reklama
5
Rząd zaczął wprowadzać tzw. plan B, który ma zreformować służbę zdrowia, o czym poinformowali masy minister zdrowia Kopacz oraz stojący tuż za jej plecami premier Tusk. Reformowana nie będzie jednak cała służba zdrowia, lecz niespełna 60 szpitali. To ja się pytam głośno i publicznie: Gdzie jest raport najlepszej minister od korupcji w sprawie zadłużenia szpitali? Wszystkich szpitali!



Pani minister z panem premierem triumfalnie ogłosili, wspólne i w porozumieniu, że rząd wprowadza plan B w służbie zdrowia.



Âť Program rządu to odpowiedź na prezydenckie weto do pakietu u
Read More
staw zdrowotnych z listopada 2008 r. O planie B mówiło się już zanim Lech Kaczyński powiedział nie. Minister Kopacz zapewniła, że w budżecie zarezerwowano pieniądze na pomoc dla przekształcających się placówek.



Nie wprowadzalibyśmy programu bez akceptacji ministra finansów zapewniła.



Zaplanowane na ten cel 2,7 mld zł miały być przeznaczone dla wszystkich szpitali, ale po prezydenckim wecie do ustawy zdrowotnej będą one podzielone między te placówki, które dobrowolnie przystąpią do programu. Pomoc nie jest adresowana bezpośrednio do szpitali, ale do samorządów. Kopacz poinformowała, że obecnie chęć przystąpienia do programu zgłosiło 57 placówek.ÂŤ



Co przewiduje program rządu? Jeśli szpital zdecyduje się na przekształcenie w spółkę prawa handlowego dostanie dotację z budżetu państwa na spłatę zadłużenia. Zanim jednak to nastąpi będzie musiał: przeprowadzić likwidację szpitala i w jego miejsce powołać spółkę prawa handlowego oraz przedstawić pięcioletni biznesplan.



A więc na spłatę zadłużenia A zadłużenie szpitali miała badać jak sama zapowiadała pod koniec lutego najlepsza minister od korupcji. Julia Pitera planowała ustalić skąd wzięły się wszystkie długi szpitalne, a urzędnicy podlegli minister zaczęli zbierać dokumenty w celu stworzenia wykazów zadłużonych placówek. Pisałem o tym 28 lutego 2008 roku w swojej notce pt.: ÂťZlikwidować CBA Julia Pitera sama wszystko pozamiataÂŤ [http://koteusz.salon24.pl/63433,index.html]



Do tej pory o raporcie na temat zadłużenia szpitali nic nie wiadomo. Ślad po raporcie, a nawet działaniach Pitery zaginął. Koś coś słyszał na ten temat? Pani Pitera może sobie robić z gęby cholewę, proszę bardzo! Ale ja nie zamierzam za to płacić! Julka do raportu wystąp!



Jeżeli nie ma raportu o zadłużeniu szpitali to, na jakiej podstawie rząd wybrał 57 placówek do realizacji planu B? Na ochotnika się zgłaszali? Po znajomości wybierano?



Poza tym czy ktoś wie gdzie znajduje się lista tych szpitali? Szukałem ponad godzinę na stronie internetowej ministerstwa zdrowia, ale odnaleźć takiej listy nie potrafiłem, niestety. Nie wiem więc np. ile tych szpitali podlega samorządom, w których u steru władzy stoi PO albo Platforma i PSL?



I jeszcze jedno. Same samorządy, o czym mówił premier Tusk, zgłosiły wiele interesujących pomysłów. Ja bym to nazwa jednak inaczej: samorządy mają poważne wątpliwości, jeśli chodzi o plan B. A jakie? Otóż przedstawiciele samorządów twierdzą, że przewidziana pomoc finansowa może być przeznaczona: m.in. na spłatę zaległych składek ZUS, a ponadto zaciągniętych już przez szpitale kredytów. Tymczasem największe zobowiązania mają szpitale wobec dostawców energii, leków i sprzętu medycznego.



Marek Wójcik, ekspert Związku Powiatów Polskich twierdzi, że po pomoc sięgną te samorządy, których placówki są zadłużone najwyżej na kilka, kilkanaście milionów złotych, a nie skorzystają te, na których terenie działają szpitale najbardziej zadłużone. Wyrównanie bowiem tych zaległości groziłoby organom właścicielskim utratą płynności finansowej.



Niezadowoleni z planu B są także, i słusznie, samorządowcy, którzy już przekształcili szpitale, dokładając niejednokrotnie kilka lub kilkanaście milionów złotych i stoją wobec konieczności spłaty tego zadłużenia, a plan B w przeciwieństwie do samorządów, które dopiero zamierzają przekształcić szpitale nie przewiduje dla nich żadnego wsparcia.



Julka zostaw dorsze i inne takie tam duperele! Dawaj ten raport o szpitalach!



Cytaty:



http://www.tvn24.pl/1,1586705,0,1,kopaczdlazadnegoszpitalapieniedzyniezabraknie,wiadomosc.html



http://www.rynekzdrowia.pl/Prawo/Samorzadowcy-krytycznie-o-alternatywnej-wersji-reformy-szpitalnictwa,4533,2.html
4
Rząd zaczął wprowadzać tzw. plan B, który ma zreformować służbę zdrowia, o czym poinformowali masy minister zdrowia Kopacz oraz stojący tuż za jej plecami premier Tusk. Reformowana nie będzie jednak cała służba zdrowia, lecz niespełna 60 szpitali. To ja się pytam głośno i publicznie: Gdzie jest raport najlepszej minister od korupcji w sprawie zadłużenia szpitali? Wszystkich szpitali!



Pani minister z panem premierem triumfalnie ogłosili, wspólnie i w porozumieniu, że rząd wprowadza plan B w służbie zdrowia.



Âť Program rządu to odpowiedź na prezydenckie weto do pakiet
Read More
u ustaw zdrowotnych z listopada 2008 r. O planie B mówiło się już zanim Lech Kaczyński powiedział nie. Minister Kopacz zapewniła, że w budżecie zarezerwowano pieniądze na pomoc dla przekształcających się placówek.

Nie wprowadzalibyśmy programu bez akceptacji ministra finansów zapewniła.

Zaplanowane na ten cel 2,7 mld zł miały być przeznaczone dla wszystkich szpitali, ale po prezydenckim wecie do ustawy zdrowotnej będą one podzielone między te placówki, które dobrowolnie przystąpią do programu. Pomoc nie jest adresowana bezpośrednio do szpitali, ale do samorządów. Kopacz poinformowała, że obecnie chęć przystąpienia do programu zgłosiło 57 placówek. ÂŤ



Co przewiduje program rządu? Jeśli szpital zdecyduje się na przekształcenie w spółkę prawa handlowego dostanie dotację z budżetu państwa na spłatę zadłużenia. Zanim jednak to nastąpi będzie musiał: przeprowadzić likwidację szpitala i w jego miejsce powołać spółkę prawa handlowego oraz przedstawić pięcioletni biznesplan.



A więc na spłatę zadłużenia A zadłużenie szpitali miała badać jak sama zapowiadała pod koniec lutego najlepsza minister od korupcji. Julia Pitera planowała ustalić skąd wzięły się wszystkie długi szpitalne, a urzędnicy podlegli minister zaczęli zbierać dokumenty w celu stworzenia wykazów zadłużonych placówek. Pisałem o tym 28 lutego 2008 roku w swojej notce pt.: ÂťZlikwidować CBA Julia Pitera sama wszystko pozamiataÂŤ [http://koteusz.salon24.pl/63433,index.html]

Do tej pory o raporcie na temat zadłużenia szpitali nic nie wiadomo. Ślad po raporcie, a nawet działaniach Pitery zaginął. Koś coś słyszał na ten temat? Pani Pitera może sobie robić z gęby cholewę, proszę bardzo! Ale ja nie zamierzam za to płacić! Julka do raportu wystąp!



