reklama
5
W ostatnim czasie głośno zrobiło się o reformie sądownictwa i prokuratury. Zajmę się sygnalizowanym zjawiskiem ucieczki prokuratorów do innych zawodów.

W mediach ukazały się (m.in. w Rzepie ciekawa seria artykułów na temat reform planowanych przez ministra Ćwiąkalskiego, w tym krytyczna ich ocena Igora Janke) teksty informujące o ucieczce prokuratorów do innych zawodów. Wedle Rz [http://www.rp.pl/artykul/93471.html] w ostatnich sześciu latach, z powodów innych niż przeniesienie w stan spoczynku, z zawodu odeszło 205 prokuratorów. W tym samym tekście, jako zasadniczy powód ubywania kadr
Read More
prokuratorskich wskazywana jest ingerencja przełożonych w prowadzone sprawy; podłożem tego mają być polityczne naciski wywierane na prokuratorów.



Ośmielam się w tym momencie przeciwstawić takim poglądom. Owszem polityka ma jakiś wpływ na działania prokuratur, ale nie aż tak przeogromny. Wtykanie nosa przez przełożonych tak, to jest istotny powód. Lecz absolutnie nie wynika to z nacisków politycznych.



Podstawowym problemem z tym związanym jest pewien układ, nazwijmy go np. towarzyskoorganizacyjny.



Taki szef prokuratury obojętnie: apelacyjnej, okręgowej czy rejonowej przecież też człowiek. Żyje w jakimś określonym środowisku (im mniejsze, tym układ ma większy wpływ na jego życie). Poza godzinami pracy musi przecież cos robić np. oddawać się przyjemnościom, hobby jakiemuś, wypijać w jakimś towarzystwie, dajmy na to, kawę lub inne napoje gazowane lub niegazowane. Ale przecież nie będzie codziennie pędził do Warszawy albo innego Trójmiasta, żeby mile spędzić popołudnie czy wieczór lub dni świąteczne. Obok niego też żyją wszak ludzie i to na stanowiskach np. wójtowie, burmistrzowie, starostowie, prezydenci czy wielu innych.



A jeżeli szef prokuratury np. zapałał miłością do polowania na zwierzynę, a do tego (znakomicie się składa) jego kolega starosta jest szefem koła łowieckiego i może mu ułatwić zaznanie przyjemności łowów na zwierzynę (nawet bez stosownych uprawnień, te zrobi się później)? Nie skorzystać? Grzechem by to wprost było! Udają się więc pewnego niedzielnego ranka na polowanie, prokurator dzierży w ręku użyczoną przez starostę fuzję, widzi, że krzaki w pobliżu poruszają się (dzik jakiś albo inne groźne zwierzę na pewno się czai na niego), mierzy i strzela. Trafiony! Tyle, że nie zwierz, lecz uczestnik nagonki syn jednego z myśliwych; na szczęście niegroźnie. Eee, nie martw się mówi starosta To nic groźnego, pare śrucin. Załatwię to bez rozgłosu uspokaja włodarz powiatowy. Sprawa skrywana jest pod tzw. dywan (No! Przecież to sam szef prokuratury, nie należy mu bruździć!) i przyjaciele rozstają się starosta wielce zadowolony (Pokazałem mu, że mam władzę i potrafię takie rzeczy sprawnie wyciszyć!), a prokurator nieco zdenerwowany, bo co by było gdyby przełożeni dowiedzieli się o takim ekscesie.

Panu prokuratorowi jednak incydent tkwi w pamięci, ale sam się uspokaja: Przecież starosta zapewnił, że sprawa nie ujrzy światła dziennego, będzie dobrze. A starosta okazuje się jednak wrednym typem tylko czeka okazji: No wiesz, serdeczny kolega wójt z tej samej partii jesteśmy ma kłopoty, ktoś się go czepia i jakieś donosy pisze. Weź z łaski swojej wytłumacz podległym ci prokuratorom, że jest niewinny, a ludzie są złośliwi. Wiem, że możesz np. tak jak ja z tym postrzeleniem. Pamiętasz? napomyka o zdarzeniu podczas polowania. Co robi prokurator? Ulega sugestiom kolegi starosty w obawie o swoja karierę w wymiarze sprawiedliwości.



