk. Pietruszkę, w sprawie zabójstwa ks. Jerzego) na ludzi, kontaktujących się z Lichockim padł strach. Trwa zresztą do dziś i jest dodatkową zdobyczą kombinacji operacyjnej. Ten strach trzyma dziś w szachu znaczącą część środowiska medialnego.



Nie mam też najmniejszej wątpliwości, że płk. Lichocki jest tzw.oficerem pod przykryciem, a zwolnienie ze służby w roku 1991 było jedynie konieczną formalnością. Zakres jego kontaktów i środowisk, w których się obracał przez następne lata, mogą dawać pewne pojęcie o faktycznej roli i zadaniach, jakie wypełniał Lichocki.



Na koniec tego wpisu, wszystkim tym, którzy nadal żywią przekonanie, tak mocno ugruntowane przez dyspozycyjnych dziennikarzy Dziennika i Gazety Wyborczej o rzekomych przeciekach treści aneksu i nieudolności weryfikatorów Macierewicza, dedykuję słowa premiera Jana Olszewskiego, wypowiedziane w dniu 30 maja br. podczas obrad sejmowej Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka:



Otóż ja wszystkim tym osobom i czynnikom, które od wielu miesięcy starannie i gorliwie zabiegają, żeby dowiedzieć się czegoś o treści aneksu do raportu komisji weryfikacyjnej, który w tej chwili spoczywa na biurku pana prezydenta, który jest jedynym uprawnionym do nadania temu dokumentowi klauzuli jawności, chcę oświadczyć, że dopóki nie będzie decyzji prezydenta, nikt z państwa i nikt z czynników zainteresowanych nie dowie się na temat ani jednego zdania, które jest w tym aneksie. Ja za to odpowiadam i ja za to daję słowo słowo przeciwko słowu.



Ĺšródła:

http://www.dziennik.pl/polityka/article57662/Kaczynski_Nie_przewyzszymy_PO_w_knajackich_atakach.html



http://prawica.net/node/8928



http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/artykul15339.html



http://www.dziennik.pl/polityka/article96073/PiS_ukryl_przed_Tuskiem_aneks_Macierewicza.html



http://www.dziennik.pl/polityka/article57248/Prezydent_ma_aneks_do_raportu_o_WSI.htmlhttp://www.dziennik.pl/polityka/article73819/Schetyna_Zbadam_klamstwa_o_materialach_WSI.html



http://www.dziennik.pl/polityka/article76279/Platforma_dobierze_sie_do_archiwum_WSI.html



http://www.rp.pl/artykul/155269.html
4
W lipcu ubiegłego roku, Romuald Szeremietiew wspomniał na swoim blogu o słowach Bronisława Komorowskiego, wypowiedzianych w radiowej Trójce, że to on złapał Farmusa, a więc zarzut o odpowiedzialności ministra za działania podwładnych jest nietrafiony. Szeremietiew przypomniał wówczas dawną rozmowę z Komorowskim : po zatrzymaniu Farmusa (lipiec 2001) zapytałem dlaczego coś takiego zrobił, on odparł: przysięgam na głowy moich dzieci, że nie miałem z tym wszystkim nic wspólnego. Gdy prasa doniosła, że samochód potracił syna Komorowskiego, który w ciężkim stanie znalazł się w szpitalu, przypomniał
Read More
em sobie tamte słowa Komorowskiego. pisał Szeremietiew.



Wynika z tej historii, że pan Komorowski ma słabą pamięć lub skomentuje swoje znajomości podobnie, jak tę z Aleksandrem Lichockim, - Nie znam takiego przypadku, żeby ktoś potwierdził, że znał i się przyjaźnił z tego rodzaju postaciami..



Mam jednak nadzieję, że są ludzie, których Komorowski nie zapomina i do tych osób należy Krzysztof Bucholski. Nie wiem, od jakiego czasu datuje się znajomość obu panów, lecz jest faktem, że już w roku 2001 Bucholski był szefem kampanii parlamentarnej polityka PO i, sądząc po wyniku wyborczym Komorowskiego, dobrze wypełnił swoje zadanie. Być może zbliżyła ich pasja żeglarska, gdyż wspólnie działali w Lidze Morskiej i Rzecznej, której Komorowski jest prezesem. Sądzę, że była to bliska znajomość, skoro panowie korzystali nawet z usług tej samej agencji interaktywnej Weber Interactive Poland, zajmującej się budową oraz sprawowaniem opieki nad wizerunkiem w Internecie.



Faktem jest również, że w późniejszych latach Bucholski był radnym PO w warszawskiej Białołęce, a następnie objął intratne stanowisko szefa warszawskiego oddziału Agencji Mienia Wojskowego. I byłoby to zapewne początek dobrze zapowiadającej się kariery młodego działacza, gdyby nie przerwała jej sprawa sprzedaży gruntów Wojskowego Instytutu Medycznego. O aferze, związanej z wyprowadzeniem przez byłych ministrów MON Onyszkiewicza i Komorowskiego, atrakcyjnego gruntu z terenu Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, do firmy Lilianny Wejchert (byłej żony współwłaściciela ITI) obszernie informowała prasa, a jako pierwsza doniosła o tym Gazeta Polska, w artykule Klinika pod specjalnym nadzorem.



Znajdujemy tam następujące twierdzenia: w wyprowadzeniu gruntu do Euro-Medicalu brał udział jego[Komorowskiego] zaufany człowiek, wieloletni pracownik Agencji Mienia Wojskowego Krzysztof B. szef kampanii Komorowskiego do parlamentu w 2001. Według dokumentów, do których dotarła GP, B. przejmował w imieniu AMW działkę przy ul. Szaserów w Warszawie od Stołecznego Zarządu Infrastruktury MON. Kilkanaście dni temu B. został aresztowany przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego pod zarzutem korupcji oraz działania w zorganizowanej grupie przestępczej. Zarzucanych czynów miał się dopuścić właśnie podczas pracy w Agencji Mienia Wojskowego, gdzie pełnił funkcję szefa oddziału warszawskiego AMW, a potem wiceprezesa agencji.



Na uwagę zasługuje fakt, że w sprawę przekazania gruntów byli zaangażowani wysocy urzędnicy z Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Mieli przekonywać komendanta Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej przy ul. Szaserów w Warszawie prof. płk Eugeniusza Dziuka by, nie stawiał przeszkód w wydzieleniu gruntu szpitala dla spółki Euro-Medical. Szefem BBN był w tym czasie gen. Marek Dukaczewski .



Nie będę opisywał kulisów tej sprawy, bo zainteresowani mogą bez problemu znaleźć informacje na jej temat. Jak większość tego typu afer, również ta nie doczekała się ustalenia, co łączyło z nią Bronisława Komorowskiego. Co prawda, w marcu 2007r. posłowie PIS-u: Jędrzej Jędrych i Tomasz Markowski wezwali ówczesnego wicemarszałka Sejmu, aby dobrowolnie udał się do Centralnego Biura Antykorupcyjnego i złożył tam wyjaśnienia w sprawie nieprawidłowości przy sprzedaży gruntów, ale nikt nie słyszał, by pan marszałek uległ takim niecnym namowom. Co ciekawe, nic też nie słychać, by Komorowski zrealizował swoją zapowiedź z 08 marca 2007r - wystąpienia z pozwem przeciwko posłowi PiS Jędrzejowi Jędrychowi. Powodem takiej reakcji, miały być formułowane przez posła PIS-u oskarżenia o "wyprowadzenie" przez Komorowskiego gruntów MON. Jędrnych miał również sugerować, że Komorowski był sterowany przez WSI.



