reklama
4
Ton szumu medialnego oraz podsumowania premiera i ministra wskazują, że wizyta szefa rosyjskiego MSZ, Siergieja Ławrowa, to wielki sukces naszej dyplomacji. Śmiem jednak wątpić w te huraoptymistyczne podsumowania. Jest to z całą pewnością sukces tyle, że rosyjskiej, a nie polskiej dyplomacji.



W pełni (pomijam kilka szczegółów) zgadzam się z FYM-em, który dzisiaj w Salonie24 napisał, że:



Âť Polska dała się niepotrzebnie wciągnąć w "pełne zrozumienia" pogaduchy z Rosją, ponieważ wizyta Ławrowa została wykorzystana propagandowo przez Kreml do przypomnienia, że Polacy "włączają się w imperialną politykę USA" i "zachowują się nieodpowiedzialnie", a poza tym "nie rozumieją" posowieckich obyczajów, jakie kultywuje Federacja Rosyjska z Putinem i Miedwiediewem na czele. W rezultacie wyszło tak, że to rosyjski szef MSZ-u przywoływał Polskę do porządku, by niejako ostudzić nasze agresywne i awanturnicze zapędy. To dopiero!

Można więc powiedzieć, że w świat pomknęło przesłanie "jacy Ruscy są, tacy są, ale ci Polacy..." Nie od dziś zresztą wiadomo, że Rosja lubuje się w swojej doktrynie geopolitycznej w wyznaczaniu dyżurnego wroga, którego musi swoimi działaniami na polu nie tylko dyplomatycznym, odpierać. I Polska na takiego dyżurnego manekina do bicia znakomicie się nadaje. Władze FR ("kremliny", można rzec :) zawsze mogą przywoływać "rusofobię Polaków" jako koronny argument świadczący o tym, że pałamy chęcią najazdu na Rosję, a w najgorszym wypadku, rzucenia jej na kolana, jak w 1612 r. Waszczykowski przywołuje koncepcję, która na serio jest u naszego wschodniego sąsiada formułowana, jakoby USA miało zaatakować Rosję ze względu na jej zasoby energetyczne. ÂŤ



Wizyta była umówiona jeszcze przed wybuchem tzw. kryzysu gruzińskiego, ale fakty, które w ostatnim czasie ujrzały światło dzienne świadczą dobitnie, że Moskwie wizyta ich szefa dyplomacji w Polsce była bardziej potrzebna niż nam. Rosji, przede wszystkim, pod względem propagandowym i dla odwrócenia uwagi od spraw istotnych, jeżeli chodzi o przyczyny wybuchu tego konfliktu.

Posłużę się tylko jednym przykładem, a mianowicie (zamieszczam całość):

http://fakty.interia.pl/raport/gruzja-osetia/news/rmf-rosja-klamala,1177248



RMF: Rosja kłamała!

Piątek, 12 września (10:42)

Moskwa kłamała. Wojska rosyjskie weszły do Osetii Południowej, zanim zaatakowali Gruzini - przeczytał korespondent RMF FM w "Czerwonej Gwieździe", gazecie rosyjskiego resortu obrony.

To absolutnie sprzeczne z wersją Kremla, który winą za wybuch wojny obarcza Tbilisi. Ostatnio premier Władimir Putin zapewniał, że oddziały 58. Armii podeszły pod Cchinwali dopiero po dwóch dniach walk.

W artykule "Życie toczy się dalej" opisane są losy rannego kapitana Denisa Sidristego. Oficer opowiadał, że już 7 sierpnia ogłoszono alarm: "Przerzucono nas do Osetii Południowej w stronę Cchinwali. Dotarliśmy, rozbiliśmy się, a ósmego nad ranem tak gruchnęło, że niektórzy pogubili się. Wiedzieliśmy, że Gruzini coś przygotowują, ale trudno było sobie wyobrazić to, co zobaczyliśmy potem".

Oficer opowiada, jak od rana przebijali się, by połączyć się broniącymi się w Cchinwali rosyjskimi "siłami pokojowymi". Ta opowieść oficera to kolejny dowód na to, że Rosjanie wprowadzili wojska przed gruzińskim atakiem. "Permska Gazeta" opublikowała wspomnienia żołnierzy biorących udział w operacji. Jeden z nich rozmowie z matką przez telefon opowiadał: "Jesteśmy tu od 7 sierpnia, my i cała nasza 58. Armia".



Czy warto więc było prowadzić z Ławrowem rozmowy ugrzecznione? Owszem, ale tylko do pewnego stopnia, bo to Rosji potrzebny był bardziej szum medialny. Ławrow i tak powiedział, co chciał powiedzieć. Nawet drwił nieco z Polski w kontekście tarczy antyrakietowej.



A my nie wykorzystaliśmy szansy, żeby wzmocnić naszą pozycję w Unii Europejskiej. Szkoda!