Jeżeli nie ma raportu o zadłużeniu szpitali to, na jakiej podstawie rząd wybrał 57 placówek do realizacji planu B? Na ochotnika się zgłaszali? Po znajomości wybierano?



Poza tym czy ktoś wie gdzie znajduje się lista tych szpitali? Szukałem ponad godzinę na stronie internetowej ministerstwa zdrowia, ale odnaleźć takiej listy nie potrafiłem, niestety. Nie wiem więc np. ile tych szpitali podlega samorządom, w których u steru władzy stoi PO albo Platforma i PSL?



I jeszcze jedno. Same samorządy, o czym mówił premier Tusk, zgłosiły wiele interesujących pomysłów. Ja bym to nazwał jednak inaczej: samorządy mają poważne wątpliwości, jeśli chodzi o plan B. A jakie? Otóż przedstawiciele samorządów twierdzą, że przewidziana pomoc finansowa może być przeznaczona: Âť m.in. na spłatę zaległych składek ZUS, a ponadto zaciągniętych już przez szpitale kredytów. Tymczasem największe zobowiązania mają szpitale wobec dostawców energii, leków i sprzętu medycznego. ÂŤ



Marek Wójcik, ekspert Związku Powiatów Polskich twierdzi, że Âť po pomoc sięgną te samorządy, których placówki są zadłużone najwyżej na kilka, kilkanaście milionów złotych, a nie skorzystają te, na których terenie działają szpitale najbardziej zadłużone. Wyrównanie bowiem tych zaległości groziłoby organom właścicielskim utratą płynności finansowej. ÂŤ



Niezadowoleni z planu B są także, i słusznie, samorządowcy, którzy już przekształcili szpitale, dokładając niejednokrotnie kilka lub kilkanaście milionów złotych i stoją wobec konieczności spłaty tego zadłużenia, a plan B w przeciwieństwie do samorządów, które dopiero zamierzają przekształcić szpitale nie przewiduje dla nich żadnego wsparcia.



Julka zostaw dorsze i inne takie tam duperele! Dawaj ten raport o szpitalach!



Cytaty:



http://www.tvn24.pl/1,1586705,0,1,kopaczdlazadnegoszpitalapieniedzyniezabraknie,wiadomosc.html



http://www.rynekzdrowia.pl/Prawo/Samorzadowcy-krytycznie-o-alternatywnej-wersji-reformy-szpitalnictwa,4533,2.html
4
Właśnie słuchałem audycji w I programie Polskiego Radia, gdzie rozmowa dotyczyła m.in. ministra Czumy oraz sprawy jego zadłużenia. Wypowiedź Grzegorza Dolniaka walnęła nie w dosłownie łeb i skłoniła do zastanowienia się czy w PO jest ktoś, kto rozumie, co to oznacza, że rządzi się krajem.



Grzegorz Dolniak, wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego Platformy, czyli prominentny członek tego ugrupowania odnosząc się do informacji o sprawach sądowych i zadłużeniu obecnego ministra sprawiedliwości powiedział m.in.:



Jest to normalny element życia społecznego, że ktoś jest
Read More
zadłużony.



Zgodziłbym się z tym twierdzeniem w całej rozciągłości, lecz Dolniak mówił o ministrze desygnowanym na stanowisko przez PO, funkcjonariuszu i osobie publicznej, będącej członkiem ekipy rządzącej naszym krajem, a nie o szarym Kowalskim czy innym Kotowskim, którzy nie zajmują eksponowanych stanowisk w administracji państwowej reprezentując nasz kraj także na arenie międzynarodowej.

Dolniak wrzucał, co i rusz, wypowiedzi w rodzaju: nie wiem, ale, nie chciałbym przesądzać, nie można tego tak traktować, itp.



Jego wypowiedź wręcz powaliła mnie na kolana niczym prawy sierpowy boksera dobrej klasy (mam szczęście, że nie zostałem znokautowany całkowicie), ale gdy się nieco otrząsnąłem, to potraktowałem ją jako dowód durnoty Dolniaka, miałkości jego umysłu oraz potwierdzenie faktu, że on o polityce i dobrych zasadach sprawowania władzy nie ma bladego nawet pojęcia.



Ministra Czumę potraktował on jak jakiegoś przeciętniaka, co to gdzieś tam narobił długów, ciągany był przez to po sądach, ale potem siedział sobie w zaciszu domowym nie eksponując swojej osoby na forum publicznym i nie zajmując eksponowanych stanowisk publicznych wymagających zaufania społecznego.



Dolniak prezentując w ten sposób stanowisko swojej partii w kwestii etycznych aspektów sprawowania władzy zmusił mnie do zastanowienia się czy w Platformie Obywatelskiej są ludzie, którzy mają pojęcie o tym, co oznacza i jakiej właściwej postawy moralnej wymaga fakt, że rządzi się państwem. Bardzo głęboko nie wchodziłem w to zagadnienie, bo wypowiedzi innych polityków PO na temat ministra Czumy (swojego człowieka) skłoniły mnie do przyjęcia wniosku, że niemal wszyscy w Platformie podzielają pogląd Dolniaka Grzegorza.



Jestem przerażony tym, że ludzie tak beztroscy próbują udawać poważnych polityków.



Wydaje się, że nasz kraj zmierza w kierunku zatrudniania w rządzie fachowców fachowców doświadczeniem: minister finansów defraudant, minister od policji bandyta, minister od gospodarki spekulant, minister od sportu sędzia sportowy łapówkarz, minister od sądów sędzia TW itd., itp. Miała rację Ufka zgłaszając wczoraj propozycje tego rodzaju [Salon24.pl].



I jeszcze jedno o Ufce. Gdzieś tam wygrzebała wypowiedź na temat ministra Czumy, która brzmiała mniej więcej tak: a durna opozycja gadała, że Czuma nie ma doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości.
4
Zawieszenie postępowania w sprawie składania fałszywych zeznań przed Komisją Weryfikacyjną WSI i powrót do pracy tym razem w cywilnych służbach specjalnych to zapłata dla Leszka Tobiasza za intrygę wymierzoną w Komisję Weryfikacyjną WSI i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego?



Zaledwie kilka miesięcy po spotkaniu płk Leszka Tobiasza, negatywnie zweryfikowanego oficera WSI z Bronisławem Komorowskim, którego jesienią 2007 roku postanowiła wezwać celem złożenia wyjaśnień Komisja Weryfikacyjna WSI i Krzysztofem Bondarykiem, szefem ABW; spotkania, które dało Agencji wygodny pretekst
Read More
do rozpoczęcia działań operacyjnych wobec członków Komisji Weryfikacyjnej zawieszono prowadzone w Wojskowej Prokuraturze Garnizonowej w Warszawie postępowanie w sprawie podejrzenia składania fałszywych zeznań przez Leszka Tobiasza.



Fakty dotyczące tej sprawy ujawniamy dzisiaj w Rz, więc pozwolę sobie krótko i sumarycznie.