Sam Komorowski tłumaczył, że decyzję o przekazaniu AMW gruntu należącego do szpitala podjął minister Onyszkiewicz. Przyznał, że do niego zwrócono się z prośbą o unieważnienie decyzji Onyszkiewicza, natomiast "unieważnienie decyzji ministra obrony narodowej przez jego następcę musi mieć jakieś twarde podstawy".



Choć nazwisko Krzysztofa Bucholskiego pojawia się w sprawie nieprawidłowości przy przekazaniu gruntów AMW, nie ona stała się bezpośrednim powodem aresztowania współpracownika Komorowskiego.



Bucholski został zatrzymany przez CBA w lutym 2007r. W tej samej sprawie zatrzymano 17 osób: urzędników AMW i przedsiębiorców. Głównie pracowników firmy Sitex będącej częścią międzynarodowej grupy z branży ochroniarskiej. Zdaniem śledczych biznesmeni korumpowali urzędników, by dostawać kontrakty na ochronę obiektów wojskowych. Urzędnicy mieli się połakomić na gotówkę od 500 do 10 tysięcy złotych, obiady, pożyczanie samochodu, raz wyjazd do Niemiec, a także rejs do Szwecji. Wszyscy otrzymali zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a Bucholski ponadto o jej kierowanie. Nikt z pracowników AMW nie przyznał się do winy. W areszcie Bucholski spędził pół roku.



I oto w lutym 2008r ukazał się w Rzeczpospolitej artykuł zatytułowany Agenci pytali o marszałka. Autor - Michał Stankiewicz informował, że podczas pobytu w areszcie Bucholski miał mieć wizytę dwóch agentów CBA, którzy wypytywali go o nazwiska polityków, z którymi współpracował. Obiecywano mu, że jeśli je wymieni wtedy zostanę wypuszczony z aresztu, a tak posiedzę sobie parę lat i zmądrzeję opowiadał Bucholski. Jego zdaniem agentom chodziło o obecnego marszałka Sejmu. Okazało się, że z rozmowy z CBA nie powstał żaden protokół. Mój adwokat wysłał skargę do prokuratury, że nie został o tym powiadomiony, a także do rzecznika praw obywatelskich mówił Bucholski.



Z artykułu wynika, że również innemu z zatrzymanych w tej sprawie Pawłowi J., pracownikowi warszawskiego oddziału AMW, prokurator miał proponować zwolnienie z aresztu, w zamian za informacje m.in. o Komorowskim lub Ottonie Cymermanie (obecnym szefie rady nadzorczej AMW). Informacje miały dotyczyć tego, kto komu ile dał i za co oraz kto jest z kim powiązany opisuje Paweł J.



Prokuratura i CBA zaprzeczały tym relacjom, a rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie stwierdził, że w protokołach przesłuchania nie ma mowy o Komorowskim. Z kolei CBA potwierdza, że jego oficerowie odwiedzili w areszcie Bucholskiego, lecz nie rozmawiano o Komorowskim.



Autor artykułu twierdzi, że dotarł do pisma, jakie w styczniu 2007 roku ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło wysłał do Radosława Sikorskiego, szefa MON. Powodem korespondencji był anonim sugerujący przestępczą działalność płk. Henryka D., szefa warszawskiego oddziału AMW, który kilka tygodni później stał się jednym z podejrzanych. W piśmie pojawia się też informacja, że Henryk D. znalazł pracę cyt. z poręczenia pana posła Komorowskiego z PO, pan Bucholski też z PO. Sikorski nie zdążył odpisać, bo kilka dni później jego miejsce zajął Szczygło, a dwa tygodnie później Bucholski już był aresztowany.



Płk. Henryk D to postać znana. Przez lata był logistykiem w 3. Warszawskiej Brygadzie Rakietowej. W 2002 r., po 26 latach służby, Odszedł z wojska, oskarżony przez prokuraturę wojskową o korupcję, jaka miała miejsce w jednostce wojskowej na Bemowie. Zatrudnienie znalazł natychmiast w Agencji Mienia Wojskowego, na stanowisku zastępcy Krzysztofa Bucholskiego.



Co na rewelacje Rzeczpospolitej mówił wówczas Bronisław Komorowski?



Dochodziły mnie informacje, że trwa polityczne polowanie i poszukiwanie czegoś, co by dało możliwość skompromitowania mnie. Gdyby to zostało potwierdzone, to byłby sygnał, że działania służb specjalnych były upolitycznione. Bo jeśli ktoś mógł liczyć na łaskawość czy wypuszczenie go po zeznaniu na czyjąś niekorzyść, to byłby to właśnie klasyczny areszt wydobywczy ocenił informacje zawarte w artykule.



Przypomnę jedynie dla porządku, że publikacja Rzeczpospolitej miała miejsce 04 lutego br.



Czy wolno kojarzyć ją z wcześniejszymi informacjami o zamiarze przesłuchania Komorowskiego przez Komisję Weryfikacyjną i późniejszą o ponad miesiąc publikacją Dziennika Kto gra aneksem Macierewicza? Czy tego typu skojarzenia są uprawnione, jeśli pamięta się, Komorowski zacięty wróg likwidacji WSI twierdził w lutym br., muszę zobaczyć aneks przed publikacją ?



Ponieważ nie wierzę, by data publikacji Rzeczpospolitej i jej temat był dziełem przypadku, warto może postawić sobie pytania o związek, tych z pozoru odległych spraw.



Nic nie wiemy o zachowaniu Krzysztofa Bucholskiego w areszcie, ani faktycznych przyczynach jego zwolnienia. Został aresztowany i wypuszczony w czasie, gdy rządził PIS, a Komisja Weryfikacyjna prowadziła normalną działalność. Jest bez wątpienia człowiekiem, który może posiadać dużą wiedzę o powiązaniach i działaniach Komorowskiego z okresu jego szefowania MON. Przypomnę, że to w tym czasie miała miejsce kombinacja operacyjna przeciwko Szeremietiewowi i Farmusowi, w tym czasie pozbyto się Krzysztofa Borowiaka i w tym czasie, pojawiły się zarzuty o inwigilację przez WSI członków sejmowej komisji obrony. Czy Bucholski mógł posiadać wiedzę na te tematy?



Można jedynie podejrzewać, że związki tych dwóch ludzi wykraczały poza relacje zwierzchnik podwładny, a Komorowski był promotorem kariery młodego działacza PO.



Czemu mogło służyć ujawnienie w lutym 2008r. informacji o rzekomych naciskach, jakie funkcjonariusze CBA mieli wywierać na Bucholskiego? Nie sądzę, by był to element walki z samym CBA, skoro nic nie wiadomo o zarzutach wobec kierownictwa tej służby, a przecież ten rząd nie zrezygnowałby z idealnej wprost okazji, by pozbyć się Mariusza Kamińskiego. Czy był to sygnał skierowany w stronę PIS-u, informacja ostrzeżenie, że my wiemy o tym, co wy wiecie a sytuacja może się wkrótce odwrócić?



