reklama
5
Dla rozluźnienia, krótka seria zapisków z protokołów policyjnych i sądowych. W dzisiejszym wpisie: policja.



Był to pies marki wilczur.

Denat wziął stołek, wszedł na niego i powiesił się.

Do pomieszczenia, w którym znajdowały się zwłoki, prowadziły drzwi, nad którymi zawieszony był krzyż z figurką mężczyzny w wieku około 30tu lat.

Hedna kura łeb urwany nie żyje, druga kura łeb urwany nie żyje, trzecia kura chodzi pełnosprawna. (z protokołu oględzin kurnika)

Leżeli nad Wisłą i on dotykał ją w środku odcinka między kolanem a brzuchem.

Na miejscu
Read More
zdarzenia spotkałem trzech denatów, z których dwoje dawało oznaki życia w postaci przekleństw, a trzeci był całkowicie nieżywy.

Na pytanie, jakiego stanu rodzinnego jest zatrzymany, obywatel Józef G. odpowiedział: Rozwiedziony, dzięki Bogu, którą to odpowiedź, jako ironiczną, dokładnie zapisano w protokole.

Na tylnym siedzeniu siedział mężczyzna, który miał opuszczone spodnie o całe juwenalia na wierzchu.

Odstąpiłem od czynności, ponieważ para wymagała pomocy medycznoseksualnej.

Oględziny przeprowadzono przy świetle naturalnym, dziennym temperatura 5 °C, padająca mżawka, gęsta mgła, widoczność dobra.

Patrolując ulicę zauważyliśmy dwóch podejrzanych osobników. Zapytaliśmy się grzecznie a wy tu co, a oni odpowiedzieli wulgarnie a my nic.

Patrolując ulicę zauważyłem spokój.

Pies powąchał ślad i rzygał jak kot.

Podejrzany cieszy się w swym miejscu zamieszkania opinią dobrą, wszystkie zarobki przepija z kolegami.

Podejrzany Z. Cieszy się złą opinia w miejscu zamieszkania, a nie znęca się nad rodziną dlatego, że jest kawalerem.

Podejrzany zakopał poszlakę w ogródku.

Podkreślam ponownie, że patrol pieszy nie jest w stanie w żaden sposób skutecznie ująć i zatrzymać uciekającego samochodu.

Poszkodowany został odwieziony do szpitala celem umieszczenia w tamtejszym zakładzie pogrzebowym.

Przeleciałem mu po plecach i rozładowałem z 5 kg flaków.

Rozpytywany nie widział poszukiwanej ani niczego, bo był niewidomy.

Ruchem ręki emitował przyrodzenie.

Sklepowa znajomym dawała od tyłu.

Stwierdzono, że podejrzana jest chora, leży w domu w łóżku, wobec czego pouczoną ją, że ma tu pozostawać do dyspozycji organu dochodzeniowego.

Tego dnia pełniłem służbę patrolową razem z sierżantem, w pewnym momencie przechodząc obok parkingu niestrzeżonego, zauważyliśmy czterech podejrzanych osobników, że kręcili się koło samochodu. Gdy podeszliśmy bliżej, powiedzieli do nas spierdalajcie, co też niezwłocznie uczyniliśmy.

Ukrywał się w śmietniku, przez co cuchnął tak intensywnie, że nawet pies służbowy się skrzywił.

W czasie pochodu pierwszomajowego rzucał spojrzenia antypaństwowe.

W lesie zastaliśmy drzewa, krzaki oraz towary niewiadomego pochodzenia.

W rowie leżały zwłoki mężczyzny prawdopodobnie trup.

Według widocznych śladów na śniegu przestępca był w butach bez skarpetek.

Właściciel bił konia aż do zdechnięcia.

X powiedział, że Y to kawał ch... i zwykły złodziej.

Z krzaków dochodziły odgłosy odbywanego stosunku pozamałżeńskiego.



Ĺšródła: Dziennika Bałtycki, internet, własne
6
Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach.



W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadzik.



W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę - nędzne kilo frytek z patelni.



Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara do garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na
Read More
krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie - cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.



Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.



Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit.



Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.



We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.



Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.



Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne.



Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.



Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.



Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.



A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.



W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.



A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.



A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.



Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.



Często zdarza mi się widzieć człowieka objedzonego. Biedak nie ma już siły na żarcie czegokolwiek, jest po uszy zapchany jedzonkiem co najmniej na tydzień i leży jak pyton z antylopą w żołądku. Leży gnuśniejąc żałośnie, męcząc się trawieniem, ale do czasu. Do momentu, gdy znowu poczuje się głodny i gdy znowu zapragnie wziąć coś na ząb.



Nałóg ten prowadzi do otłuszczenia pompki, tubalnych wiatrów w filharmonii, ospałego samopoczucia i wahadłowych nastrojów.



Facet z puszystą aparycją, pojedynczy otyły przypadający na hektar szkieletorów, jest to problem mało szkodliwy społecznie. Robi się jednak niewesoło, gdy na jednym hektarze nieruchawych grubasów jest tysiąc.





Marek Jastrząb
5
Jestem inwalidą starej daty i jakoś nie zanosi się na to, bym przestał nim być. Ma to ten plus, że nie muszę martwić się tym, co by to była za tragedia, gdybym nagle wyzdrowiał, gdybym nagle zaczął być zgodny z normami UE, konweniujący z jej ustaleniami w temacie PARAMETRY ZDROWEGO CZŁOWIEKA.



Jako człek niestandardowej powierzchowności, jako pełnej krwi inwalida kategorii niewesołej, lubię sobie być facetem mobilnym. Zaraziłem się albowiem pasją zwiedzania naszego pięknego kraju i w celu odbywania wycieczek do ciekawych miejsc, byłem TU i TAM. A zwłaszcza - TAM.



Ostat
Read More
nio zawadziłem o Malbork. Jak wiecie, Malbork słynie z posiadania największej dekoracji do filmu o Krzyżakach. I ja ten obiekt obejrzałem. A com widział, opowiem. To znaczy, opowiem niewiele, gdyż widziałem - zaledwie ciut.



Zacznę od początku, czyli od centralnego miejsca na gotyckim zamku (nie trzeba mówić, że w dzisiejszych, komercyjnych czasach, punktem centralnym lada jakiego przedsięwzięcia, jest KASA).



Kasa, zysk, zarobek, są to teraz słowa zrozumiałe dla każdego nuworysza, a jako, że w naszym świecie, regułą jest brak jakichkolwiek reguł, przyświeca nam dewiza: kto nie ma forsy, tego NIE MA W OGÓLE.



Wracam do tematu: żeby poznać nasze malborskie zabytki, należy uiścić opłatę. Do opłaty jest kolejka niechętnych. Bilety są umiarkowanie drogie, a dla paralityków są stuprocentowo darmowe. Z czego przez moment byłem zadowolony po zęby, bo wyciągnąłem durny wniosek, że dba się tu o sprawnych inaczej.



Lecz kaprawa rzeczywistość zrobiła mi zyg zyg, gdyż nieodpłatność zwiedzania oznacza, że płaci się tylko za to, co się zwiedzi. Zwiedziłem NIC, zatem NIC nie zapłaciłem, co w pewnym sensie jest sprawiedliwe.



Moim obecnym pojazdem jest wózek dla chodzących na niby, toteż dostałem promocyjne pozwolenie na wjazd na dziedziniec. Dalej nie dokulałem się z powodu sapki oraz średniowiecznej autostrady.



Po mieszkaniu, po asfalcie jeździć umiem i jadę nawet. Natomiast po kocich łbach jedzie mi się fatalnie i jestem ze swoim wehikułem co chwila nie tam, gdzie chcę. Wszystkie płyny mózgowe obijały mi się o górny dekiel, a pod wpływem nieustannych wstrząsów obluzowany żołądek latał mi od pępka po gardło (aż prosi się o położenie ściągalnego, gumowego pasa do bezwstrząsowej jazdy wózkiem).



Droga po tego rodzaju kobiercu, dobra jest dla ludzi na odsysającej diecie. Starczy grubasa przewieźć parę razy przez zamkowy dziedziniec, by mieć gwarancję, że odprysną z niego wszystkie tłuszczowe poduszki, a kalorie dostaną drgawek.