Opisywana sytuacja jest hipotetyczna? Mam poważne wątpliwości, że jednak nie!



A gdzie sprawiedliwość, ktoś zapyta? Jest oczywiście! Tylko nie dla wszystkich!
7
Wykształcenie wpływa na poziom życia. Wykształcenie umożliwia zadawanie pytań, poszerza wyobraźnię, zwiększa horyzonty. Można powiedzieć w skrócie: pobudzanie w kimś chęci poznania, zaszczepianie w nim ciekawości, wrażliwości, bezustannego głodu na świat, tworzenie mu warunków do zdobywania wiedzy, jest...u c z ł o w i e c z a n i e m. Procesem nieustannego rozwoju. Nauką tolerancji wobec nieznanych zjawisk, a także wobec innych ludzi.



Tyle wstępnego marudzenia.



Zobaczmy teraz, co dzieje się z tymi, którym los odmówił szansy intelektualnego rozwoju.



Nau
Read More
ka zostaje przerwana. Z różnych powodów: z braku ciekawości, z nadmiernego lenistwa, balangowego charakteru, pychy, umysłowej apatii może.



Przestajemy interesować się dalszym kształceniem, rzucamy szkołę, mamy gdzieś studia, zaczynamy uprawiać tak zwaną samodzielność, pędzić niezależną wegetację, latać własnymi drogami. W konsekwencji rodzą się nasze problemy z otaczającą rzeczywistością.



Coś tam odczuwamy, lecz nie wiemy, co. Brak nam słów, skojarzeń, nie umiemy określić, zdefiniować swoich marzeń, tęsknot i realnych pragnień. Czegoś byśmy chcieli, lecz konkretnie czego, nie potrafimy wyrazić, nie wiemy, jak nazwać to, co widzimy, co nas boli.



To, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni niepoznawania innego świata, prócz świata pozorów, prócz złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród otaczających nas, z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy dowiedzieć się, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi

w a r t o ś c i a m i, jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?



Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, wystarczy móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy i rozmawiać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.



Są to jednak powody błahe, powody uaktywnione przez bezmyślność i nie o takich chciałbym tu rzec. Chciałbym tu rzec o tym, gdy te poznawcze procesy zostają przerwane r a p t o w n i e, gdy nie są spowodowane brakiem wyobraźni na własne życzenie, gdy dotykają ludzi chorych.



Choroba nie wybiera. Uderza na oślep i zmienia nas, niszczy, wywraca wszelkie nasze plany. Uczyliśmy się, mieliśmy przyjaciół, było z kim pogadać od serca i do rzeczy. W jeden dzień przestajemy chodzić gdziekolwiek, przyjaciele mają alergię na nasz widok, a szkoła jest utopią.



Zostaliśmy rencistami. Renta jest niewysoka, bo pracowaliśmy za krótko. Jest wystarczająco niska, byśmy nie mieli za co się leczyć. Ot, w sam raz taka, by utrzymać przy życiu - nieboszczyka.



Nie stać nas nie tylko na lekarstwa: są książki, są gazety, jest teatr, czasem dobry, czasem bylejaki, ale jest i zdrowi ludzie mogą do niego pójść. Mogą też pójść na wystawę, uczestniczyć w kulturalnych wydarzeniach, być na bieżąco.



Chorego to nie dotyczy. Chory nie ma żadnych praw poza prawem do rozkładu. Te, które są, są równie śmieszne, jak prawo budowlane. Jakie mamy wyjście? Odpowiadam: leżeć i czekać, aż się decydentom rozwidni od sufitem.