Śledztwo w sprawie podejrzenia składania fałszywych zeznań przez Tobiasza przed Komisją toczyło się, co prawda z zawiadomienia Komisji, ale po skardze dwóch oficerów WSI kolegów Tobiasza, którzy z oburzeniem skonstatowali, iż szef operacji Anioł obarczył ich swoimi sprawkami. Postępowanie wszczęto i prowadzono dość intensywnie, jeszcze w październiku 2006 prokurator wojskowy występował o udostępnienie mu akt i kopii oświadczenia weryfikacyjnego Tobiasza, analizowano zeznania jego i dwóch oficerów WSI. Zarzuty stawiane przez nich Tobiaszowi dla wojskowej prokuratury okazały się tak wiarygodne, że jednemu ze skarżących przyznano status pokrzywdzonego w tej sprawie.



I nagle jesienią 2007r. Tobiasz pojawia się u Komorowskiego, składa zeznania, które pozwalają ludziom Bondaryka na rozpoczęcie inwigilacji członków Komisji Weryfikacyjnej, a przez medialne przecieki i nie mające potwierdzenia w faktach informacje, jakie wówczas publikował Dziennik działania zmierzające do zdyskredytowania Antoniego Macierewicza i jego komisji. To zeznania Tobiasza, który nagle awansował na głównego świadka w sprawie domniemanej korupcji, (domniemanej bo prokuratorzy z biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej do dziś nie są w stanie potwierdzić stawianych w 2007 roku zarzutów dowodami pozwalającymi na skierowanie do sądu aktu oskarżenia), pozwoliły ABW wejść do domów członków Komisji Weryfikacyjnej i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego zająć komputery, twarde dyski, materiały archiwalne, zablokować prace, mogące dla jednego z prominentnych polityków PO okazać się zabójcze.



A w międzyczasie po cichu zawieszono postępowanie w sprawie podejrzenia składania fałszywych zeznań przez Leszka Tobiasza. Zawieszono, choć przesłanki ku temu są bardzo wątpliwe: ani się nie ukrywa, ani nie zapadł na przewlekłą chorobę psychiczną. Śledczy z Wojskowej Prokuratury Garnizonowej mówią, że istnieje inna przesłanka do zawieszenia śledztwa. Nieoficjalnie mówi się, że chodzi o problemy z dotarciem do materiałów WSI, w tym również akt Tobiasza. Ale te przejęła ABW. Inne 1 lipca 2008 roku ludzie Grzegorza Reszki z SKW (uczestnika spotkania Komorowskiego, Bondaryka i Tobiasza). Część z nich nigdy nie wróciła np. do IPN skąd mogłaby je otrzymać prokuratura wojskowa. Przypadek? Czy może celowa ochrona jakże przydatnego dla ABW i grupy trzymającej władze Leszka Tobiasza?



Aleksander Lichocki, podejrzewany wg słów samego Bronisława Komorowskiego o współpracę z wywiadem rosyjskim może liczyć dzięki udziałowi w operacji służb specjalnych wymierzonych w Komisję Weryfikacyjną WSI na co najwyżej zarzut korupcyjny i wyrok w zawiasach. To niska cena, ewentualny proces o szpiegostwo dla byłego szefa kontrwywiadu wojskowego PRL oznaczałby publiczne upokorzenie, a w konsekwencji również być może degradację ze stopnia pułkownika i wieloletnie więzienie.



Leszek Tobiasz zamiast procesu o składanie fałszywych zeznań przed Komisją Weryfikacyjną, doczekał się jak ujawniliśmy dzisiaj w Rz bezterminowego zawieszenia postępowania w tej sprawie. Tobiasz, co już chyba nie ulega wątpliwości dzięki swojemu doniesieniu o rzekomej korupcji w Komisji Weryfikacyjnej wrócił też do służb, tyle, że cywilnych. Na to mogą wskazywać słowa samego Komorowskiego, który w niedawnym komentarzu, mówił, że sprawa aneksowa była najważniejszą, którą wówczas (październik listopad 2007r.) zajmował się Tobiasz i wreszcie zeznania Bondaryka w prokuraturze na pytanie o to czy Tobiasz jest współpracownikiem ABW zasłaniającego się tajemnicą państwowa.



Czy to była zapłata, jaką podległe Krzysztofowi Bondarykowi służby specjalne i wymiar sprawiedliwości wówczas kierowany przez niezwykle dyspozycyjnego wobec PO Zbigniewa Ćwiąkalskiego uiścił w zamian za przygotowaną przez byłych funkcjonariuszy WSI wespół z ABW prowokację wymierzoną w Komisję Weryfikacyjną WSI i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego? Prowokację, której celem było zablokowanie prac Komisji i nie dopuszczenie do ujawnienia informacji kompromitujących Bronisława Komorowskiego? Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było.



Zawieszenie postępowania, w którym Tobiasz mógł usłyszeć zarzut składania fałszywych zeznań a co za tym idzie bezkarność i krótka smycz, na jakiej uwiązano byłego pułkownika WSI, (bo postępowanie zawsze można odwiesić) to chyba ostatnia przysłowiowa kostka domina, pokazująca teraz aż nadto wyraźnie: komu zależało i w jaki sposób przeprowadzono z wykorzystaniem polskich służb specjalnych przestępczej operacji wymierzonej w ustawowe ciało, jakim jest Komisja Weryfikacyjna WSI; operacji, której ofiarą padł również niewygodny dla WSI i Komorowskiego dziennikarz Wojciech Sumliński pracujący nad książką o przestępczej działalności zlikwidowanych służb wojskowych.



Wojciech Wybranowski, dziennikarz Rzeczpospolitej

http://wybranowski.salon24.pl/385997.html

Tekst publikowany za zgodą autora
4
"Ministerstwo Kultury pracuje nad prawem, które skrajnie utrudni dostęp do dóbr kultury i spowolni jej rozwój.

Dlatego w ramach prac związanych z planowaną nowelizacją prawa autorskiego przygotowany został List otwarty przeciwko DRM. Zapraszamy do zapoznania się z jego treścią i podpisania. A także do szerokiego rozgłoszenia informacji o jego istnieniu, podesłaniu go swoim znajomym, przyjaciołom i wszystkim osobom, które mogą być zainteresowane tematem."



Pod tym adresem możesz wyrazić swój sprzeciw: http://list.7thguard.net



więcej na stronie: http://gnu.org.pl/
Read More



Co prawda na razie MK wstrzymało prace nad nowelą jednak nie należy ufać, że poprzestaną na tym.
4
Zdalna inwigilacja komputerów obywateli - Wielka Brytania wychodzi na przeciw strategii UE.



czekamy na zmianę Polskich przepisów :( i co dalej



pozdrawiam
4
Julia Pitera przez parę lat należała do najzajadlejszych antypisowskich zagończyków, wyjątkowo skorych do angażowania się w kolejne pyskówki przeciw tej partii. Doczekała się za to odpowiedniego uhonorowania poprzez mianowanie jej pełnomocnikiem rządu Tuska ds. walki z korupcją. ()



() Trzeba przyznać, że w porywczej naturze pani minister Pitery od wielu lat zakodowana jest skłonność do wszczynania różnych promujących ją awantur. Nieprzypadkowo wśród licznych osób, obserwujących jej emocjonalne działania w samorządzie warszawskim, już dawno zyskała sobie ksywę "straszna Julia".
Read More
r />

Wiele krytyki wywołało zmienianie partii politycznych przez Piterę - zdążyła zaliczyć ich aż pięć. Takie zachowanie kameleona ujawniło kolejną, dość szczególną cechę jej osobowości: absolutny brak jakiegokolwiek poczucia wdzięczności dla sił politycznych, które kolejno wykorzystała jako trampolinę do pchnięcia naprzód swej kariery. Pitera parokrotnie "odwdzięczała się" za poparcie tym większą później agresją (vide historia związków z UPR, a później Ligą Republikańską, których poparciu zawdzięczała zdobycie kolejnych mandatów w wyborach na radną).