Przed ponad tygodniem, Wojciech Wybranowski tak napisał o marszałku Komorowskim w świetnym tekście Nakarmiliśmy bestię :



Był w stanie również tym bardziej w obecnym układzie rzadzącym doprowadzić do czasowego zablokowania i spowolnienia prac Komisji Weryfikacyjnej WSI w momencie, gdy został wezwany na jej przesłuchanie. A tym bardziej był w stanie doprowadzić do zajęcia dokumentów Komisji Weryfikacyjnej i przeszukań w domach jej członków niedługo po tym , gdy okazało się, że przed Komisją stanął i złożył mocno obciążające owego polityka zeznania, jego dawny współpracownik.



Co prawda Wojciech Czuchnowski z Gazety Wyborczej twierdził w październiku 2007 roku, że Komisja Weryfikacyjna dysponuje zeznaniami Krzysztofa Borowiaka i one to miały stanowić podstawę wezwania Komorowskiego, lecz - jak wykazałem to w poprzednim wpisie AFERA MARSZAŁKOWA 2 wartość tych zeznań musiałaby być niewielka, zważywszy na wyjaśnienia, jakich w nr. 11/2001 (2289) tygodnika Polityka udzielił sam Borowiak



Warto natomiast zwrócić uwagę, że 4 lutego 2008r.( a zatem w tym samym dniu, gdy ukazała się publikacja Rzeczpospolitej) tygodnik Wprost poinformował, że przed Komisją weryfikacyjną WSI chciałby stanąć były szef kolegium IPN, dr Andrzej Grajewski, którego nazwisko pojawiło się w Raporcie z weryfikacji. Osoba pana Grajewskiego jest o tyle istotna w kontekście spraw związanych z Komorowskim, że to właśnie na prośbę tego ostatniego, w 1992r wiceministra MON, Grajewski podjął się opracowywania na rzecz WSI analiz na temat zewnętrznych zagrożeń państwa. Jak wynika z Raportu z weryfikacji, oficerowie WSI zamierzali wykorzystać Grajewskiego także do typowania i werbunku dziennikarzy, ale jak sam mówi - choć wówczas było to legalne - nigdy takich działań nie podejmował.



Pytania są zasadne, jeśli pamięta się, że próbę aresztowania Wojciecha Sumlińskiego, nie przypadkiem nazywano aresztem wydobywczym, a w wywiadzie dla Radia Zet z 16 maja br. Komorowski tak skomentował pytanie dziennikarza o dowody przeciwko Sumlińskiemu :



No więc szukamy dowodów, prawda, ABW szuka dowodów. Tylko dowodem może być albo przyznanie się kogoś do winy, albo inna forma potwierdzenia kontaktu, na przykład między tymi panem L., Aleksandrem L., czy panem S., a kimś z Komisji Weryfikacyjnej. To ma ABW sprawdzić.



Jestem przekonany, że momentem kluczowym dla oceny tzw. afery aneksowej będzie fakt wezwania Bronisława Komorowskiego przez Komisję Weryfikacyjną WSI. Jeśli tym, co już napisałem, zdołałem zainspirować kogoś do własnej analizy, byłby to efekt pożądany i ,przyznaję - zamierzony. Jak rzeczywiście mogła wyglądać reakcja marszałka na zagrożenie, wynikające z zamiarów Komisji i czym był informacyjny szum, towarzyszący pierwszym sygnałom o rzekomych przeciekach postaram się napisać w kolejnej części.



Ĺšródła:

http://szeremietiew.blox.pl/2007/07/Szosta-rocznica-czy-to-egoizm.html



http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/default.aspx?id=50326



http://www.gazetapolska.pl/?module=content&lead_id=1945



http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34397,3969378.html



http://wyborcza.pl/1,76842,3971136.html



http://www.rp.pl/artykul/89193.html



http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,69906,4620332.html



http://wybranowski.salon24.pl/88296,index.html



http://www.wprost.pl/ar/122985/Grajewski-chce-stanac-przed-komisja-weryfikacyjna-WSI/



http://www.radiozet.pl/Programy/ProgramSzczegoly.aspx?AudycjaId=960&PageIndex=3
4
Muszę zobaczyć aneks przed publikacją oświadczył przed kilkoma miesiącami Bronisław Komorowski, tuż po tym, jak Kancelaria Prezydenta poinformowała, że rozważa on ujawnienie aneksu do Raportu z weryfikacji WSI. Ciekawość pana Komorowskiego nie powinna raczej dziwić, jeśli pamięta się, że w samym Raporcie jego nazwisko wymienia się ponad 60 razy. Według ustawy likwidującej WSI, prezydent po zapoznaniu się z aneksem do raportu, przekazuje go marszałkom Sejmu i Senatu, przeprowadza z nimi konsultacje, a następnie decyduje o jego upublicznieniu w "Monitorze Polskim. Gdy w lutym tego roku, prezyde
Read More
nt Kaczyński zaczął zastanawiać się celowością ujawnienia treści aneksu, doszedł do wniosku, że jeżeli panowie marszałkowie nie mają tu żadnych kompetencji, to niby dlaczego raport ma być im przesłany ?



Te słowa wywołały natychmiastową reakcję Komorowskiego, który orzekł, że nie wyobraża sobie, że prezydent Lech Kaczyński nie zechce wykonać ustawy



Troska pana marszałka o losy aneksu, powinna stać się przedmiotem szczegółowej analizy, której część chciałby tu przedstawić. W przedziwny, choć logiczny sposób, zainteresowanie Komorowskiego aneksem ma związek z przebiegiem, tzw. afery aneksowej. Warto przedstawić pewną chronologię zdarzeń, by wykazać istnienie tego związku. Chcąc uniknąć zarzutu manipulacji, posłużę się w tym celu niemal wyłącznie cytatami z publikacji internetowych, unikając własnego komentarza.



Oto 14 października 2007r.Wprost podał informację, że w 2000 r. Wojskowe Służby Informacyjne inwigilowały posłów z sejmowej komisji obrony.Z naszych informacji wynika, że o sprawie mógł wiedzieć Bronisław Komorowski, ówczesny minister obrony narodowej, a dziś jeden z liderów PO.



W sejmowej komisji MON zasiadali wówczas m.in. Jerzy Szmajdziński (SLD), Janusz Zemke (SLD), Janusz Onyszkiewicz (UW), Paweł Graś i Paweł Piskorski, wówczas posłowie niezrzeszeni. Szefem WSI był Tadeusz Rusak, a jego zastępcami Mariusz Marczewski i Kazimierz Mochol. Wszyscy, pytani o inwigilację przez WSI, zaprzeczają, by miała miejsce lub twierdzą, że nic im o tym nie wiadomo.



Fakt inwigilacji potwierdza natomiast Krzysztof Borowiak, ówczesny dyrektor Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Jego zdaniem, zdobyte w czasie inwigilacji materiały mogły trafić do ówczesnego szefa MON Bronisława Komorowskiego.



