reklama
7
W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.



Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń. Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.

2



Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.


Read More
/>A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.



W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości(mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).



O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.



Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?
7
Każdy z nas, gdy otwiera oczy i wstaje lewą nogą z łóżka, uświadamia sobie, gdzie jest, kim jest, co go czeka. I ogarnia go rezygnacja; jak mokra ścierka, oblepia mu świat, a wszystko jest spocone, przerażone i nie ma końca.



Zostaliśmy nauczeni pesymizmu. Do perfekcji opanowaliśmy wygodną sztukę poddawania się. Ucieczka, chowanie głowy w piach, to nasze metody ratunku, nasze chwytania się brzytwy.



Obezwładnia nas, paraliżuje świadomość bezsensu podejmowania walki. Przekonanie, że niczego robić warto, nie ma z kim, że to daremny trud.



Każdy z nas chętnie
Read More
by coś w tym swoim życiu zmienił na lepsze, każdy by był za jakąś normalnością, ale nie lubimy wybiegać przed orkiestrę, wyrywać się z przedwczesnym entuzjazmem, wolimy przyjść na gotowe, i ustalone, życzymy sobie dołączyć do tłumu, a nie do garstki, bo dołączyć się bez pewności zwycięstwa, to dla wielu z nas zbyt wielkie ryzyko.



Czekamy na sygnał, na znak. Lecz znak da późny wnuk dopiero.

...każdy z nas jest jak gdyby patriotą (jakkolwiek są i tacy, co sądzą, że bycie patriotą w czasach dzisiejszych, równoznaczne jest z byciem idiotą).
6
Jak podaje hacking.pl:



"Gdy haker o nicku Chujwamwdupe opublikował w ubiegłym tygodniu przykładowy kod wykorzystujący lukę w pakiecie biurowym Microsoft Office 2003, mogłoby się wydawać, że zrobił to złośliwie.



Chujwamwdupe żali się, iż 'Niestety, Microsoft odmówił imiennych podziękowań pod adresem pseudonimu, który podał.'

"



Ciekawe jak to by brzmiało po chińsku albo lepiej jak by był to chińczyk o takiej ksywce której inaczej nie dało by się wymówić i napisać :)



pzdr
6
W ostatnim czasie głośno zrobiło się o reformie sądownictwa i prokuratury. Zajmę się sygnalizowanym zjawiskiem ucieczki prokuratorów do innych zawodów.

W mediach ukazały się (m.in. w Rzepie ciekawa seria artykułów na temat reform planowanych przez ministra Ćwiąkalskiego, w tym krytyczna ich ocena Igora Janke) teksty informujące o ucieczce prokuratorów do innych zawodów. Wedle Rz [http://www.rp.pl/artykul/93471.html] w ostatnich sześciu latach, z powodów innych niż przeniesienie w stan spoczynku, z zawodu odeszło 205 prokuratorów. W tym samym tekście, jako zasadniczy powód ubywania kadr
Read More
prokuratorskich wskazywana jest ingerencja przełożonych w prowadzone sprawy; podłożem tego mają być polityczne naciski wywierane na prokuratorów.



Ośmielam się w tym momencie przeciwstawić takim poglądom. Owszem polityka ma jakiś wpływ na działania prokuratur, ale nie aż tak przeogromny. Wtykanie nosa przez przełożonych tak, to jest istotny powód. Lecz absolutnie nie wynika to z nacisków politycznych.



Podstawowym problemem z tym związanym jest pewien układ, nazwijmy go np. towarzyskoorganizacyjny.



Taki szef prokuratury obojętnie: apelacyjnej, okręgowej czy rejonowej przecież też człowiek. Żyje w jakimś określonym środowisku (im mniejsze, tym układ ma większy wpływ na jego życie). Poza godzinami pracy musi przecież cos robić np. oddawać się przyjemnościom, hobby jakiemuś, wypijać w jakimś towarzystwie, dajmy na to, kawę lub inne napoje gazowane lub niegazowane. Ale przecież nie będzie codziennie pędził do Warszawy albo innego Trójmiasta, żeby mile spędzić popołudnie czy wieczór lub dni świąteczne. Obok niego też żyją wszak ludzie i to na stanowiskach np. wójtowie, burmistrzowie, starostowie, prezydenci czy wielu innych.