Kompleks nieudanej aktorki

Pod koniec liceum zamarzyła o dostaniu się do szkoły teatralnej. Przez cały rok pilnie uczęszczała na lekcje tańca i dykcji prowadzone przez Krystynę Królikiewicz, matkę scenarzysty Cezarego Harasimowicza. Lekcje nie na wiele jej się zdały - oblała egzamin do szkoły teatralnej, co najwyraźniej mocno wówczas przeżyła. Na internetowym blogu Andrzeja Krzemińskiego można przeczytać o Piterze, że "cała ta polityczna kariera jest tylko narcystycznym popisem niezrealizowanej aktoreczki" (cyt. za: E. Isakiewicz, Kompleks śledczej. Portret Julii Pitery, "Tygodnik Powszechny" z 16 grudnia 2007 r.). Po oblaniu egzaminu do szkoły teatralnej dostaje się na polonistykę.



Dalej pielęgnuje swe ambicje aktorskie, kieruje sekcją teatralną na Wydziale Polonistyki, bywa częstym gościem w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, szuka kolejnych kontaktów z aktorami. Podobno doczekała się w czasie spotkania z Janem Łomnickim szczególnie upragnionego komplementu: "Pani byłaby świetną aktorką" (por. tamże). Pogrzebane szanse na własną karierę artystyczną powetowała sobie wejściem w "odpowiedni" związek artystyczny - wyszła za studenta reżyserii w Łódzkiej Szkole Filmowej Pawła Piterę. Jej mężowi udało się rozpocząć artystyczną karierę - został reżyserem filmowym, podczas gdy młoda Julia na długo musiała się zadowolić dużo nudniejszą pracą dokumentalistki w Instytucie Badań Literackich.



Nic dziwnego, że mąż - udany reżyser filmowy - na trwałe zaimponował Julii, nieudanej aktorce. Małgorzata Subotić pisała w "Rzeczpospolitej" z 8-9 grudnia 2007 r.: "Paweł jest bardzo ważną osobą z punktu widzenia kariery pani Julii. To on nadaje ton ich małżeństwu, jest w nim osobą dominującą (...). Każde zdanie zaczynała od 'mój mąż uważa', ale ponieważ wszyscy się z niej śmiali, to przestała - twierdzi były radny sejmiku mazowieckiego. - Paweł jest jej mistrzem, chyba jedyną osobą, której słucha".



Według artykułu Teresy Bochwic w "Rzeczpospolitej" z 10-11 sierpnia 2002 r., Pitera uskarżała się: "W PRL? Czułam się bez przerwy ograniczona i upokorzona. Nie dawali mi paszportu od 1976 r., bo siostra była za granicą na stypendium. Odmowę uzasadniali 'ważnymi względami społecznymi'". Poczucie "upokorzenia" w PRL nie przeszkadzało Julii Piterze i jej mężowi w ciągłych staraniach u władz partyjnych i państwowych o uzyskanie mieszkania (wraz z małym synkiem mieszkali u rodziców). Wspominała później: "Pisaliśmy podania do spółdzielni, odwołania, skargi do KC PZPR, do sekretarzy partyjnych, do Rady Państwa. Bez skutku" (cyt. za: T. Bochwic, op. cit.).



Pod koniec 1981 r. Piterom udało się uzyskać, niezłe jak na ówczesne ograniczenia lokalowe, mieszkanie - 67 m kw. na Ursynowie. Nie zadowoliło ich to, postanowili poszukać odpowiednio dużego strychu do zagospodarowania. I tu jako młoda rodzina reżyserska zwrócili się o pomoc do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. W odpowiedzi na skierowane do tego związku podanie Piterowie uzyskali promesę przyznania odpowiedniego strychu, jeśli szybko zaczną remont. Uzyskali duży strych na Mokotowie i przystąpili do jego adaptacji. Już sam fakt, że zwrócili się o pomoc do ZSMP, dowodzi, że nie byli w latach jaruzelszczyzny skorzy do opozycyjnego angażowania się czy podejrzani o opozycyjność. Działo się tak, pomimo że sama Julia pracowała w dość opozycyjnie nastawionym Instytucie Badań Literackich, m.in. razem z Jadwigą Kaczyńską i z żoną Antoniego Macierewicza. Według "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r.: "Macierewicz korzystał z pomocy męża Pitery, a następnie oskarżył go, że jest agentem". O całej sprawie najszerzej pisze Małgorzata Subotić w "Rzeczpospolitej" z 8-9 grudnia 2007 r.: "Julia Pitera ze wzburzeniem opowiada mi o tym, co znajomi dziennikarze usłyszeli od Lecha Kaczyńskiego, gdy był prezydentem Warszawy. - Niech się państwo dowiedzą, kim jest mąż pani Pitery - miał wtedy powiedzieć prezydent Kaczyński. Co sugerował? Paweł Pitera znalazł się na liście Wildsteina. - To było chyba w roku osiemdziesiątym, gdy mąż kończył szkołę filmową w Łodzi - mówi Pitera. SB zmusiło męża do podpisania oświadczenia, że zobowiązuje się zachować ich rozmowę w dyskrecji - wyjaśnia. Tę wersję potwierdza też sam Paweł Pitera, ale zaznacza, że nie wie, co jest w jego teczce. - Sam sobie nie mogę wybaczyć, że nie poszedłem do IPN, przy nadarzającej się okazji tam pójdę - mówi, bagatelizując całą sprawę. Jednak papiery, znajdujące się w Instytucie, jak twierdzi część znajomych Piterów, mogą być powodem do tego, że w tym małżeństwie to Julia zajęła się aktywnie polityką".



Oskarżana o ciągłe awanturowanie się

Dzięki pracy w IBL poznała Jarosława Kaczyńskiego. Ta znajomość mocno procentowała po 1989 r., otwierając Piterze drogę do Kancelarii Prezydenta. W 1991 r. zaczęła tam pracę, w biurze współpracującym z partiami i organizacjami społecznymi. Wstąpiła wówczas do kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego partii Porozumienie Centrum, pisała analizy dla prezesa partii. Według tekstu "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r. na temat J. Pitery: "Przykleiła się też do Porozumienia Centrum, partii Kaczyńskich. Kiedy między Kaczyńskimi a Wałęsą zaczęło trzeszczeć, Pitera stała z boku. Lech Kaczyński nigdy jej nie zapomina, że została w kancelarii Wałęsy, kiedy wszystkich ludzi z PC wyrzucono na bruk - opowiada jeden ze współpracowników obecnego prezydenta". W 1992 r. rozpoczęła pracę w Urzędzie Rady Ministrów, gdzie przez dwa lata pracowała w zespole przygotowującym reformę samorządu. Później zaczepiła się przy produkcji programu "Pytania o Polskę" dla TVP 2. W międzyczasie odeszła z PC i zapragnęła spróbować kariery politycznej w kolejnej partii - tym razem UPR.



Przed wyborami samorządowymi Pitera nawiązała kontakt z jednym z liderów UPR, znanym publicystą Stanisławem Michalkiewiczem, i udało się jej uzyskać miejsce na liście koalicji Prawica Razem w wyborach do stołecznej rady miejskiej. Dzięki temu zdobyła mandat radnej. Szybko na swój sposób odpłaciła red. Michalkiewiczowi za przyjęcie do UPR i wejście dzięki temu na listę wyborczą. Rozpoczęła falę intryg w partii, zmierzając dość obcesowo na sam szczyt UPR. Redaktor Michalkiewicz wspominał: "Pani Julia podjęła próbę przejęcia władzy w partii, kierując do statutowego organu, tzw. Straży, wniosek o usunięcie z partii Korwin-Mikkego i mnie. Nic z tego nie wyszło i pani Julia opuściła UPR" (wg "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r.).