Przyzwyczailiśmy się do bezwładu i niektórym jest z tym dobrze. Dobrze im, jak nic się nie dzieje, jak nikt od nich niczego nie żąda. Prowadzą życie osiadłe, bagienne, wymoszczone świętym spokojem. Należą do sekty osób z lukami w edukacji, do kasty dygnitarzy - niewrażliwców. Do ludzi bez ikry.
5
Żeby nie było żadnych nieporozumień. To nie ja tak twierdzę. Tego dowodzi irlandzki minister ds. integracji społecznej.

Conor Lenihan uważa, że papierosy w naszym kraju są za tanie, co powoduje, że przebywający w Irlandii nasi rodacy palą znacznie więcej niż Irlandczycy. Minister Lenihan zarzuca także, że część przywożonych przez Polaków papierosów trafia na czarny rynek. W sprawie naszych rodakówpalaczy tamtejszy rządowy instytut badawczy RIFTES (Research Institute for A Tobacco Free Society) przeprowadził ankietę wśród 1.545 przebywających w Irlandii Polaków.

Fakt, Polacy palą
Read More
dużo (sam jestem nałogowcem i to nie tylko u siebie, ale także, jak się okazało, będąc w gościnie.

Ale co z tego wynika? Dla mnie jasne jest, że kupując papierosy w Irlandii Polacy z całą pewnością paliliby mniej, a to z uwagi na wysoką cenę wyrobów tytoniowych. Jasne dla mnie też jest, że Polacy potrafią liczyć i wobec tego dziwię się irlandzkiemu ministrowi, że nie docenia w tym względzie naszych rodaków. W Irlandii liczyć nie potrafią?

W procederze przywożenie papierosów (weekendowe wyjazdy do Polski) nie ma nic sprzecznego z prawem: zarówno Irlandzkim, jak i europejskim oraz polskim. Potwierdza to dyrektor instytutu RIFTES, prof. Luce Clancy: ... niska cena papierosów w Polsce czyni opłacalnym weekendowy przelot tanimi liniami lotniczymi z Irlandii do Polski w celu zaopatrzenia się w papierosy, co zresztą jest zgodne z unijnymi przepisami.

Ale irlandzki minister ds. integracji społecznej postuluje:

Cena papierosów powinna być zharmonizowana na szczeblu europejskim cytuje Irish Times ministra Lenihana.

W zasadzie mogę poprzeć ministra, ale pod jednym wszakże warunkiem. Owa harmonizacja cen może nastąpić dopiero wtedy, gdy zostaną zharmonizowane najpierw płace, tzn. gdy w każdym kraju Unii Europejskiej będą one na tym samym poziomie. Nie prędzej!

A poza tym złośliwie doradzę ministrowi Lenihanowi: przecież nikt mu nie zabrania zaopatrywać się (jeśli jest palaczem) w wyroby tytoniowe w Polsce.



Cytaty w powyższym tekście pochodzą z portalu Interia.pl:
5
Całe szczęście, że to nie u nas, ale w Anglii. To tam wpadli na ten nowatorski pomysł, żeby m.in. utrudnić palaczom chęć puszczania dymka.

Na początek krótki cytat:

Większość palaczy porzuciłaby nałóg, gdyby utrudniono by im zakup papierosów, nakładając na nich wymóg uzyskania specjalnej licencji tak twierdzi profesor Julian le Grand, szef organizacji lekarskiej Health England, doradca rządu brytyjskiego.

Nie będę streszczał informacji, ale przyznam, że dla mnie pomysł ten to istne kuriozum. Jednocześnie proponuję, żeby w Anglii wprowadzić jeszcze licencję na:


Read More
r />Picie alkoholu co skłoniłoby pijących do porzucenia tego wstrętnego zwyczaju;



Zażywanie tabaki co zmusiłoby zażywających ją do zaprzestania wciągania tego obrzydlistwa do nosa;



Picie coca-coli co spowodowałoby znaczne obniżenie spożycia tego odrdzewiacza, wstrętnego i szkodliwego dla zdrowia napoju;



Żucie gumy co doprowadziłoby do zniknięcia zjawiska przyklejania przeżutej gumy pod ławkami i stolikami np. parkowymi i kawiarnianymi (obostrzenia wobec gumy do żucia obowiązują np. w Singapurze do nabycia jest ona tam na receptę).



