reklama
5
Z wielkiej chmury mały deszcz. Tak najkrócej podsumować można wyniki brukselskiego szczytu w sprawie Rosji. UE ograniczyła się bowiem tylko do słów krytyki wobec Rosji oraz do zapowiedzi, że jeśli Rosja jeszcze raz zachowa się nieładnie to Unia jej pokaże... Co i kiedy pokaże oczywiście nie ustalono, bo przecież wymuszałoby to zajęcie jednolitego i jednoznacznego stanowiska, a na to zwyczajnie się nie zanosi.



Trzeba jasno powiedzieć, że Unia zwyczajnie nie jest w stanie wypracować takiego stanowiska. Jej państwa mają odmienne interesy wobec Rosji. A Kreml umiejętnie je rozgrywa. Niemcy połączone z Rosją współpracą gospodarczą nie zaryzykują dla odległej Gruzji wystawienia ich na szwank. Francja (pomijając obecne w jej elitach prorosyjskie sympatie), której prezydent miał przynieść Tblisi pokój nie przyzna się do tego, że cała jego akcja okazała się porażką, a w układach z władcami Kremla dała się wprowadzić w błąd.



Oporu tych dwóch państw, którym sekundowały otwarcie prorosyjskie Włochy, oraz lęku Europejczyków przed Rosją nie jest w stanie przeważyć ani postawa Polski (dość zresztą miękka), ani Wielkiej Brytanii (którą uznano za przesadnie antyrosyjską). I nie ma się co oszukiwać, że przyszłość czy podpisanie Traktatu Lizbońskiego cokolwiek zmieni. Interesy państw członkowskich za tydzień, a taki termin zwołania kolejnego szczytu postuluje prezydent RP pozostaną rozbieżne. Potencjalny zaś minister spraw zagranicznych UE i za rok będzie je musiał brać pod uwagę. Jeśli zaś uda mu się od nich uwolnić, to jest niezwykle mało prawdopodobne, że rzeczywiście potępi Rosję. Gdyby to zrobił zostałby bowiem uznany za człowieka napełnionego antyrosyjskimi fobiami, który uniemożliwia porozumienie z Rosją. A potem odwołany ze stanowiska.



Ale ta miękkość wobec Rosji dowodzi tylko jednego, że politycy europejscy nie uczą się na błędach swoich poprzedników. Gdyby przemyśleli historię zimnej wojny, to wiedzieliby, że ustępstwa i szukanie dialogu tylko ośmielają Rosję. Problem polega bowiem na tym, że paradygmat dialogu, rozmowy, ustępstw i stopniowego rozmiękczania Rosji zwyczajnie się nie sprawdza. Dyplomacja rosyjska (podobnie jak jej poprzedniczka dyplomacja sowiecka) do perfekcji opanowała bowiem nie tylko rozgrywanie podziałów w świecie Zachodu, ale i sprawianie wrażenia liberalizacji na zmianę z zaostrzaniem kursu. W trakcie zaostrzania opanowywała kolejne państwa (głównie afrykańskie), a w ramach odprężenia, dialogu umacniała swoje terytorialne zdobycze. Zachód nieodmiennie dawał się już za czasów sowieckich łapać na taką sztuczkę. I teraz nie jest inaczej. Po pacyfikacji Gruzji Zachód za dobrą monetę bierze zapewnienia Miedwiediewa i Putina o niechęci do zrywania relacji z Europą. I rzeczywiście na jakiś czas w debacie i dyplomacji zapanuje język miłości, dialogu i budowania pokoju. Do czasu, gdy Kreml nie uzna, że jest gotowy do kolejnego podboju. Wtedy nastąpi czas zamrożenia (osłabiany obawami Zachodu przed otwartą wojną) stosunków.



Jedynym wyjściem z tego zaklętego kręgu dyplomatycznego oszustwa jest powrót do strategii, która pozwoliła Zachodowi wygrać zimną wojnę. A tę sformułował jasno Ronald Raegan, który nie tylko miał odwagę określić Związek Sowiecki imperium zła, ale też przeprowadzić akcję sankcji ekonomicznych i politycznych, które w połączeniu z zakręceniem kurka z dolarami dla komunistów, doprowadziły do krachu imperium. Teraz przy pełnej świadomości zmiany sytuacji gospodarczej czy politycznej trzeba zachować się podobnie: nazwać rzecz po imieniu, poszukać metod nacisku na Rosję i zrealizować je. Jeśli tego nie zrobimy to możemy tylko liczyć na słabość Rosji i/lub jej dobrą wolę. Wiara w Putina jest jednak dość słabym gwarantem bezpieczeństwa. A historia Europy jasno pokazuje, niestety, że ugłaskiwanie państw przestępczych, nie może być realnym narzędziem budowaniem pokoju. Ci, którzy w Europie nie chcieli umierać za Gdańsk krótko potem mieli obce wojska w swoich stolicach.