A jeżeli szef prokuratury np. zapałał miłością do polowania na zwierzynę, a do tego (znakomicie się składa) jego kolega starosta jest szefem koła łowieckiego i może mu ułatwić zaznanie przyjemności łowów na zwierzynę (nawet bez stosownych uprawnień, te zrobi się później)? Nie skorzystać? Grzechem by to wprost było! Udają się więc pewnego niedzielnego ranka na polowanie, prokurator dzierży w ręku użyczoną przez starostę fuzję, widzi, że krzaki w pobliżu poruszają się (dzik jakiś albo inne groźne zwierzę na pewno się czai na niego), mierzy i strzela. Trafiony! Tyle, że nie zwierz, lecz uczestnik nagonki syn jednego z myśliwych; na szczęście niegroźnie. Eee, nie martw się mówi starosta To nic groźnego, pare śrucin. Załatwię to bez rozgłosu uspokaja włodarz powiatowy. Sprawa skrywana jest pod tzw. dywan (No! Przecież to sam szef prokuratury, nie należy mu bruździć!) i przyjaciele rozstają się starosta wielce zadowolony (Pokazałem mu, że mam władzę i potrafię takie rzeczy sprawnie wyciszyć!), a prokurator nieco zdenerwowany, bo co by było gdyby przełożeni dowiedzieli się o takim ekscesie.

Panu prokuratorowi jednak incydent tkwi w pamięci, ale sam się uspokaja: Przecież starosta zapewnił, że sprawa nie ujrzy światła dziennego, będzie dobrze. A starosta okazuje się jednak wrednym typem tylko czeka okazji: No wiesz, serdeczny kolega wójt z tej samej partii jesteśmy ma kłopoty, ktoś się go czepia i jakieś donosy pisze. Weź z łaski swojej wytłumacz podległym ci prokuratorom, że jest niewinny, a ludzie są złośliwi. Wiem, że możesz np. tak jak ja z tym postrzeleniem. Pamiętasz? napomyka o zdarzeniu podczas polowania. Co robi prokurator? Ulega sugestiom kolegi starosty w obawie o swoja karierę w wymiarze sprawiedliwości.



Opisywana sytuacja jest hipotetyczna? Mam poważne wątpliwości, że jednak nie!



A gdzie sprawiedliwość, ktoś zapyta? Jest oczywiście! Tylko nie dla wszystkich!
8
Wykształcenie wpływa na poziom życia. Wykształcenie umożliwia zadawanie pytań, poszerza wyobraźnię, zwiększa horyzonty. Można powiedzieć w skrócie: pobudzanie w kimś chęci poznania, zaszczepianie w nim ciekawości, wrażliwości, bezustannego głodu na świat, tworzenie mu warunków do zdobywania wiedzy, jest...u c z ł o w i e c z a n i e m. Procesem nieustannego rozwoju. Nauką tolerancji wobec nieznanych zjawisk, a także wobec innych ludzi.



Tyle wstępnego marudzenia.



Zobaczmy teraz, co dzieje się z tymi, którym los odmówił szansy intelektualnego rozwoju.



Nau
Read More
ka zostaje przerwana. Z różnych powodów: z braku ciekawości, z nadmiernego lenistwa, balangowego charakteru, pychy, umysłowej apatii może.



Przestajemy interesować się dalszym kształceniem, rzucamy szkołę, mamy gdzieś studia, zaczynamy uprawiać tak zwaną samodzielność, pędzić niezależną wegetację, latać własnymi drogami. W konsekwencji rodzą się nasze problemy z otaczającą rzeczywistością.