Po wybraniu na radną Pitera rozpoczęła, zakrojoną na bardzo szeroką skalę, akcję ciągłych oskarżeń o afery korupcyjne, oskarżeń rzucanych na ogół na wiatr i bez żadnego udokumentowania. Jeden z bardziej znanych warszawskich radnych, Maciej Białecki, wspominając to wszystko z perspektywy lat, powiedział: "Nigdy jednak żadnej afery nie wykryła". Według "Rzeczpospolitej", wiele osób ma podobną do Białeckiego ocenę w tej sprawie ("Rzeczpospolita" z 8-9 grudnia 2007 r.). Ciągle ponawiane donośne oskarżenia o korupcję przyniosły jednak Piterze popularność w szerszych kręgach mieszkańców i torowały jej drogę do dalszej kariery. Rzucane głośne oskarżenia, ciągłe pieniactwo, nie sprzyjały umacnianiu autorytetu Pitery wśród miejskich radnych. Było raczej wręcz przeciwnie. Według autorów "Newsweeka" (nr z 16 grudnia 2007 r.): "W ciągu czterech lat pracy w Radzie Miasta Pitera dorobiła się opinii awanturnicy, która wszędzie wietrzy spiski". Z kolei M. Subotić pisała w "Rzeczpospolitej": "Była utrapieniem dla kolejnych prezydentów miasta. - Prezydent Wyganowski mnie przed nią ostrzegał - ujawnia jego następca Marcin Święcicki. - Podburzała ludzi, którzy mieszkali na terenach przeznaczonych pod Trasę Siekierkowską, choć ja proponowałem im korzystne warunki. Na szczęście się z nimi porozumiałem.



Gdyby posłuchali pani Pitery, budowa trasy przewlekłaby się o kilka kolejnych lat - twierdzi Święcicki. Zdaniem kolegów Pitery ze stołecznego samorządu, na sesjach Rady Warszawy była nieznośna. - Cały czas coś dogadywała, nie zawsze z sensem, komentowała wszystko, co tylko mogła, i ciągle obsesyjnie posługiwała się słowem 'afera', używała też często określenia 'czerwone pająki' - opowiadają radni" ("Rzeczpospolita", 8-9 grudnia 2007 r.).



Wsparcie Pitery przez Ligę Republikańską

Po skonfliktowaniu z UPR i po opuszczeniu tej partii Pitera nie miała skąd kandydować. W tej sytuacji zaczęła szukać gorączkowo nowej siły politycznej, z której poparciem mogłaby znów wejść do rady miasta. Udało się jej zbliżyć do lidera Ligi Republikańskiej Mariusza Kamińskiego (dzisiejszego szefa CBA), który stał się orędownikiem jej wejścia na listę wyborczą AWS mimo sprzeciwu wielu polityków tej partii. Według autorów "Newsweeka", Mariusz Kamiński jednak "postawił sprawę na ostrzu noża: albo Pitera znajdzie się na liście, albo Liga odejdzie z AWS". Udało mu się przeforsować wejście Pitery na listę wyborczą, co umożliwiło jej kolejny wybór do rady miasta. Działanie Kamińskiego w tej sprawie można z perspektywy czasu ocenić jako jeden z największych jego błędów - ułatwił dalszą karierę polityczną osobie, która dziś jest jednym z najzajadlejszych jego wrogów.



To Pitera robi dziś wszystko, co możliwe w ramach PO, by doprowadzić do usunięcia Kamińskiego z kierownictwa CBA. Robi to, mimo że sama przyznała: "To Kamiński wtedy mi bardzo pomógł" (cyt. za: "Newsweek" z 16 grudnia 2007 r.). Kolejny raz powtórzył się schemat, jak w przypadku S. Michalkiewicza: Pitera bez skrupułów wystąpiła przeciw osobie, której najwięcej zawdzięczała na kolejnym etapie swej kariery politycznej. Bez Kamińskiego nie miałaby bowiem żadnej szansy znalezienia się na liście wyborczej w 1998 roku. Były prezydent Warszawy z ramienia PO Paweł Piskorski, który nieraz zderzał się z Piterą, komentował: "Ona zdradzała wszystkich, z którymi wiązała się politycznie".



Przez parę lat właśnie z Piskorskim i piskorszczykami z PO Pitera toczyła najostrzejsze boje w ramach rady miasta, korzystając wtedy ze wsparcia PiS. Był jednak moment, kiedy mówiła o Piskorskim z nieukrywanym podziwem, nie wykluczając nawet, że kiedyś mógłby z powodzeniem ubiegać się o prezydenturę Polski. Przeważającą część udziału w radzie miasta spędziła jednak na walce z Piskorskim i jego współpracownikami z PO. Warto tu przypomnieć słowa redaktorów "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r.: "Przez lata stołeczna Platforma była dla Pitery synonimem patologii na styku polityki i biznesu. Pozycję zbudowała przecież na walce z Piskorskim".



Głównym orężem w tej walce stały się rzucane przez Piterę pod adresem piskorszczyków, nie bez uzasadnienia, oskarżenia o korupcję. Sam Piskorski wspominając tamte boje, komentował w "Życiu Warszawy" z 7 grudnia 2007 r. na temat Pitery: "Walka z korupcją stała się modna, więc postanowiła płynąć na fali, to postać nadmuchana". Z kolei "Newsweek" z 16 grudnia 2007 r. przytoczył inną opinię Piskorskiego o Piterze: "Wzięła na sztandary walkę z korupcją, bo uznała to za najbardziej korzystne, a na niczym tak naprawdę się nie zna".



Spory wokół strychu Piterów

W toku bojów między Piterą a piskorszczykami coraz silniej zaczęły padać oskarżenia przeciwko niej o bezprawne działania. Przez całe lata atakowano ją o sprawę użytkowania niewykupionego przez nią strychu. Zarzucano, że remontując strych i przekształcając go w mieszkanie, nie oddała swojego dużego skądinąd mieszkania. Piterów oskarżano o to, że mieszkanie na strychu, powstałe po odpowiednim zaadaptowaniu, jest większe, niż wykazywali w dokumentach. Wytoczono im proces. Trwał on szereg lat, ale wyszli z niego obronną ręką. Według tekstu Teresy Bochwic ("Rzeczpospolita" z 10-11 sierpnia 2002 r.), "Strych Piterów stał się dziś przytulnym, dwupoziomowym mieszkaniem. Dużo przestrzeni, drewniane belki, parę odnowionych pięknych mebli po dziadkach". Według autorów "Newsweeka" (nr z 16 grudnia 2007 r.), sprawa sławetnego strychu Piterów nie jest jeszcze do końca wygaszona. () Według dokumentów, jakimi dysponuje PiS, była radna miała najpierw domagać się wykupienia mieszkania za złotówkę, a potem utrudniała obliczenie rzeczywistej powierzchni lokalu. Wygrała co prawda przed sądem sprawę z władzami miasta, ale zdaniem PiS wyrok mógł być oparty na niewłaściwej ekspertyzie".