Podczas rozmowy z szefem MON Bronisławem Komorowskim puścił mi on nagranie z poczty głosowej telefonu komórkowego Głowackiego. Było to moje nagranie na jego pocztę głosową. Minister zaprezentował mi je z komentarzem, że to dowód na moją nielojalność i brak możliwości dalszej współpracy. Ciekawe, skąd Komorowski wziął to nagranie mówi Borowiak.



Pod tekstem Wprost pojawił się wówczas bardzo ciekawy komentarz Romualda Szeremietiewa: Bardzo mnie uciszyło zapewnienie Bronisława Komorowskiego, że nie stosował inwigilacji WSI wobec swoich wspólpracowników, gdy był ministrem ON. To oświadczenie pozostaje jednak w sprzeczności z tym, co mówił dla "Życia Warszawy" (07.05.04.). Cytuje: " - Zleciłem WSI objęcie działaniami Zbigniewa F. (asystenta wiceministra) i Romualda Sz. - mówi były szef MON Komorowski." Przypomnę, Zbigniew Farmus był członkiem Gabinetu Politycznego ministra ON i moim współpracownikiem. W grudniu 2006 r. sąd uniewinnił F. od zarzutów łapownictwa. Ja (Romuald Sz.) w 2000 r. byłem posłem i Sekretarzem Stanu Pierwszym Zastępca Ministra ON (czyli Komorowskiego) i do dziś nie zostałem osądzony bowiem po paru latach procesu z powodów formalnych okazało się, że będzie on podjęty ponownie i od początku. Ta czy inaczej jak przyznaję Komorowski obu nas (F. i Sz.) jako szef MON "polecił" WSI.???



18 październik 2007r. Gazeta Polska zamieszcza artykuł Leszka Misiaka pt. Komorowski i WSI, nawiązujący do publikacji Wprost. W artykule czytamy m.in.o tajemniczym przyjacielu Bronisława Komorowskiego, który w marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:



W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L.

Fragment z raportu o WSI dotyczącego inwigilacji prawicy: "K. ocenił, że kontakty por. P. z politykami prawicy z lat 1991-1993 mogły być inspirowane przez wysokich rangą byłych oficerów Szefostwa WSW: płk. Aleksandra L. (ostatniego szefa Zarządu I Szefostwa WSW) oraz płk. Marka W. (ostatniego szefa Oddział II w Zarządzie III, a wcześniej szefa Oddziału III w Zarządzie I Szefostwa WSW)93.".

Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.



Choć Misiak próbował wówczas uzyskać od Komorowskiego odpowiedzi na te pytania, nie doczekał się żadnej reakcji.



Kilkanaście dni później 27 października.2007r. Wprost powiadomił że Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta, informując również, że na najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej Bronisław Komorowski, obecnie jeden z liderów PO, kandydat partii Donalda Tuska na marszałka Sejmu. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001. Komisja w poniedziałek chce też wysłuchać byłego szefa WSI gen. Tadeusza Rusaka.



W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski stwierdził że są to próby podważenia jego wiarygodności. Nie tylko próbuje się stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji opozycji, w czasach gdy ja byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale również próbuje się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać.



Nazwiska Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się w aneksie do raportu o Wojskowych Służbach informacyjnych 30 pażdziernika.2007r. napisała "Rzeczpospolita".



Antoni Macierewicz konieczność wysłuchania w/w osób uzasadnia następująco: Ustalenia, które są w aneksie do raportu o WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali. Jeśli tego nie zrobią, to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany. Macierewicz przypomniał, że po opublikowaniu raportu z likwidacji WSI pojawiły się zarzuty, iż szereg osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją miały, to "sprawy byłyby inaczej opisane". Zaznaczył, że wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do dokumentów i informacji, na podstawie których aneks został napisany. "Jeżeli ich wyjaśnienia będą satysfakcjonujące, to ulegnie on zmianie, jeśli nie będą satysfakcjonujące, to na pewno zostaną przytoczone, by czytelnik mógł skonfrontować obie strony" - zaznaczył Macierewicz.



Wezwania będą dotyczyły osób "rzeczywiście znanych", bo "aneks zajmuje się przede wszystkim odpowiedzialnością osób, mających związek z najważniejszymi prywatyzacjami, a czasem z tego wynikały niestety przestępstwa" - powiedział Antoni Macierewicz. Dodał, że aneks skupia się na problematyce gospodarczej. "Pokazuje, w jak dużym stopniu polska gospodarka została wygenerowana przez działania tajnych współpracowników służb wojskowych, dokonuje analizy składu władz największych przedsiębiorstw, pokazujemy w jak dużym stopniu były one zależne bądź od agentury sowieckiej, a także od nieprawidłowości przy FOZZ". "To jest szereg 'układów', które, poza działaniem agentury dawnych sowieckich służb wojskowych, łączą 2-3 centra, skupiające się wokół najważniejszych postaci ostatniego 16-lecia"



Następnego dnia, po ukazaniu się informacji o wezwaniu przed Komisję, Komorowski informuje media - Pan Macierewicz powinien zniknąć ze swojej instytucji , Kwestia odwołania ministra Macierewicza wydaje się być kwestią oczywistą i oznajmia Przyjdzie nowy minister, zostaną przeprowadzone zmiany personalne i jedną z pierwszych decyzji będzie odsunięcie pana Macierewicza od wpływów na tak newralgiczny obszar państwa



Komorowski wyjaśnił, że komisja weryfikacyjna ds. WSI, która podlega Macierewiczowi, jego zdaniem "zachowuje się bardzo dziwnie". - Komisja próbuje wzywać na przesłuchania kandydata na marszałka Sejmu. Tu może chodzić o chęć zepsucia atmosfery i mojego wizerunku, a nie o dojście do prawdy - stwierdził.



W niedzielę, 18 listopada 2007r. Dziennik zamieszcza wypowiedź nowego szef MSWiA - Schetyna nie wierzy w tłumaczenia: Zbadam kłamstwa o materiałach WSI.

Nowy minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna nie wierzy, że dokumenty komisji weryfikacyjnej WSI zostały przeniesione z powodów organizacyjnych. "Te informacje są absurdalne i nieprawdziwe" - twierdzi Schetyna. "Będziemy tę sprawę wyjaśniać już od jutra" - "Ta sprawa zostanie gruntownie wyjaśniona i to w najbliższych dniach. Nie może tak być, że jesteśmy świadkami informacji, które w moim przekonaniu nie są prawdziwe i mają fałszować rzeczywistość" - mówił Schetyna.

19 listopada 2007r. Anna Marszałek z Dziennika w artykule Nocne gry i zabawy polityków PIS dzieli się z czytelnikami niezwykle emocjonalnymi uwagami:



Takiego numeru jeszcze żadna odchodząca władza swoim następcom nie wycięła. Decyzja o skopiowaniu i wywiezieniu archiwów komisji weryfikującej żołnierzy zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych oznacza, że przez następne lata czeka nas nieustanny wysyp "hakowych" informacji. ()Skandalem jest, że jedna grupa polityczna bez żadnej kontroli buduje sobie "prywatne" archiwa do bezpardonowej walki politycznej z przeciwnikami. Skandalem jest, że uważa, iż ma do tego prawo, bo przegrała wybory, i w dodatku sądzi, że "przypadkowe społeczeństwo" zapewne się pomyliło i nie wie, co dla niego jest dobre. Kraj według PiS to "podwórko", na którym wygrywa ten, kto mściwiej rozliczy innych i ciężej obrazi. A cóż się do tego bardziej nadaje niż brudy z archiwów tajnych służb. Prawdziwości ich już nikt nie weryfikuje. Łatwość wrzucenia "pomyj" do mediów przez rządzących, oczywiście anonimowo, rozzuchwaliła polityków PiS. W opozycji mogłoby brakować tej amunicji, więc podjęto próbę okopania się na przyczółku Pałacu Prezydenckiego. Niedawno DZIENNIK ujawnił, że kopiowano akta ABW. Teraz, że wywieziono archiwum WSI. Czy politycy PiS nie zauważyli, że społeczeństwo w wyborach odrzuciło takie zabawy i zostali na podwórku sami?