Tak więc moja historyczna podróż skończyła się przekleństwem.



Nie chcę Was zanudzać tym, czego nie zobaczyłem. Powiem Wam tylko: BARIERY ISTNIEJĄ NADAL! Pomimo dobrych chęci, pomimo coraz większej życzliwości zdrowych, niezależnie od biletowej kosmetyki, człowiek na wózku NIE MA SZANS wjechać do wnętrza zamku.



Ps.

boję się, że problem nie tkwi w zabarwieniu politycznym, bo problemy ludzi niepełnosprawnych nie są problemami ideologicznymi, problemami WSTYDLIWIE pomijanymi przez WSZYSTKIE PARTIE.

Ps. 2

Nie mówię tu o całkowitej modernizacji Zamku (np. windy), ale o położenie na kocich łbach podwórza - wąskiego, gumowego dywanika.
4
Tekst z takim tytułem ukazał się w Rz [http://www.rp.pl/artykul/95245.html]. Niby nie może, ale jednak zdradza. Co się dziwić? Sędzia też człowiek! Z zaletami i wadami oczywiście. Cytaty za Rzeczpospolitą.



Cyt.: Do księdza świadka nie należy mówić proszę pana, a do oskarżonego panie Krzysztofie. Może to być odebrane jako dystans wobec zeznań albo zażyłość z oskarżonym. O tym, jak się zwracać do uczestników rozprawy, powinien decydować ich status procesowy i przyjęte zasady kultury słownej. Odstępstwa w ustach sędziego mogą rzucać cień na jego bezstronność.



Gazeta za
Read More
uważa, że nie wszyscy sędziowie dokładają staranności w swoich wypowiedziach na sali sądowej. Ma to wynikać m.in. z braku doświadczenia, wyrobienia albo też zbędnego demonstrowania stosunku sędziego do stron procesu czy też świadka.



Cyt.: Sędzia powinien się zwracać do świadka, używając terminologii procesowej: proszę świadka, albo powszechnych form grzecznościowych, czyli proszę pana, pani... uważa sędzia Marcin Łochowski (rzecznik SO WarszawaPraga). Skąd te zasady? Tak mnie uczyli na aplikacji odpowiada sędzia.



Z kolei Teresa Romer, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku wyjaśnia, że stosowanie słów ogólnie przyjętych (proszę pana, pani) jest bardziej uprzejme niż wyrażeń kodeksowych, a ponadto mniej stresujące dla uczestników postępowania. Słowa kodeksowe, zdaniem Romer, nie zawsze pasują do statusu uczestnika rozprawy, dlatego też pyta ona czy do lekarza miała zwracać się panie biegły. Sędzina nie miała też uprzedzeń do tytułowania np. świadka ministra panie ministrze.



Autor artykułu, Marek Domagalski relacjonuje, że zdania wśród prawników są w tej kwestii podzielone i przywołuje na tę okoliczność kilka przykładów. Wspomina on też o tym, że często w sądzie świadkowie i inni uczestnicy postępowania są strofowani na różne sposoby.



I jeszcze fragmenty opinii prof. Jerzego Bralczyka, językoznawcy, specjalisty w dziedzinie języka mediów, polityki:

Cyt.: Jeżeli zawieramy umowę, to mówimy o osobie strona, a w sądzie, śledztwie np. oskarżony, świadek. (...) Zwracanie się panie Krzysztofie do oskarżonego razi. Raziłoby mniej, gdyby sędzia zwracał się w ten sposób do wszystkich. Jeśli tylko do jednej osoby sugeruje to jakąś zażyłość. Najlepiej w sądzie używać słów procesowych: oskarżony, świadek, strona, lub mówić po prostu pan.



A teraz przenieśmy się z wielkiego miasta na prowincję.