Rezygnuję jednak z proponowania licencji na uprawianie seksu, bo to mogłoby doprowadzić do niepokojów społecznych, czego jednak Anglikom nie życzę.

Wszelkie wymienione przeze mnie licencjebariery należałoby wprowadzić z pominięciem oczywiście sporej rzeszy naszych rodaków. Z jakiego powodu? Byłoby to działanie bez sensu: Przecież Polak potrafi i bez najmniejszych problemów nasi rodacy poradziliby sobie z tymi licencjami, które stosowane wobec nich okazałyby się nic nieznaczącymi papierkami. Po co więc narażać na szwank powagę rządu, i nie daj Boże Królowej, Wielkiej Brytanii?
5
Adam Wielomski pisze o efektach pracy naszych pedagogicznych mędrców od siedmiu boleści (http://www.prawica.net/node/10460).



W tekście Eine (http://autodafe.salon24.pl/index.html), możemy przeczytać o tragicznych SKUTKACH urynkowienia naszej wiedzy.



I pierwszy, i drugi artykuł, zainspirowały mnie, ponieważ opisują karykaturalny stan naszej oświaty. Oświaty poddanej marketingowej obróbce. Uczniowskiemu wiecowaniu.



Przestrzeganiu PRAW UCZNIA wymyślonych i zaaprobowanych przez UCZNIA. Referendalnemu ustaleniu, czy ziemia jest płaska i jak to możliwe, że lu
Read More
dzie chodzą po Australii. Czego zrozumienie jest, przy obecnym stanie umysłowości, wyczynem nie lada.



I pierwszy, i drugi, mówią o szkole. Jak sama nazwa wskazuje, SZKOŁA NIE POWINNA BYĆ PRZEDSIĘBIORSTWEM PRODUKUJĄCYM BUBLE. SZKOŁA POWINNA...SZKOLIĆ. Lecz nie czyni tego, albowiem trudni się sprzedażą zgniłych pomidorów. Nie uczy, albowiem jest straganem z warzywami.



Nauczyciel został zredukowany do roli szkolnego intruza, koniecznego zła, został wtłamszony w bezradność i okrzyknięty szkolną przeszkadzajką w PRAWIDŁOWYM rozwoju młodego człowieka.



Nawoływanie do uczenia czegoś tak archaicznego, jak, np. logika, etyka, podstawy kultury europejskiej, propedeutyka filozofii, nie wspominając o grece, lub łacinie, nawoływanie takie, mija się z celem, a ten, co chce powrotu do niegdysiejszego świata rozsądku, jest piernik uwielbiający P.R.L., tęskniący za powrotem ustroju nazwanego przez S. Grochowiaka sprawiedliwym podziałem nędzy.



Tu cytat z tekstu Eine:



Już obserwujemy, że te szkoły przeżywają rozkwit i stają się popularne w środowisku ,w których proponuje się idee-towary nowoczesne, np. nauka jazdy konnej, religioznawstwo zamiast katechezy, programy nauczania opracowane przez uczniów, wychowanie seksualne w rodzinie z dwoma tatusiami, lub z uznaniem dla pożytku przyszłych praktyk aborcyjnych albo wielkiej wartości humanistycznej eutanazji dla zawadzającej babci."



"Szkoły przyjazne, szkoły bez nudy, szkoły z klasą, to pierwsze "owoce" rynkowego języka zastosowanego w sferze kształcenia i wychowania.