Tego samego dnia - 19 listopada 2007 Dziennik przynosi sensacyjną informację, opatrzoną nagłówkiem Każdy może kupić tajne dokumenty, pt. Aneks do raportu o WSI na sprzedaż.

Dziennikarze gazety donoszą: DZIENNIK zdobył kolejne potwierdzenie, że tajne archiwa WSI oraz dokumenty komisji weryfikacyjnej zostały skopiowane. Ale to jeszcze nie wszystko. Gazeta ustaliła, że aneks Antoniego Macierewicza do raportu o WSI można kupić na czarnym rynku. Minister sprawiedliwości zapowiedział wyjaśnienie tej sprawy. "Mieliście rację. Skopiowano całość zgromadzonych przez komisję materiałów" - powiedział gazecie ekspert ds. służb pracujący dla koalicji PO - PSL. Sprawę bada już MON oraz sejmowa komisja ds. służb. Wczoraj DZIENNIK zdobył kolejne potwierdzenie prawdziwości tych informacji.

Może to próba upublicznienia materiałów, co do których wątpliwości ma nawet prezydent" - spekuluje jeden z rozmówców DZIENNIKA. Zastrzeżenia do publikacji aneksu mają także politycy Platformy Obywatelskiej, którzy już pierwszy raport Macierewicza uważali za niewiarygodny.



Na tym zdarzeniu należałoby zakończyć pierwszą część zestawienia, by nie budować wpisu, który z uwagi na objętość, stanie się niestrawny i nieczytelny. W dalszej części, warto przyjrzeć się uważniej sprawie inwigilacji posłów z sejmowej komisji obrony, z roku 2000 i człowiekowi, który, podobnie jak Romuald Szeremietiew, stał się ofiarą działań pana Komorowskiego. Niewykluczone, że zeznania tego człowieka, złożone przed Komisją Weryfikacyjną WSI, dały początek rozpętaniu tzw. afery aneksowej.



Ĺšródła:

http://www.wprost.pl/ar/115649/WSI-inwigilowaly-poslow/



http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,9631868,wiadomosc.html?ticaid=16701



http://www.gazetapolska.pl/?module=messages&message_id=260%5C



http://www.wprost.pl/ar/116552/Nowy-raport-o-WSI-u-prezydenta-Komorowski-wezwany-przed-komisje/



http://www.rp.pl/artykul/65922.html



http://www.wprost.pl/ar/115687/Tasmy-Rusaka/?I=1295



http://www.dziennik.pl/polityka/article73819/Schetyna_Zbadam_klamstwa_o_materialach_WSI.html



http://www.dziennik.pl/opinie/article83170/Marszalek_Nocne_gry_i_zabawy_politykow_PiS.html



http://www.dziennik.pl/polityka/article76428/Aneks_do_raportu_o_WSI_na_sprzedaz.html
4
By móc ocenić rolę Bronisława Komorowskiego w tzw. aferze aneksowej trzeba cofnąć się do lat 2000-2001. Wydaje się, że w tym właśnie czasie mogły mieć miejsce zdarzenia, których konsekwencji pan Komorowski obawiał się, od chwili wezwania przez Komisję Weryfikacyjną WSI .



Tygodnik Wprost, informując w październiku ubiegłego roku o wezwaniu Komorowskiego przez Komisję twierdził, że wezwanie to ma związek ze sprawą nielegalnych podsłuchów, stosowanych przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001, gdy obecny marszałek był ministrem obrony narodowej. Jak wiemy Komorowski nie stanął p
Read More
rzed Komisją i zeznań nie złożył. Powodem wezwania miały być nowe ustalenia Komisji i zeznania byłego współpracownika Komorowskiego, z okresu szefowania MON.



W artykule WSI inwigilowały posłów, dziennikarze Wprost informują o zeznaniach Krzysztofa Borowiaka, ówczesnego dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, który miał powiedzieć Doszło do przedziwnej sytuacji. Podczas rozmowy z szefem MON Bronisławem Komorowskim puścił mi on nagranie z poczty głosowej telefonu komórkowego Głowackiego. Było to moje nagranie na jego pocztę głosową. Minister zaprezentował mi je z komentarzem, że to dowód na moją nielojalność i brak możliwości dalszej współpracy. Ciekawe, skąd Komorowski wziął to nagranie.



Warto bliżej przyjrzeć się postaci byłego dyrektora departamentu i roli, jaką odegrał Komorowski w pozbyciu się Borowiaka z MON.



Krzysztof Borowiak, po wygraniu w maju 2000r. konkursu organizowanego przez Urząd Służby Cywilnej, został cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Sam Borowiak tak w roku 2001 opisywał stan owego Departamentu, w momencie objęcia stanowiska Nie było pomieszczeń, nie było żadnego sprzętu biurowego, ani jednego komputera czy telefonu, za to byli już przyjęci przez kogoś prawie wszyscy pracownicy cywilni. Do dzisiaj nie wiem, przez kogo przyjęci, domyślam się, że przyjął ich gen. B. Smólski - radca ministra, swego czasu dyrektor departamentu w pionie zakupów sprzętu dla wojska, za nieprawidłowości usunięty ze stanowiska (była w tej sprawie kontrola NIK), "w nagrodę" mianowany przez min. Onyszkiewicza na zajmowane do dziś stanowisko i utrzymany na tym stanowisku przez min. Komorowskiego. Otóż gen. Smólski "szykował się" na moje stanowisko (już chyba pełnił nawet obowiązki dyrektora "mego" departamentu) i on chyba przyjął tych cywilów: żadna z tych osób nigdy nie miała nic wspólnego ani ze szkolnictwem, ani z nauką wojskową.



Pomimo wielu trudności ze strony min.Komorowskiego, który dążył do likwidacji tego Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Tak o tym mówi Borowiak: Mówiąc skrótowo, uważaliśmy, że resortu nie stać na utrzymywanie więcej niż jednej wyższej uczelni wojskowej (obecnie jest ich osiem!): Uniwersytetu Obrony Narodowej. Protestowaliśmy też przeciwko "prywatyzacji" Wojskowej Akademii Technicznej i żerowaniu na jej majątku Szkoły Wyższej Warszawskiej czy innych tworów ("Naukowy Park Technologiczny na Bemowie"). Wskazywaliśmy również na nieekonomiczną i nieracjonalną lokalizację Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu, zamiast w lepiej do tego predestynowanym Poznaniu. Minister Komorowski był głuchy na nasze argumenty, nie chciał ich wysłuchiwać, jak już powiedziałem: ignorował nasz departament.