Coś tam odczuwamy, lecz nie wiemy, co. Brak nam słów, skojarzeń, nie umiemy określić, zdefiniować swoich marzeń, tęsknot i realnych pragnień. Czegoś byśmy chcieli, lecz konkretnie czego, nie potrafimy wyrazić, nie wiemy, jak nazwać to, co widzimy, co nas boli.



To, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni niepoznawania innego świata, prócz świata pozorów, prócz złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród otaczających nas, z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy dowiedzieć się, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi

w a r t o ś c i a m i, jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?



Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, wystarczy móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy i rozmawiać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.



Są to jednak powody błahe, powody uaktywnione przez bezmyślność i nie o takich chciałbym tu rzec. Chciałbym tu rzec o tym, gdy te poznawcze procesy zostają przerwane r a p t o w n i e, gdy nie są spowodowane brakiem wyobraźni na własne życzenie, gdy dotykają ludzi chorych.



Choroba nie wybiera. Uderza na oślep i zmienia nas, niszczy, wywraca wszelkie nasze plany. Uczyliśmy się, mieliśmy przyjaciół, było z kim pogadać od serca i do rzeczy. W jeden dzień przestajemy chodzić gdziekolwiek, przyjaciele mają alergię na nasz widok, a szkoła jest utopią.



Zostaliśmy rencistami. Renta jest niewysoka, bo pracowaliśmy za krótko. Jest wystarczająco niska, byśmy nie mieli za co się leczyć. Ot, w sam raz taka, by utrzymać przy życiu - nieboszczyka.



Nie stać nas nie tylko na lekarstwa: są książki, są gazety, jest teatr, czasem dobry, czasem bylejaki, ale jest i zdrowi ludzie mogą do niego pójść. Mogą też pójść na wystawę, uczestniczyć w kulturalnych wydarzeniach, być na bieżąco.



Chorego to nie dotyczy. Chory nie ma żadnych praw poza prawem do rozkładu. Te, które są, są równie śmieszne, jak prawo budowlane. Jakie mamy wyjście? Odpowiadam: leżeć i czekać, aż się decydentom rozwidni od sufitem.



Przyzwyczailiśmy się do bezwładu i niektórym jest z tym dobrze. Dobrze im, jak nic się nie dzieje, jak nikt od nich niczego nie żąda. Prowadzą życie osiadłe, bagienne, wymoszczone świętym spokojem. Należą do sekty osób z lukami w edukacji, do kasty dygnitarzy - niewrażliwców. Do ludzi bez ikry.
6
Żeby nie było żadnych nieporozumień. To nie ja tak twierdzę. Tego dowodzi irlandzki minister ds. integracji społecznej.

Conor Lenihan uważa, że papierosy w naszym kraju są za tanie, co powoduje, że przebywający w Irlandii nasi rodacy palą znacznie więcej niż Irlandczycy. Minister Lenihan zarzuca także, że część przywożonych przez Polaków papierosów trafia na czarny rynek. W sprawie naszych rodakówpalaczy tamtejszy rządowy instytut badawczy RIFTES (Research Institute for A Tobacco Free Society) przeprowadził ankietę wśród 1.545 przebywających w Irlandii Polaków.

Fakt, Polacy palą
Read More
dużo (sam jestem nałogowcem i to nie tylko u siebie, ale także, jak się okazało, będąc w gościnie.

Ale co z tego wynika? Dla mnie jasne jest, że kupując papierosy w Irlandii Polacy z całą pewnością paliliby mniej, a to z uwagi na wysoką cenę wyrobów tytoniowych. Jasne dla mnie też jest, że Polacy potrafią liczyć i wobec tego dziwię się irlandzkiemu ministrowi, że nie docenia w tym względzie naszych rodaków. W Irlandii liczyć nie potrafią?

W procederze przywożenie papierosów (weekendowe wyjazdy do Polski) nie ma nic sprzecznego z prawem: zarówno Irlandzkim, jak i europejskim oraz polskim. Potwierdza to dyrektor instytutu RIFTES, prof. Luce Clancy: ... niska cena papierosów w Polsce czyni opłacalnym weekendowy przelot tanimi liniami lotniczymi z Irlandii do Polski w celu zaopatrzenia się w papierosy, co zresztą jest zgodne z unijnymi przepisami.