Ciekawy przyczynek do ilustrowania metod działania Julii Pitery stanowi zamieszczony w "Rzeczpospolitej" z 8-9 grudnia 2007 r. opis jej skutecznej, zakulisowej walki o prezesurę polskiego oddziału antykorupcyjnej organizacji Transparency International. (Pitera oszukała w całej sprawie poprzedniego prezesa prof. Antoniego Kamińskiego, pozornie godząc się z wyznaczeniem przez niego na następcę prof. Jacka Kurczewskiego.) Według M. Subotić z "Rzeczpospolitej", "W zaistnieniu na krajowym forum Piterze bardzo pomogła prezesura polskiego oddziału Transparency International. Zdobyła tę funkcję w specyficznych okolicznościach. Gdy odchodził poprzedni prezes - Antoni Kamiński - do ubiegania się o schedę po sobie namówił prof. Jacka Kurczewskiego, socjologa zajmującego się m.in. korupcją. - Wśród osób, które najgoręcej mnie namawiały, abym kandydował, była pani Pitera - mówi Kurczewski. - Kandydatura Kurczewskiego była uzgodniona w zarządzie - zaznacza Kamiński. - Zacząłem jednak w pewnym momencie mieć wątpliwości, czy wszystko jest tak, jak uzgodniliśmy. Spytałem więc Julię i usłyszałem w odpowiedzi: Antoni, czy ja ciebie kiedykolwiek zawiodłam? - opowiada Kamiński. Jednak w trakcie rozstrzygającego głosowania okazało się, że Pitera kandyduje i w głosowaniu poparła ją większość zarządu. - Kurczewski został zrobiony w bambuko - ocenia Kamiński. - Julia miała rzeczywiście bardzo duże zasługi, ale wiedziałem, że prezesurę pozarządowej organizacji wykorzysta dla swojej politycznej kariery - dodaje. I na znak protestu w ogóle wystąpił z Transparency.



Jacek Kurczewski uważa, że Pitera zachowała się wobec niego zupełnie nie fair. I podobnie jak Kamiński ocenia, że z TI uczyniła trampolinę do kariery: - Tam nie było działalności społecznej, tylko jednoosobowe wygłaszanie poglądów w mediach. Julia Pitera komentuje tę historię krótko: - Jacek Kurczewski nie był wcześniej członkiem Transparency, więc może nie powinien od razu kandydować na prezesa". Według "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r., "Prof. Kamiński do dziś ma pretensję: 'Pani Pitera traktowała TI jako etap w karierze politycznej. Wygrała tylko dzięki gierkom proceduralnym'".



Czy Pitera zdradzi Platformę?

Po paru latach walki z Platformą przy wsparciu PiS Pitera zdecydowała się nagle zmienić front. Zauważyła, że Tusk i jego otoczenie po marnym wyniku PO w Warszawie uznało, że Piskorski i jego ludzie zaczynają być balastem dla Platformy. Przyjęła to za dogodny moment przystąpienia do PO - gdzie szybko wykorzystano ją dla przeciwwagi wobec ludzi Piskorskiego. Platforma okazała się kolejną dźwignią w politycznej karierze Pitery - jesienią 2005 r. dostała się do Sejmu, osiągając w Warszawie trzeci wynik po Jarosławie Kaczyńskim i Hannie Gronkiewicz-Waltz. W nowym Sejmie szybko stała się jedną z najzajadlejszych przeciwniczek PiS, nie przebierając w epitetach pod adresem tej partii. By przypomnieć choćby styl jej wypowiedzi o ministrze Ziobrze: "Łowczy Ziobro i jego sfora". Ziobrę atakowała ze szczególną predylekcją, widząc w nim swego głównego rywala politycznego od czasu uczynienia jej ministrem sprawiedliwości w dobranym przez PO gabinecie cieni. W jednym z jadowitych ataków wypominała Ziobrze brak żony.



W odpowiedzi na zarzut, że sięga po chwyty poniżej pasa, Pitera powiedziała: "Polityk nie powinien być starym kawalerem, żeby nie uprawiać polityki i nie zmieniać państwa dla partii albo dla idei. On powinien to czynić dla konkretnych ludzi".

Przy różnych okazjach wysuwała nonsensowne wręcz zarzuty wobec PiS. Głosiła na przykład, że CBA nakłaniało jakoby posłankę Beatę Sawicką, aby i ją - Piterę - wciągnęła w aferę korupcyjną. Stołeczny poseł PiS Karol Karski skomentował ten absurdalny wymysł Pitery słowami: "Chciałbym, żeby pani Julia poświęciła tyle czasu na solidną pracę, ile poświęca na szukanie spisków". Warto przywołać niektóre opinie na temat Pitery zacytowane w "Newsweeku" z 16 grudnia 2007 r.: "To jest wampir, który nie może żyć bez krwi" - mówi były radny. Zdaniem niektórych, Pitera ma naturę prokuratora: potrzebuje ofiary, na którą będzie polować. Woli też niszczyć, niż cokolwiek budować".



Nawet tak przychylna Piterze Elżbieta Isakiewicz przyznawała w "Tygodniku Powszechnym" z 16 grudnia 2007 r.: "(...) ciągnie się też za nią inna opinia: skonfliktowanej ze wszystkimi, kłótliwej baby bez zaplecza politycznego".

Ku swemu ogromnemu rozczarowaniu i rozgoryczeniu Pitera nie została ministrem sprawiedliwości w gabinecie Tuska, musząc się zadowolić dużo mniej znaczącym urzędem pełnomocnika ds. walki z korupcją. Przypuszczalnie uznano, że Pitera, polonistka z zawodu, na skutek braku gruntownej znajomości prawa, mogłaby wepchnąć rząd Platformy na jakąś minę. Zdaniem autorów "Newsweeka", o odrzuceniu kandydatury Pitery na ministra sprawiedliwości zadecydowało jednak coś więcej niż tylko brak wykształcenia prawniczego. Wpłynął na to również fakt, że "w PO wciąż jest ciałem obcym. Jako antykorupcyjny sekretarz stanu jest anty-Kamińskim i anty-Ziobrą. Nikim więcej".



Swoje zepchnięcie do drugiego szeregu Platformy Pitera usilnie próbuje nadrabiać nadgorliwością w atakach na PiS, a zwłaszcza na CBA oraz Radio Maryja. Towarzyszy temu ciągłe przepychanie się, by jak najczęściej występować w mediach, bez względu na to, czy ma jakąkolwiek wiedzę o temacie, w którym się wypowiada. (Groteskowe wręcz pod tym względem było jej niedawne wystąpienie w sporze z byłą minister Elżbietą Jakubiak na temat budowy stadionu i przygotowań do mistrzostw Europy.) E. Isakiewicz przyznawała: "Są dni, kiedy występuje w mediach na okrągło: otworzysz lodówkę, a wystąpi stamtąd ona". Jeszcze wymowniejszy był komentarz Eryka Mistewicza, specjalisty od marketingu politycznego, w dzienniku "Polska" z 14 grudnia 2007 r.: "Julia Pitera potrafi jednego dnia wystąpić nawet w ośmiu programach. Zmienia tylko studia telewizyjne, niezbyt dbając o meritum wypowiedzi - i nikomu to nie przeszkadza. Ba, przestano na jej słowa zwracać uwagę. Polubiła też sesje fotograficzne. Ostatnio wyspecjalizowała się w modzie kowbojskiej. Robi to wszystko mimo braku rezultatów w pracy, do której została wynajęta przez wyborców".



Popełniona przez Piterę seria zdrad politycznych w przeszłości, jaskrawe przykłady nielojalności wobec osób, którym najwięcej zawdzięczała (vide np. S. Michalkiewicz i M. Kamiński), wpływają bardzo osłabiająco także na jej pozycję w PO. Trudno w tej sytuacji nie zgodzić się z opinią autorów "Newsweeka" z 16 grudnia 2007 r.: "(...) Na czele CBA stanie ktoś zaufany Tuska i Schetyny. Tusk wie, że nielojalna Pitera może mu prędzej czy później wbić nóż w plecy. Dlatego nie da jej dużej władzy (...)".