Borowiak zaproponował połączenie WAM, WAT i AON w jeden Uniwersytet Obrony Narodowej z wydziałami: lekarskim, technicznym i strategiczno-obronnym. Z trzech Wyższych Szkół Oficerskich wojsk lądowych powinna, według tej koncepcji pozostać szkoła w Poznaniu, m.in. z uwagi na niższe o 20 proc. koszty kształcenia niż we Wrocławiu.



05 lutego 2001 Komorowski odwołał Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych, twierdząc, że swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej.



W opinii Borowiaka, jego zwolnienie miało związek z programem restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, który w istotny sposób naruszał dotychczasowe status quo. Wyżsi oficerowie WP, wykorzystujący struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów, byli zdecydowanymi przeciwnikami reform, proponowanych przez Borowiaka.



W piśmie Borowiaka z 23.07.2001r., skierowanym do posła Bogdana Lewandowskiego, który pytał w interpelacji o przyczyny odwołania dyrektora Departamentu, znajdujemy następujące zdania: Minister Komorowski posunął się w walce z naszym departamentem tak daleko, że dysponował nagraniem rozmowy z mego telefonu komórkowego do Przewodniczącego Sejmowej Komisji Obrony Narodowej posła Głowackiego, który wobec świadków zaprzeczył jakoby przekazywał to nagranie min. Komorowskiemu. Nagranie to z nieukrywaną satysfakcją prezentował mi min. Komorowski na przełomie roku 2000/2001 stawiając przede mną alternatywę: albo sam się zwolnię, albo zostanie wszczęte przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne.



Jeśli Wprost powoływało się w artykule na powyższe oświadczenie Borowiaka, to niestety, nie mogłoby ono posłużyć do wykazania, że Komorowski korzystał z podsłuchów WSI.



Tak się, bowiem składa, że w artykule Marka Henzlera w nr. 11/2001 (2289) tygodnika Polityka, sam Borowiak tłumaczy fakt posiadania nagrania rozmowy telefonicznej przez Komorowskiego w następujący sposób:



W końcu grudnia Rzeczpospolita w artykule Podchorąży nie zdąży przytoczyła słowa ministra Komorowskiego, który posłom z komisji obrony powiedział, iż dziś czterech nauczycieli przypada na jednego słuchacza szkoły wojskowej, a nakłady na jego kształcenie w ciągu roku są sześciokrotnie wyższe niż na studenta cywilnej uczelni. Minister zapowiedział, iż z ośmiu szkół niebawem pozostanie pięć.



Kiedy to przeczytałem, zadzwoniłem do przewodniczącego komisji posła Stanisława Głowackiego z AWS. Włączyła się poczta głosowa w jego telefonie komórkowym. Powiedziałem, że minister mija się z prawdą, bo aż tak źle nie jest i jeśli posłowie chcą znać prawdę, to na posiedzenie powinni zaprosić przedstawiciela merytorycznego departamentu! Do głowy mi nie przyszło, że poseł Głowacki poleci z tym nagraniem do ministra, a ten przegra to sobie na kasetę magnetofonową.



Jeśli rzeczywiście, Borowiak tak wyjaśniał posiadanie nagrania przez Komorowskiego, wyklucza to wersję korzystania z podsłuchu, choć w niczym nie zmienia faktu, że przyczyny zwolnienia dyrektora były mocno naciągane. Potwierdził to zresztą Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając prawomocnie ( po 4 latach), że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia Borowiaka na podstawie art.52 Kodeksu pracy.



W tym samym niemal czasie, Komorowski pozbył się z MON ministra Szeremietiewa i Zbigniewa Farmusa. Podobieństwo tych spraw polega głównie na tym, że były to decyzje personalne podjęte na korzyść ówczesnego układu, jaki stworzyli w wojsku wyżsi oficerowie i służyły obronie ich interesów. Trzeba przypomnieć, że wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka w budynkach Wojskowej Akademii Technicznej rozpoczęła działalność prywatna Szkoła Wyższa Warszawska, założona przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale10. Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej.



Ostatecznie w 2001 r. nie doszło do zaplanowanych zmian w szkolnictwie wojskowym ani do rozstrzygnięcia przetargu na samolot wielozadaniowy, którym zajmował się Szeremietiew.



W przypadku Krzysztofa Borowiaka istnieje jednak jeszcze inna okoliczność, związana z jego działalnością opozycyjną w latach 80 tych. W roku 2003 Borowiak, mający statut pokrzywdzonego, otrzymał z IPN informacje, zawierające dane identyfikacyjne funkcjonariuszy PRL- owskich służb, zajmujących się zbieraniem i ocenianiem danych o pokrzywdzonym. Bezpieka interesowała się Borowiakiem, w związku z jego działalnością w poznańskim klubie krótkofalowców polskich (SPDXClub). Jak sam pisze w 1985 roku ("za działalność na szkodę socjalistycznego krótkofalarstwa" - cytat z oficjalnego uzasadnienia) utraciłem na kilka lat licencję krótkofalowca.



Z danych IPN wynika, że Borowiakiem interesowało się szczególnie poznańskie WSW. Wśród udostępnionych przez Instytut nazwisk, znajdujemy następujących oficerów WSW : mjr.Janusz Klemecki - szef Wydziału III Oddziału WSW w Poznaniu, Mirosław Witwicki szef Wydziału II Oddziału IV Zarządu WSW Wojsk Lotniczych w Poznaniu, Wiesław Gajowniczek z Wydziału III WSW w Poznaniu.



Nie jestem w stanie ocenić, czy ta okoliczność może mieć związek z późniejszą sytuacją Borowiaka, jako dyrektora Departamentu MON i grą, jaką wobec niego zastosowano, by pozbawić go stanowiska. Nie można jednak wykluczyć, że oficerowie WSW zajmujący się sprawą Borowiaka w latach 80-tych, nadal służyli w WSI w roku 2000, a wówczas mogli mieć wpływ na pozbycie się z MON niewygodnego człowieka. Być może, poza pomysłami reform szkolnictwa wojskowego, WSI upatrywało zagrożeń dla swoich interesów również w wiedzy, jaką mógł posiadać sam Borowiak.



W świetle wskazanych powyżej faktów, trudno jednak upatrywać w osobie Krzysztofa Borowiaka tego, którego zeznania mogły mieć związek, z wezwaniem Komorowskiego przed Komisję Weryfikacyjną. Jeśli bowiem podstawą oskarżeń, o korzystanie przez ówczesnego ministra ON z podsłuchu WSI miałyby być cytowane powyżej słowa Borowiaka, to wyjaśnienia, jakich udziela sam zainteresowany w publikacji Polityki, przeczą wersji o podsłuchu przynajmniej w kwestii nagrania rozmowy z posłem Głowackim.



Należałoby, zatem przyjrzeć się innym współpracownikom Bronisława Komorowskiego, którzy mogli posiadać informacje, związane z inwigilacją posłów przez WSI lub dysponują wiedzą o zdarzeniach niekorzystnych dla obecnego marszałka sejmu.