W obecnych czasach nie wystarczy powtarzać na okrągło, że trzeba zburzyć Kartaginę. W obecnych czasach trzeba zburzyć ją bez dwóch zdań. A nie ględzić, nie teoretyzować, nie bić kunktatorskiej piany. Jak to przydarza się często. O wiele za często. O czym mówi się tu i tam. Mówi, lecz za mało.



W obecnych czasach należy przyznać się do wychowawczych błędów, powiedzieć wyraźnie, dobitnie i ostatecznie, że winni jesteśmy wszyscy.



Wszyscy, a więc i szkoła nie reagująca na wiadro na głowie nauczyciela, szkoła, lekceważąca obecność wszechmocnych band wyrostków terroryzujących klasę, szkoła, tchórzliwie uciekająca od problemu internetowych, idiotycznych sexwybryków, zakończonych samobójstwem ze wstydu dla sfilmowanej dziewczyny, a dla filmujących ją, bezkarnych głupoli, niezłą hecą, ubawem, dla nauczycieli zaś wychowawczą porażką.



Wszyscy, a więc i my, rodzice, zapatrzeni w gonitwę za pracą, za finansowymi marzeniami, niemający czasu na rozmowę z własnymi dziećmi, godzący się na ich izolację od nas, nie współpracujący ze szkołą . My, rodzice, pozostawiający ich samopas, aprobujący ich histeryczny brak autorytetów, ich bezsprzeczny brak życiowych wzorów do naśladowania, za swoje gnuśne zezwolenie na to, by, zamiast wykształcić ich na rozsądnych, wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi, zostali ludźmi emocjonalnie chwiejnymi, niepełnymi i wszechstronnie bezradnymi - płacimy opuszczeniem, płacimy zerwaniem rodzinnych więzi, tym, że, jeśli się w porę nie opamiętamy, możemy też mieć wiaderko na głowie do pozłoty.



Ps.

Za komuszej epoki, obowiązywało fikuśne hasełko: NASZ KLIENT, NASZ PAN. Teraz mamy powiedzonko: NASZ UCZEŃ, NASZ PAN. I pan uczeń decyduje.



BO UCZEŃ MA PRAWA SKAZUJĄCE GO NA BRAK OBOWIĄZKÓW.



Marek Jastrząb
6
W koszu na stereotypy, znalazłem ten oto stenogram. Przytaczam go i życzę zdrowia przy lekturze, a w ramach odtrutki, polecam tekst pana Kokoszkiewicza.



Owsianko





Sala była wypełniona po sufit, bo każdy chciał Go poznać. Pod ścianami ustawiono klatki z brygadami antyterrorystycznymi, w krzesłach w pobliżu estrady, znajdowały się dyby na oficjalne dziejoskryby.

Na taboretach elektrycznych posadzono ludzi trudniących się wywabianiem białych plam, a na ich kolankach drzemali ludzie dzisiejszego honoru.



Wreszcie na mównicę weszło coś skwaszonego
Read More
i to coś zapowiedziało, że niniejszym inauguruje spotkanie z mile widzianym gościem. Gdy do sali wszedł On, z przedostatniego rzędu dobiegł do niego staruszkowaty głos:



Szanowny panie Żyd. Przy czym, jak nazywam pana Żyd, to nie ma w tym słowie niczego obraźliwego. W przeciwieństwie do używanego przez pana słowa Polak. W pańskich ustach i pod pańskim piórem, Polak, to synonim kanalii.



Ale pozwoli pan, że od tej dygresji, przejdę do meritum. Otóż chciałbym, by ustosunkował się pan do problemu tak zwanego antysemityzmu.



Moim zdaniem jest to zjawisko niepokojące i wydaje mi się, że z każdym rokiem zjawisko to się nasila. Mam nawet wrażenie, że im większy dystans dzieli nas od II wojny światowej, tym więcej mamy antysemitów.



Wniosek? Im bardziej zamazują się tamte karty historii i młodym trudno ustalić, kto wtedy był wróg, a kto przyjaciel, kto mordował, a kto przed kim uciekał i dlaczego, a tak w ogóle, to po kiego grzyba gadać o tych sprawach? Kogo z młodych jeszcze to interesuje?