PS. Sa to obszerne fragmenty tekstu autorstwa kontrowersyjnego publicysty RM z Torunia

Prof. J. R. Nowaka , całość m.in. na stronie : http://www.dlapolski.pl/Krete-drogi-Julii-Pitery-art2883.htm

A jeśli komuś mało opowieści o ministerce polecam: http://niniwa2.cba.pl/pitera.htm
4
Warszawa, 9 września 1970 r. Protokół przesłuchania podejrzanego Stefana Niesiołowskiego przez por. Edwarda Karkucińskiego, inspektora Biura Śledczego MSW:



...W dniu dzisiejszym pragnę szczegółowo i dokładnie wyjaśniać na temat mojej działalności w "Ruchu", w związku z czym pragnę skorzystać z art.57 KK i wyjaśnić na czym polegała cała działalność "Ruchu" i mój w nim udział od początku...



Nieznane dokumenty pochodzące z Instytutu Pamięci Narodowej (nr sprawy II 3 DS. 25/70, tom VI, str. 11-11 oraz nr sprawy II 3 DS. 25/70, tom VI, str. 11-76), udowadniające tchórz
Read More
liwą postawę obecnego wicemarszałka Sejmu, Stefana Niesiołowskiego (Platforma Obywatelska) podczas śledztwa dotyczącego organizacji "Ruch".



Kompromitujące fakty miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego, Niesiołowski przez 38 lat "nie zdążył" poinformować o nich ani opinii publicznej ani też swoich wyborców. Nawet dziś - przy pomocy procesów sądowych próbuje uciszyć tych wszystkich, którzy przypominają mu niechlubne wydarzenia sprzed lat. Wicemarszałek nie przewidział jednak najpierw powstania Instytutu Pamięci Narodowej, a potem - możliwości, jakie ten instytut daje, a więc dotarcia do prawdy (patrz: choćby sprawa książki "SB a Lech Wałęsa"). Tak więc dziś trudno mu będzie zamieść pod dywan treść dokumentów, które znaleziono w IPN. Na podstawie części z nich można opublikować protokoły początków śledztwa "Ruchu", z których jasno wynika, że Niesiołowski - wbrew mitom o swojej dzielności, które sam kolportuje - załamał się już od pierwszego przesłuchania i bez mrugnięcia okiem sypał swoich kolegów.



Mimo że członków "Ruchu" obowiązywała zasada odmowy zeznań lub nieprzyznawania się do działalności w organizacji i niektórzy z nich - Andrzej Czuma, Jan Kapuściński czy - do momentu, kiedy pokazano jej protokoły przesłuchań Niesiołowskiego - Elżbieta Nagrodzka - do tej reguły się dostosowali.

Niesiołowski "sypał" ją, swoją ówczesną narzeczoną, i innych. Oto fragmenty dokumentów IPN, ujawniających tę pierwszą "wpadkę" Niesiołowskiego z pierwszych tygodni śledztwa.



Por. Dariusz Borowczyk z KM MO w Łodzi zanotował 20 czerwca 1970 r. o, godz.15.10, że Stefan Myszkiewicz Niesiołowski już 20 czerwca, podczas pierwszego zeznania, przyznaje się do tego, że istniał "Ruch", który był organizacją konspiracyjną. Twierdzi jednak przytomnie, że nie było przywódców.

21 czerwca 1970 r. Niesiołowski podczas przesłuchania wymienia nazwiska swojego brata Marka, Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego.



25 czerwca 1970 r. Niesiołowski rozszyfrowuje, kto kryje się pod pseudonimami, m.in. "Emil" (Emil Morgiewicz), "Jurek" (Benedykt Czuma). Sam zaprzecza swojej przynależności do "Ruchu" i współredagowania "Biuletynu".

28 czerwca 1970 r. kaja się: Wyjaśnienia, jakie wówczas (przed 28 czerwca 1970 r. - przyp. aut.) składałem odnośnie mojej przynależności i działalności w nielegalnym związku, częściowo były nieprawdziwe (...). Pragnę dziś wyjaśnić udział w nielegalnej organizacji w sposób szczery i zgodny z prawdą [fragment protokołu z przesłuchania; godz.8.40, przesłuchujący kpt. mgr Leonard Rybacki z Biura Śledczego MSW w Warszawie; pisownia zgodna z oryginałem].

1 lipca 1970 r. Niesiołowski, wymieniając z nazwiska Andrzeja Czumę, ujawnia, że był bardzo aktywnym członkiem "Ruchu" i inicjatorem różnych akcji.



11 lipca 1970 r. mówi: - Pragnę uzupełnić oraz sprostować pewne wyjaśnienia jakie złożyłem do protokółów w czasie poprzednich przesłuchań na temat podjętej przez nasz Ruch akcji spalenia muzeum Lenina w Poroninie. Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności karnej. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach, mówić tylko szczerą prawdę [pisownia zgodna z oryginałem].



Z dokumentów IPN wynika, że Wojciech Mantaj zaczął zeznawać 22 czerwca, Marek Niesiołowski - 25 czerwca, Benedykt Czuma - 28 czerwca, a Elżbieta Nagrodzka - 30 czerwca, po skonfrontowaniu jej z protokołami Stefana. Zeznania Niesiołowskiego składane od początku śledztwa były dla SB cennym podarunkiem. Po pierwsze - należał do grupy przywódczej i wiedział wszystko o wszystkich. Po drugie - został aresztowany w pierwszej grupie, kiedy ogromna większość członków "Ruchu" była jeszcze na wolności i mógł przyczynić się do kolejnych aresztowań. Po trzecie - jego załamanie, obok konkretnych korzyści dla SB, miało także znaczenie symboliczne: sygnał był jasny, jeden z dowódców sypie, okres heroizmu skończony, zaczyna się efekt domina.



"Pragnę szczegółowo i dokładnie wyjaśnić..."

Obecnie warto wrócić do sprawy do sprawy, ponieważ udało się dotrzeć do kolejnych, jeszcze bardziej kompromitujących Stefana Niesiołowskiego dokumentów, przesłuchań z września 1970 r. [każda ze stron opatrzona jest odręcznym podpisem Niesiołowskiego], kiedy to Niesiołowski zawiera z przedstawicielem SB por. Edwardem Karkucińskim, inspektorem Biura Śledczego MSW, specyficzną umowę, na podstawie art.57 kk, zobowiązując się powiedzieć wszystko o "Ruchu" i kolegach za złagodzenie kary. Art. 57 kk mówi bowiem: Jeżeli zachodzi kilka niezależnych od siebie podstaw do nadzwyczajnego złagodzenia lub obostrzenia kary, sąd może tylko jeden raz karę nadzwyczajnie złagodzić lub obostrzyć, biorąc pod uwagę łącznie zbiegające się podstawy do złagodzenia lub obostrzenia. I tak 9 września 1970 r. por. Edward Karkuciński, inspektor Biura Śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie, przesłuchuje Niesiołowskiego w charakterze podejrzanego w sprawie II 3 Ds-25/70. Przesłuchanie rozpoczyna się o godz. 9.00. Obecny wicemarszałek Sejmu składa oświadczenie: W dniu dzisiejszym pragnę szczegółowo i dokładnie wyjaśniać na temat mojej działalności w naszym "Ruchu" w związku z czym pragnę skorzystać z art. 57 kk i wyjaśnić na czym polegała cała działalność "Ruchu" i mój w nim udział od początku.