Jedna cecha wydaje się szczególnie charakterystyczna, gdy spojrzy się na dobór współpracowników Komorowskiego. W większości są to oficerowie, WP, z przeszłością zawodową sięgającą czasów PRL-u. Wśród współpracowników znajdziemy np.: płk dr inż. Zdzisława Kurzyńskiego dawnego pracownika Departamentu Stosunków Społecznych MON, czy majora Jerzego Smolińskiego obecnego rzecznika prasowego Komorowskiego. W latach 80 tych, ówczesny ppor, mgr Jerzy Smoliński był opiekunem i wykładowcą w Liceum Lotniczym w Poznaniu.



Do lutego 2001 r. major Smoliński pełnił obowiązki rzecznika prasowego komendanta Wyższej Szkoły Oficerskiej w Poznaniu, skąd został powołany na zastępcę dyrektora Biura Prasy i Informacji MON i stał się rzecznikiem ówczesnego ministra Komorowskiego. Po odejściu Komorowskiego z MON, Smoliński pracował na stanowisku zastępcy dyrektora ds programowych ośrodka TVP 3 w Poznaniu, by tuż po wygranych przez PO wyborach powrócić na stanowisko rzecznika prasowego marszałka Komorowskiego.



Major Smoliński udziela się też społecznie i działa np. w Stowarzyszeniu Współpracy Polska-Wschód jako przedstawiciel tzw. Klubu Absolwentów Uczelni Zagranicznych. To ciekawe stowarzyszenie, w którego władzach zasiada Longin Pastusiak, służy : Budowaniu i rozwijaniu dobrosąsiedzkich stosunków, przyjaźni i współpracy między społeczeństwami polski i państwami za wschodnią granicą. i zajmuje się tak cennymi inicjatywami jak organizowaniem spotkań z Konsulem Handlowym Ambasady Socjalistycznej Republiki Wietnamu Nguyen Van Thiem oraz Prezesem firmy ASG-P - dr Hoang Manh Hue. lub organizowaniem seminarium Nowe możliwości białorusko-polskiej współpracy gospodarczej .



Jednak w roku 2001 współpracownikami pana Komorowskiego nie byli wyłącznie dawni oficerowie LWP. Swoich współpracowników, Komorowski znajdował również wśród ludzi związanych z PO, a wcześniej ze Stronnictwem Konserwatywno-Ludowym. Jeśli do tego, byli członkami Ligi Rzecznej i Morskiej, której Komorowski jest prezesem mogli liczyć na bliższą znajomość z obecnym marszałkiem.



Takim właśnie korzystnym pochodzeniem mógł się poszczycić Krzysztof Bucholski, który w roku 2001 był szefem parlamentarnej kampanii Komorowskiego. Kilka lat później, został powołany na stanowisko wiceprezesa Agencji Mienia Wojskowego, z którą rozstał się w bardzo burzliwych okolicznościach. To już jednak zupełnie inna i długa historia, do której powrócę w następnym wpisie.



Ĺšródła:

http://www.wprost.pl/ar/115649/WSI-inwigilowaly-poslow/



http://krzysztof.borowiak.pl/replika.html



http://krzysztof.borowiak.pl/Komor.htm



http://krzysztof.borowiak.pl/artykul%20Polityka%203.html



http://www.raport-wsi.info/str.132



http://krzysztof.borowiak.pl/IPN.pdf



http://www.swpw.org/index.htm
4
Teksty "AFERY..." od 1 do 7 są autorstwa blogera pisującego m.in. w salon24.pl .



Tytuł bloga: to "Bez dekretu", a autor to, jak sam się charakteryzuje: "Aleksander Ścios" - w.s_media; wolny strzelec /historyk filozofii/



Teksty dotyczą zataczającej coraz szersze kręgi tzw. afery marszałakowskiej, w której główną rolę odgrywa hierarchicznie druga osoba w Polsce czyli marszałek Sejmu RP, Bronisław Komorowski, w przeszłości mający kontaktować się z b. oficerami WSI oferującymi mu "Aneks do raportu o likwidacji WSI" (dokument tajny).



Teksty, choć długie, cz
Read More
yta się bardzo dobrze, a dodatkową niewątpliwą ich zaletą jest to, że każdy jest dokładnie olinkowany. Można więc sprawdzić samemu źródła informacji; są one ogólnie dostępne.



Dla miłośników polityki, a szczególnie miłośników bieżących wydarzeń na polskiej scenie politycznej - wręcz cymes.

Dlatego też gorąco polecam lekturę! Najlepiej w kolejności odcinków.



Krzysztof Kotowski
4
Znany specjalista psychiatrii, Lech Wałęsa ogłosił na swoim blogu listę paranoików. Na liście tej znaleźli się: Kaczyńscy, Walentynowicz, Gwiazdowie, Zybertowicz, Wyszkowski, Macierewicz, itp. [http://www.mojageneracja.pl/1980] Dlaczego doktor Wałęsa dopiero teraz ogłasza listę paranoików, z którymi spotykał się i współpracował nawet, a nie uczynił tego wcześniej? Dokładnie nie wiem, ale mogę przypuszczać, że po prostu nie miał czasu na ogłaszanie wyników badań, bo zajęty był innymi ważniejszymi sprawami.



Znam prawie wszystkie postaci, nazwiska z listy doktora Wałęsy; tajemniczym
Read More
jednak pozostaje mi osoba itp.. Nie mogę tej osoby w żaden sposób umiejscowić w najnowszej historii Polski. Ale to moje zmartwienie, zajmijmy się (żeby nie prowadzić jałowych dyskusji) osobami znanymi.



Wprawdzie nie jestem żadnym specjalistą z zakresu medycyny, ale ulegając ogólnemu przekonaniu, że wszyscy Polacy na medycynie się jednak znają, wspierając się oczywiście zawartością dostępną via Internet, pozwolę sobie przytoczyć pare definicji, żeby i Czytelnicy mogli wyrobić sobie zdanie w tej kwestii.



==========================

Zespół paranoiczny (dawniej paranoja prawdziwa, obłęd, z grec. para obok, poza i noos rozum, sens) usystematyzowane urojenia, najczęściej prześladowcze i oddziaływania, rzadziej wielkościowe lub inne.

Z psychopatologicznego punktu widzenia istotne jest, że urojenia paranoiczne są osądami, które są możliwe do zaistnienia, w przeciwieństwie do urojeń paranoidalnych.

Paranoja (w obecnej klasyfikacji ICD10 uporczywe zaburzenia urojeniowe) jest chorobą rozpoznawaną w medycynie dość rzadko, jednak wielu autorów skłania się ku przypuszczeniu, że jest to stan patologiczny występujący znacznie częściej, niż wynika to z oficjalnych statystyk. Wynika to z tego, że w chorobie tej doznawane przez chorego urojenia są na tyle prawdopodobne, że otoczenie traktuje to raczej jako cechę charakteru, niż chorobę. Można pokusić się o stwierdzenie, że każdy zna jakąś osobę, która ma pewne poglądy nie oparte na żadnych przesłankach, które podzielałoby otoczenie i w tych poglądach jest niewzruszona. Choć wszyscy wokół uważają, że poglądy tej osoby są niezwykłe, to jednak wskutek częstego faktu, że człowiek ten właściwie wypełnia swoje role społeczne (pracownika, ojca/matki, kolegi itp.) urojenia paranoiczne nie są uważane przez innych za chorobowe.