Jak pan sądzi, czy obecny antysemityzm nie zaowocuje kompletnym wypaczeniem znaczenia tego słowa? Czy nie uważa pan, że każdy człowiek, który ma inne poglądy, niż pan, jest narażony na przyklejenie etykietki antysemity? Wroga? Czy nie jest to z pańskiej strony za duże uproszczenie? Za duża generalizacja?



Tak samo, jak wy, byliśmy ofiarami. Polacy i Żydzi znaleźli się po tej samej stronie barykady. W innych krajach okupowanych przez III Rzeszę też były represje za pomoc udzielaną Żydom, lecz były one niewspółmierne do tych, które spotykały nasz naród.



Powiada pan, ze pisze o tym w swoich książkach i być może tak jest, lecz chodzi o równoważne rozłożenie akcentów. O zachowanie proporcji. Bo z pana tekstów wynika, że jesteśmy narodem szubrawców. Podczas gdy wiadomo, że w każdym są i kanalie i uczciwi. Więc dajmy sobie spokój z tym przebaczaniem. Pamiętajmy o zbrodniach, lecz nie róbmy z nich groteski!



Jak wiemy, jest pan za poszerzaniem ogólnoludzkiej nienawiści. Opowiada się pan za ksenofobią i uważa, że międzynarodowa wrogość do wszystkiego, co przyzwoite, a zwłaszcza, co uczciwe, oraz opluwanie porządnych ludzi, powinno być zapisane w podręcznikach do miłości bliźniego.

Lubi pan do nas przyjeżdżać, ponieważ tylko w waszym kraju nazywają pana HISTORYKIEM.



W innych krajach niewielu ludzi o panu słyszało. Przyjeżdża pan do nas nie dlatego, by mówić, jak było naprawdę, ale po to, by usłyszeć od was kolejne durne przeprosiny.



Tu, u nas, jest pan szanowany i przyjmowany z rewerencjami, prawie na klęczkach. W pozostałych krajach jest pan sprzedawczyk swojego narodu i historyczna łajza, a tu, wszystko, co pan powie, uważane jest za niepodważalną prawdę. Za oczywistą oczywistość.



Co prawda jestem świadkiem tamtych wydarzeń, ale ludzi pamiętających Holocaust jest już coraz mniej. Biologia, drogi panie, sprawia, że poprzednia rzeczywistość staje się fikcją, a fikcja, z którą się pan tu przywlókł, ubiera się w szaty rzeczywistości.



Rodzą się nowi, znający TEN PROBLEM wyłącznie z historii, a starych - ubywa. Ubywa takich, jak ja, pamiętających, kto rozpętał wojnę, kto kogo mordował i wypędzał, zatem już wkrótce będzie pan mógł zasadzić Hitlerowi drzewko.





"Życie w słoiku"





Irena Sendlerowa stała się osobą powszechnie znaną stosunkowo niedawno. Tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata została przecież uhonorowana już w 1965 roku, a swoje drzewko w Lesie Sprawiedliwych zasadziła ćwierć wieku temu.



Można jakoś wytłumaczyć jej anonimowość w czasach PRL. Jako członkini i działaczka Polskiego Państwa Podziemnego mogła wtedy liczyć jedynie na szykany władz i anonimowość.



Co jednak stało się po 1989 roku? Dlaczego jej wspaniałe życie, odwaga i poświęcenie w niesieniu pomocy żydowskim dzieciom dalej pozostawały nieznane w wolnej Polsce?

Co się w końcu stało takiego, że wielka bohaterka wyszła z cienia?



Czy stało się to dzięki wszechpotężnemu tropiącemu antysemityzm środowisku Gazety Wyborczej? A może jej postać przywrócił pamięci Władysław Bartoszewski, honorowy obywatel Izraela i człowiek kreowany na największego przyjaciela Żydów i bohatera w niesieniu im pomocy podczas okupacji niemieckiej?