Ale irlandzki minister ds. integracji społecznej postuluje:

Cena papierosów powinna być zharmonizowana na szczeblu europejskim cytuje Irish Times ministra Lenihana.

W zasadzie mogę poprzeć ministra, ale pod jednym wszakże warunkiem. Owa harmonizacja cen może nastąpić dopiero wtedy, gdy zostaną zharmonizowane najpierw płace, tzn. gdy w każdym kraju Unii Europejskiej będą one na tym samym poziomie. Nie prędzej!

A poza tym złośliwie doradzę ministrowi Lenihanowi: przecież nikt mu nie zabrania zaopatrywać się (jeśli jest palaczem) w wyroby tytoniowe w Polsce.



Cytaty w powyższym tekście pochodzą z portalu Interia.pl:
6
Całe szczęście, że to nie u nas, ale w Anglii. To tam wpadli na ten nowatorski pomysł, żeby m.in. utrudnić palaczom chęć puszczania dymka.

Na początek krótki cytat:

Większość palaczy porzuciłaby nałóg, gdyby utrudniono by im zakup papierosów, nakładając na nich wymóg uzyskania specjalnej licencji tak twierdzi profesor Julian le Grand, szef organizacji lekarskiej Health England, doradca rządu brytyjskiego.

Nie będę streszczał informacji, ale przyznam, że dla mnie pomysł ten to istne kuriozum. Jednocześnie proponuję, żeby w Anglii wprowadzić jeszcze licencję na:


Read More
r />Picie alkoholu co skłoniłoby pijących do porzucenia tego wstrętnego zwyczaju;



Zażywanie tabaki co zmusiłoby zażywających ją do zaprzestania wciągania tego obrzydlistwa do nosa;



Picie coca-coli co spowodowałoby znaczne obniżenie spożycia tego odrdzewiacza, wstrętnego i szkodliwego dla zdrowia napoju;



Żucie gumy co doprowadziłoby do zniknięcia zjawiska przyklejania przeżutej gumy pod ławkami i stolikami np. parkowymi i kawiarnianymi (obostrzenia wobec gumy do żucia obowiązują np. w Singapurze do nabycia jest ona tam na receptę).



Rezygnuję jednak z proponowania licencji na uprawianie seksu, bo to mogłoby doprowadzić do niepokojów społecznych, czego jednak Anglikom nie życzę.

Wszelkie wymienione przeze mnie licencjebariery należałoby wprowadzić z pominięciem oczywiście sporej rzeszy naszych rodaków. Z jakiego powodu? Byłoby to działanie bez sensu: Przecież Polak potrafi i bez najmniejszych problemów nasi rodacy poradziliby sobie z tymi licencjami, które stosowane wobec nich okazałyby się nic nieznaczącymi papierkami. Po co więc narażać na szwank powagę rządu, i nie daj Boże Królowej, Wielkiej Brytanii?
6
Adam Wielomski pisze o efektach pracy naszych pedagogicznych mędrców od siedmiu boleści (http://www.prawica.net/node/10460).



W tekście Eine (http://autodafe.salon24.pl/index.html), możemy przeczytać o tragicznych SKUTKACH urynkowienia naszej wiedzy.



I pierwszy, i drugi artykuł, zainspirowały mnie, ponieważ opisują karykaturalny stan naszej oświaty. Oświaty poddanej marketingowej obróbce. Uczniowskiemu wiecowaniu.



Przestrzeganiu PRAW UCZNIA wymyślonych i zaaprobowanych przez UCZNIA. Referendalnemu ustaleniu, czy ziemia jest płaska i jak to możliwe, że lu
Read More
dzie chodzą po Australii. Czego zrozumienie jest, przy obecnym stanie umysłowości, wyczynem nie lada.