Reakcja paranoiczna czasem dotyka osoby głuche i niedosłyszące (zaburzenia homilopatyczne), u których zaburzenie powoduje zła komunikacja z innymi osobami, niepewność co do ich intencji. Reakcji sprzyjają także paranoiczne (paranoidalne) cechy osobowości (zaburzenia osobowości), sytuacja nagłego lub przewlekłego stresu psychologicznego, nadużywanie alkoholu, izolacja (np. więzienna, przez barierę językową, w trakcie samotnych, wielomiesięcznych wypraw).

Ze względu na treść urojeń zespoły paranoiczne dzieli się na:

inividia paranoja zazdrości

querulatoria paranoja pieniacza

o zespół paranoiczny prowadzący do dochodzenia przez chorego domniemanych krzywd, np przed sądem lub urzędem

persecutoria paranoja prześladowcza

reformatoria paranoja reformatorska

inventoria paranoja wynalazcza

o przeświadczenie chorego o wspaniałości i wielkości jego wynalazków/pomysłów

paranoja indukowana

[http://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_paranoiczny]

==========================



Wróćmy jednak do orzeczenia. Na początek doktor Wałęsa stwierdza, że badania trwały bardzo długo oraz stawia wstępną diagnozę:



Znam tych ludzi nie od dziś i nigdy w tym gronie nie było i nie będzie prawdy w pewnych tematach.



Następnie stawia diagnozę pogłębioną sugerując jednocześnie metody wstępnego leczenia paranoików:

To są ludzie z grupy PARANOICY w całej pełni. Mogą pewne rzeczy robić świetnie. Do innych nie powinno się pozwolić Im dotykać.



==========================

Paranoja to starsza nazwa utrwalonych zaburzeń urojeniowych. W istocie paranoja to występowanie usystematyzowanych i logicznie ze sobą powiązanych urojeń. Najczęściej są to urojenia prześladowcze, ksobne, wielkościowe, hipochondryczne i erotyczne. Urojenia są głównym objawem tej choroby i nie towarzyszą im zwykle omamy ani też inne objawy schizofrenii.

Ryzyko zachorowania na tą jednostkę chorobową w czasie życia wynosi 0,1%. Utrwalone zaburzenia urojeniowe zaczynają się zwykle pomiędzy 3545 r.ż., częściej występuje u kobiet, emigrantów, w środowisku wiejskim i u osób z niższym wykształceniem.

W razie podejrzenia paranoi należy zwrócić się o pomoc do psychiatry. Leczenie paranoi polega na podawaniu leków przeciwpsychotycznych. W stosunku do chorego powinno się wykazywać dużą dozę tolerancji, należy ograniczyć się do wyraźnego negowania prawdziwości treści wytwórczych bez omawiania ich i tłumaczenia ich nieprawdziwości, co zwykle nie przynosi pożądanego rezultatu.

[http://www.psychologia.net.pl/slownik.php?level=33]

==========================



Kolejnym krokiem doktora Wałęsy jest kategoryczne zalecenie dotyczące placówek leczniczych, w których tych paranoików umieszczać absolutnie nie należy:



Na pewno IPN nie jest odpowiednim miejscem dla tego typu. Ludzi i charakterów, a o przybliżonej prawdzie historycznej w ich wydaniu nie może być mowy.



Z kolei przychodzi pora na wskazania doktora Wałęsy z zakresu metod leczenia paranoików, przy których należy bezwzględnie wykazać się dużą troską:



Należy zrobić wszystko by nie krzywdzić ich, ale zdawać sobie sprawę z ich wykrzywionych możliwościach i owocach ich działań.



==========================

Urojenia zaburzenia myślenia; fałszywe i nie podlegające korekcji (niepodważalne) przekonania dotyczące własnej osoby i/lub otoczenia, nie mające odbicia w rzeczywistości i nie podzielane przez inne osoby z podobnego kręgu społecznokulturowego, występujące w przebiegu chorób psychicznych (psychozach), w tym również w psychozach alkoholowych. Mechanizmy ich powstawania nie są jasne.

Pod względem treści najczęściej spotykamy urojenia:

prześladowcze polegające na przekonaniu chorego, że jest obiektem działania otoczenia, które zmierza do pozbawienia go jakichś ważnych dóbr (np. odebranie zdrowia, życia czy własności), oskarża o przestępstwa, szpiegostwo czy niemoralne postępowanie, wciąga w działania przestępcze, podsłuchuje, podgląda czy nagrywa;

odnoszące (ksobne) polegające na stwierdzaniu nierealnych lub zaprzeczaniu realnym związkom chorego z otoczeniem (np. przekonanie, że inni ludzie zwracają uwagę, patrzą na chorego albo mówią o nim w radiu czy w telewizji);

oddziaływania (owładnięcia, wpływu) polegające na przekonaniu chorego, że na niektóre jego zachowania czy przeżycia wpływają inni ludzie czy nawet całe instytucje oddziaływując środkami technicznymi (promienie, fale, lasery, prądy, itp.), środkami psychologicznymi czy ponadnaturalnymi (np. magicznymi, duchowymi, hipnozą, telepatią, itp.), w tym nasyłanie i wykradanie myśli, kierowanie czynnościami i ruchami chorego; czasami choremu wydaje się, że to on posiada zdolność wpływania na innych ludzi;

odsłonięcia przekonanie, że otoczenie zna myśli chorego (rzadziej, że chory zna myśli otoczenia);

wielkościowe (wyższościowe) polegają na podwyższonej ocenie własnych możliwości, cech czy pozycji społecznej;

małej wartości spotykane najczęściej w depresji i dotyczące zaniżonej oceny własnych możliwości, cech czy pozycji społecznej, poczucia winy, utraty zdrowia (hipochondryczne), strat materialnych (ruiny); w skrajnych przypadkach pojawiają się urojenia nihilistyczne czyli przekonanie o nieistnieniu siebie, a nawet całego świata:

zmiany osoby polegają na poczuciu zagrażającej lub już dokonywującej się zmiany cielesnej (np. zmiana płci, powiększenie nosa), psychicznej czy przemiany w inną istotę.

Pod względem złożoności można wyróżnić urojenia proste (prosta interpretacja wydarzeń), paranoiczne (rozbudowany, spójny system o dość prawdopodobnej treści), paranoidalne (charakterystyczny jest brak konsekwencji, niespójność i brak wzajemnych powiązań) i oniryczne (urojenia dziania się, charakteryzujące się zmiennością i brakiem konsekwencji, przypominające marzenia senne).

Oprac: dr n. med. Bohdan T. Woronowicz

[http://www.psychologia.net.pl/slownik.php?level=60]

==========================



Niestety, doktor Wałęsa, nie pozostawia nam żadnej nadziei na wyleczenie paranoików. Rokowania w tym względzie są dla nich bardzo niepomyślne, wręcz fatalne:



Oni zawsze byli tacy i pozostaną, co można sprawdzić.



Sprawdzić oczywiście zagłębiając się uważnie w orzeczenie lekarza psychiatry, orzecznika Lecha Wałęsy.
What is Kliqqi?

Kliqqi is an open source content management system that lets you easily create your own user-powered website.

Latest Comments