Czym kierował się Pan "profesor" w czasach, kiedy "Żegota" to był Bartoszewski, a Bartoszewski to była "Żegota"?



Jedni sądzą, że to pycha i próżność, inni, że zwykły przypadek.



Jak to się stało, że podrzędny członek "Żegoty" zbierał nagrody i hołdy na całym świecie, a szefowa referatu do spraw dzieci tej tajnej organizacji, żyła skromnie, w zapomnieniu, z dala od kamer i błysku fleszy?



Pewnie do dziś by się to nie zmieniło gdyby nie amerykański nauczyciel Norman Conrad i jego uczniowie. To oni dotarli do życiorysu bohaterskiej Polki i w maleńkim jak na USA Kansas City stworzyli w 1999 roku widowisko teatralne pod tytułem "Life in a Jar" (Życie w słoiku).



Tytuł nawiązywał do sposobu, w jaki Irena Sendlerowa przechowywała dane o ratowanych dzieciach. Były to wąskie paski papieru z przybranymi i prawdziwymi nazwiskami dzieci żydowskich, umieszczane w słoikach i zakopywane pod drzewem w ogrodzie.



Przedstawienie przerodziło się z czasem w duży projekt, który zdobył olbrzymi rozgłos w USA. Powstała również fundacja "Life in a Jar" promująca postawę i bohaterstwo Ireny Sendler.



Wystawiana w USA ponad 200 razy sztuka zawędrowała w końcu nad Wisłę i w XXI wieku Polacy dzięki amerykańskiej młodzieży dowiedzieli się powszechnie o istnieniu bohaterskiej rodaczki.



Zapakowanie Ireny Sendlerowej do słoika na tyle lat nie było przypadkowe. Jej postać nijak nie pasowała do lansowanego przez środowisko GW wizerunku Polski zwierzęco antysemickiej. Przecież według dr Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego Zofia Kossak Szczucka, twórczyni i założycielka "Żegoty", to również antysemitka.



Propagowanie polskiej bohaterki, która uratowała 2500 najbiedniejszych żydowskich dzieci z getta musiałoby rodzić niewygodne pytania. Przecież w tak szeroko zakrojonej akcji musiały brać bezinteresowny udział polskie rodziny, księża, zakony i to na dużą skalę. Polscy obywatele musieli przecież brać udział w akcji zbiórki pieniędzy, skoro na utrzymanie każdego dziecka przekazywane było 500 złotych miesięcznie.



Każde wykrycie takiej pomocy to natychmiastowa śmierć z rak niemieckiego okupanta.



Nie da się ukryć, że działalność Ireny Sendlerowej burzyłaby misterny plan tropicieli polskiego antysemityzmu wśród polskich obywateli i w polskim Kościele. Dziś Pani Irena jest obwieszana medalami i orderami. Była nawet kandydatką do pokojowego Nobla.



Nic jednak nie usprawiedliwia nas wszystkich z tego, że jako rodacy pozwoliliśmy na jej "Życie w słoiku" przez długie lata i tego, że pozwalamy niektórym środowiskom na opluwanie nas i fałszowanie naszej wspólnej historii.



Wypada tylko ze wstydem zwiesić głowę.



Mirek Kokoszkiewicz



http://www.prawica.net/node/10314
5
Cześć słodziutka!



Kiedy się zmyłaś, nie było mi do śmiechu, choć wyznam, że w ogólnym bilansie okazało się, że bez ciebie jest o wiele spokojniej, a w domu zapanowała powszechna zgoda i wzajemne nie włażenie sobie na odciski.



Mama, jak to Mama, z początku popłakiwała po kątach, w milczeniu i tajemnicy przed ojcem, ale wkrótce jej przeszło, Tata po kryjomu pociągał nosem, lecz przy ludziach, oficjalnie, nadal rżnął nieugiętego.