I pierwszy, i drugi, mówią o szkole. Jak sama nazwa wskazuje, SZKOŁA NIE POWINNA BYĆ PRZEDSIĘBIORSTWEM PRODUKUJĄCYM BUBLE. SZKOŁA POWINNA...SZKOLIĆ. Lecz nie czyni tego, albowiem trudni się sprzedażą zgniłych pomidorów. Nie uczy, albowiem jest straganem z warzywami.



Nauczyciel został zredukowany do roli szkolnego intruza, koniecznego zła, został wtłamszony w bezradność i okrzyknięty szkolną przeszkadzajką w PRAWIDŁOWYM rozwoju młodego człowieka.



Nawoływanie do uczenia czegoś tak archaicznego, jak, np. logika, etyka, podstawy kultury europejskiej, propedeutyka filozofii, nie wspominając o grece, lub łacinie, nawoływanie takie, mija się z celem, a ten, co chce powrotu do niegdysiejszego świata rozsądku, jest piernik uwielbiający P.R.L., tęskniący za powrotem ustroju nazwanego przez S. Grochowiaka sprawiedliwym podziałem nędzy.



Tu cytat z tekstu Eine:



Już obserwujemy, że te szkoły przeżywają rozkwit i stają się popularne w środowisku ,w których proponuje się idee-towary nowoczesne, np. nauka jazdy konnej, religioznawstwo zamiast katechezy, programy nauczania opracowane przez uczniów, wychowanie seksualne w rodzinie z dwoma tatusiami, lub z uznaniem dla pożytku przyszłych praktyk aborcyjnych albo wielkiej wartości humanistycznej eutanazji dla zawadzającej babci."



"Szkoły przyjazne, szkoły bez nudy, szkoły z klasą, to pierwsze "owoce" rynkowego języka zastosowanego w sferze kształcenia i wychowania.



W obecnych czasach nie wystarczy powtarzać na okrągło, że trzeba zburzyć Kartaginę. W obecnych czasach trzeba zburzyć ją bez dwóch zdań. A nie ględzić, nie teoretyzować, nie bić kunktatorskiej piany. Jak to przydarza się często. O wiele za często. O czym mówi się tu i tam. Mówi, lecz za mało.



W obecnych czasach należy przyznać się do wychowawczych błędów, powiedzieć wyraźnie, dobitnie i ostatecznie, że winni jesteśmy wszyscy.



Wszyscy, a więc i szkoła nie reagująca na wiadro na głowie nauczyciela, szkoła, lekceważąca obecność wszechmocnych band wyrostków terroryzujących klasę, szkoła, tchórzliwie uciekająca od problemu internetowych, idiotycznych sexwybryków, zakończonych samobójstwem ze wstydu dla sfilmowanej dziewczyny, a dla filmujących ją, bezkarnych głupoli, niezłą hecą, ubawem, dla nauczycieli zaś wychowawczą porażką.



Wszyscy, a więc i my, rodzice, zapatrzeni w gonitwę za pracą, za finansowymi marzeniami, niemający czasu na rozmowę z własnymi dziećmi, godzący się na ich izolację od nas, nie współpracujący ze szkołą . My, rodzice, pozostawiający ich samopas, aprobujący ich histeryczny brak autorytetów, ich bezsprzeczny brak życiowych wzorów do naśladowania, za swoje gnuśne zezwolenie na to, by, zamiast wykształcić ich na rozsądnych, wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi, zostali ludźmi emocjonalnie chwiejnymi, niepełnymi i wszechstronnie bezradnymi - płacimy opuszczeniem, płacimy zerwaniem rodzinnych więzi, tym, że, jeśli się w porę nie opamiętamy, możemy też mieć wiaderko na głowie do pozłoty.



Ps.

Za komuszej epoki, obowiązywało fikuśne hasełko: NASZ KLIENT, NASZ PAN. Teraz mamy powiedzonko: NASZ UCZEŃ, NASZ PAN. I pan uczeń decyduje.



BO UCZEŃ MA PRAWA SKAZUJĄCE GO NA BRAK OBOWIĄZKÓW.



Marek Jastrząb