Do "Ruchu" zostałem pozyskany przez Andrzeja Czumę. Fakt ten nastąpił w Łodzi najprawdopodobniej latem 1965 roku. Andrzej Czuma przyjechał wówczas do Łodzi i rozmowa nasza została przeprowadzona częściowo u mnie w domu (wówczas mieszkałem na ulicy Tuwima 85), a częściowo w drodze na dworzec kolejowy Łodź-Fabryczna skąd wówczas Andrzej Czuma odjeżdżał pociągiem do Warszawy. W tym czasie nazwa "Ruch" jeszcze nie istniała, a była mowa o jakiejś grupie działającej nielegalnie do której należał już Andrzej Czuma. Nazwa "Ruch" powstała na jednym z pierwszych "Zjazdów" w 1968 roku.



"Pozyskałem osobiście..."

Dalej Niesiołowski szczegółowo opisuje, kogo wprowadził do działalności w "Ruchu": Do grupy tej w 1965 roku pozyskałem osobiście Wojciecha Majdę i Wojciecha Mantaja, natomiast Elżbietę Mickiewicz pozyskałem wiosną 1967 roku. Są to te osoby, które pozyskałem osobiście do czasu odbycia się I-go "Zjazdu" na którym jak już wyjaśniłem została ustalona nazwa "Ruch".

Moja działalność w nielegalnej grupie od momentu pozyskania mnie przez Andrzeja Czumę do czasu odbycia się I-go "Zjazdu" naszego "Ruchu" polegała na: pozyskaniu trzech wyżej wymienionych osób, przeprowadzaniu rozmów z Andrzejem Czumą na terenie Łodzi i Warszawy związanych tematycznie z dalszą naszą działalnością i z zagadnieniami politycznymi.

W 1966 roku przyjechał do Łodzi Benedykt Czuma z Warszawy i w Łodzi zamieszkał na stale. W tym czasie zostałem poinformowany przez Andrzeja Czumę, że również Benedykt Czuma jest członkiem naszego "Ruchu" i że mamy ze sobą razem współpracować. Współpraca ta nastąpiła pomiędzy nami. Ja natomiast poinformowałem Benedykta Czumę, że pozyskanymi przeze mnie osobami są Wojciech Mantaj, Wojciech Majda, których Benedykt Czuma już znał wcześniej jako moich kolegów. O tym, że członkiem naszego "Ruchu" jest również Ewa Mickiewicz prostuję Elżbieta Mickiewicz, poinformowałem Benedykta Czumę oraz Majdę i Mantaja w 1968 roku - wiosną.

Do I-go "Zjazdu" przeprowadzaliśmy pomiędzy sobą rozmowy na temat "Ruchu" w których brali udział Benedykt Czuma, ja, Mantaj, Majda, a czasem nawet Andrzej Czuma.



"Inicjatywa należała do mnie Mantaja i Majdy..."

Wydaje również Mantaja i Majdę: Akcja dotycząca wrogich napisów, która miała miejsce na terenie Łodzi w latach 1964-1965 nie była akcją "Ruchu". Inicjatywa ta należała do mnie Mantaja i Majdy, była to inicjatywa prywatna, a po jej zakończeniu prawdopodobnie poinformowałem o niej Benedykta i Andrzeja Czumów, nie podając im szczegółów na ten temat. Do czasu odbycia się I-go "Zjazdu" żadne inne akcje nie były planowane i podejmowane.



"Na II-gim "Zjeździe" ja opracowałem i wygłosiłem referat..."

W lwiej części opracowań na temat "Ruchu" pojawia się stwierdzenie, że nawiązywał on m.in. do tradycji i formy Armii Krajowej, a więc miał mieć charakter stricte niepodległościowy. Niesiołowski w śledztwie szczegółowo charakteryzuje przebieg jednego ze zjazdów "Ruchu", podkreślając, że on był przeciwny takiej formule: Obecnie chcę podać pewne uzupełnienie na temat poszczególnych "Zjazdów" naszego "Ruchu". Na II-gim "Zjeździe" ja opracowałem i wygłosiłem referat na temat określenia stosunku naszego "Ruchu" do innych ruchów na ziemiach polskich w XX wieku i pamiętam, ze w wystąpieniu swoim podkreślałem, że "Ruch" nasz jest czymś zupełnie nowym i nie może nawiązywać tak w programie jak i w metodach działania do ruchów dotychczasowych. Z tego określenia "Ruchu" wyniknęły dwie rzeczy: pierwsza to tworzenie nowego języka politycznego druga to niezorganizowanie "Ruchu", a pozostawienie celowo luźnych grup i nieprzestrzeganie ściśle zasady konspiracji w obawie, aby nie upodobnić "Ruchu" do organizacji konspiracyjnych działających w Polsce w czasie II wojny światowej.



Na jednym z pierwszych "Zjazdów" uczestnicy ustalili, że ja, Andrzej Czuma i Emil Morgiewicz mamy opracować program dla "Ruchu", który będzie później ostatecznie zaakceptowany przez pozostałych uczestników "Zjazdu". Z zadania tego jednak wywiązałem się w niewielkim stopniu, a głównie program "Ruchu" opracowywał Andrzej Czuma.

Na IV "Zjeździe" który się odbył w Warszawie przy ulicy Krzywe Koło jesienią 1968 roku obecny był także poza wymienionymi osobami o których wyjaśniałem do poprzednich protokołów, Andrzej Lulek z Lublina, którego poznałem na jednym z obozów w Bieszczadach, prowadzonych przez Duszpasterstwo Akademickie w Lublinie. Był on studentem K.U.L. Poza tym "Zjazdem" Andrzeja Lulka nigdzie nie widziałem, jako członka "Ruchu" ani też nikt o jego działalności nic nie mówił.



"Pragnę uzupełnić swoje wyjaśnienia na temat adresów osób..."

"Sypanie" przez Niesiołowskiego nie ograniczało się wyłącznie do relacji z posiedzeń "Ruchu" i charakterystyk działających w nim osób. Jak wynika z "Protokołu z przesłuchania podejrzanego", sporządzonego w Warszawie 10 września 1970 r. przez por. Edwarda Karkucińskiego (przesłuchanie rozpoczęto o 8.30), Niesiołowski obficie dzielił się wiedzą co do zapisów swojego prywatnego notesu, cyt.: Przeglądając w dniu dzisiejszym kalendarzyk kieszonkowy "Domu Książki" na rok 1970, który znajduje się w moim depozycie, które sam osobiście zanotowałem.

Pod literą "P" w tym kalendarzyku zanotowałem adres PAULI POSPISIL - BRNO, SADY OSVOBOZENI 2 [koniec cytatu].



"Być może dojdą z mojej strony pewne uzupełnienia..."

Niesiołowski miał chyba jednak poczucie niespełnienia w swoich donosach. W jego "Oświadczeniu" z 15 września 1970 r. czytamy: Ja niżej podpisany Stefan Niesiołowski oświadczam co następuje. W dotychczasowych wyjaśnieniach jakie złożyłem na temat sprawy, w której zostałem aresztowany wyjaśniłem wszystkie fakty i okoliczności związane z naszym ruchem. To co wyjaśniłem jest to to wszystko co do tej pory pamiętam, z tym że są to na pewno wszystkie sprawy zasadnicze związane z działalnością moją w naszym ruchu. Żadnych nowych faktów zasadniczych do tej sprawy nie wniosę, ponieważ nie pamiętam i wydaje mi się, że nie znam takich faktów, o których dotychczas nie wyjaśniałem. Ponieważ nie pamiętam dokładnie swoich dotychczasowych wyjaśnień, więc być może dojdą z mojej strony pewne uzupełnienia, ale będą to tylko szczegóły [zachowana oryginalna pisownia - przyp. aut.].