Ale do czasu, bo każda tragedia ma swój kres. Już po miesiącu przejmowali się czym innym, zajęli się obwąchiwaniem tych z parte
Read More
ru, tych, co to kupili dobermana ze szczęki.



Jednak życie na parterze starczyło im na parę szyderczych gadek po obiadku, na jedno nieudane party w ogrodzie, ponieważ, gdy nikt z zaproszonych gości nie przyszedł, kłócąc się i obwiniając o to, że znowu im nawaliła frekwencja, zgodnie doszli do przekonania, że żaden doberman już im nie zmieni faktów, a faktem jest samotność, za duża przestrzeń do rozmyślań i tak nam się darzyło, tak zabijaliśmy wspólny czas aż do chwili, gdy pokochałem Justynkę, moją ślubną, pamiętasz, razem chodziłyście do podstawówki, ona siedziała przed tobą, taka ruda trzpiotka w okularach i z końskim ogonem.



Teraz przejdę do meritum. Trudno mi zacząć, lecz jakoś tak nigdy nie miałem gliku do listownych wynurzeń, jednakowoż nadeszła długo oczekiwana chwila, by postanowić, co dalej z tym koksem, bo gdy Tatę wymiotło z życia, już nie daję sobie rady z Mamą. Ma taki nieustannie frustrujący wzrok, a ostatnio podprowadza dzieciakom czekoladki.



Justynka suszy mi treskę jakimiś sankcjami, mówi, że jest tu z nią za ciasno, że ma jej serdecznie powyżej, co mnie nie dziwi, bo ja też.



Gdybyś była facetem, zrozumiałabyś w mig, co to żyć z dwoma babami, z których każda ma rację, toteż od razu pomyślałem o twoim zbawieniu, toteż od razu powiedziałem Justynce, że teraz przyszła kolej na ciebie, teraz ty powinnaś trzymać się przy niej prosto, mówić, co o niej myślisz.



Teraz Ty, bo mnie kroją się prezesury i wielkie intraty, lukratywne przedsięwzięcia, przewodniczenia, piastowania i zasiadania z szykanami, gabinety, petenci, bananowe wyjazdy, bo mnie teraz zanosi się na upragniony koniec chudych lat, a Tobie przyda się opinia dobrej córeczki. Mama, jak ją przekonać, potrafi być na swój sposób sympatyczna, no i lekarz twierdzi że to góra kilka miesięcy.



nara i dozoba



Pikutek
6
Prezentuję autentyczny fragment wypracowania ucznia jednej z braniewskich szkół. Oczywiście nie zdradzę której, jak również nie zdradzę też tożsamości autora tego rewelacyjnego tekstu. Zapewniam jednak, że jest on prawdziwy.



Fragment wypracowania na temat Ludzie ludziom zgotowali ten los interpretacja myśli Zofii Nałkowskiej.



W obozach obozowicze dopuszczali się najokrutniejszych rzeczy, zabawiali się w kanibalizm, jedzono surowe mięso swych tak samo głodnych jak i oni głodni.

Ci, którzy zostawali w obozach mieli nieprzyjemne życie, byli często prześladowan
Read More
i. Pracowali w fabrykach, kotłowniach, gdzie nie dostawali wynagrodzenia, ponadto nie dostawali zbyt dużo jedzenia, tylko kawałek chleba i nie jestem pewien czy masła. Chodzono tam w ogolonych często na łyso głowach, ponieważ panowała plaga wszy i gnid, gryzły w głowę i często drapano się do krwi.

Moim zdaniem Niemcy w tamtym czasie byli najokrutniejszym narodem, gnębiono, zabijano ludzi. Ale zrobiono również i dobre rzeczy, mieli swoje dobre strony, na przykład w postaci mydła z ludzkich szczątków.



I to by było na tyle.
What is Kliqqi?

Kliqqi is an open source content management system that lets you easily create your own user-powered website.

Latest Comments