Prywatny akt oskarżenia wnosi mieszkanka jednej z gmin powiatu braniewskiego. W roli oskarżonego występuje wójt tej gminy. Katarzyna Jacewicz, Sędzia Sądu Rejonowego w Braniewie zwracając się do OSKARŻONEGO cały czas używa zwrotu Panie wójcie. Z kolei do oskarżycielki prywatnej od początku rozprawy (do określonego momentu, ale o tym za chwilę) kieruje słowa: OSKARŻONA. W pewnym momencie oskarżona zwraca na tę czywistą nieoczywistość uwagę. Reakcja sędziny: słowo oskarżona pojawia się znacznie rzadziej, choć jednak pojawia się sporadycznie. Panie wójcie brzmi na sali sądowej bez przerwy.



Kto sprawę wygrał? Zgadnijcie sami!



Rozprawa w Sądzie Pracy w Braniewie. Przewodniczy Andrzej Gorajski, Sędzia Sądu Rejonowego, wówczas prezes tegoż sądu, obecnie w stanie spoczynku. Pracownik domaga się przywrócenia do pracy. Trwa uzgadnianie terminu kolejnej rozprawy. W trakcie tej operacji pan prezes podaje termin. Pracownik nie ma zastrzeżeń. Radca prawny, reprezentujący pracodawcę, także nie zgłasza zastrzeżeń. Ale obawy ma sam prezes, który mówi: Andrzej [do swego imiennika, radcy], ale ty masz przecież inną sprawę tego dnia. Chwila ciszy, a później daje się słyszać: Ano tak, masz rację. Trzeba wyznaczyć inny termin reflektuje się radcagapa.



Kto wygrał? Zgadnijcie sami!
4
Jak to przy granicy - co jakiś czas "wybucha" historia tego typu. Prasa opisuje wierzchołek góry lodowej? Hym, jest tajemnicą poliszynela, że pare osób w mieście dorobiło się na przemycie i to kusi następnych.
5
Próżno szukać informacji dotyczących procedury skladania podań o nowy dowód osobisty w na stronach Urzędu Miasta Braniewa, próżno szukać godzin pracy odpowiedniej komórki w/w urzędu. Jeśli ktoś sie pojawi przed ósmą to i tak wszystkiego na raz nie załatwi - bo bank zaczyna pracę po ósmej (trzeba uiścić opłatę). Jeśli ktoś się pojawi po 15-tej tez wszystkiego nie załatwi bo ta komórka Urzędu jest czynna do 15-tej. A może by tak choć jeden dzień w tygodniu godziny pracy do 17-tej?



PS."Urząd jest po to by zatrudnieni tam urzędnicy mieli pracę"
6
Gmina Braniewo. Cegiełki na granicy

Dobrowolność wymuszana?

Zapowiedziana przez wójta Henryka Mrozińskiego sprzedaż cegiełek, z której wpływy przeznaczone są na gminne inwestycje, trwa już kilka tygodni. Niewysoka cena 2 zł, a także kolorowy druk ma stanowić zachętę do składania datków przez podróżnych przekraczających granicę. Okazuje się jednak, że informacji o dobrowolności zakupu cegiełek brakuje na kwitach. Nie informują o tym także jakiekolwiek tablice, ani inkasenci.

Po obejrzeniu kwitu jest on przez funkcjonariusza Straży Granicznej przedzierany na pół zapewnia
Read More
często przekraczający granicę w Gronowie, mieszkaniec Braniewa. Pogranicznicy dopytują się o cegiełki, a sprzedający je nie informują, że wykupienie ich jest dobrowolne. Informacja nie widnieje też na żadnej z tablic ustawionych w pobliżu przejścia relacjonuje braniewianin.

Funkcjonariusze dopytują się o cegiełki tylko w celach statystycznych zapewnia mjr Franciszek Jaroński, rzecznik prasowy komendanta WarmińskoMazurskiego Oddziału Straży Granicznej. Robimy to na prośbę wójta Mrozińskiego.

Nie wiadomo natomiast, po co Straż Graniczna prowadzi owe statystyki. Wydrukowane kolorowe cegiełki są numerowane. O liczbie wykupujących mogą informacje wójtowi przekazywać sami inkasenci. Zaś o liczbie przekraczających granice w Gronowie chętnie informuje straż graniczna. Pytania funkcjonariuszy SG o cegiełki sugerują wielu przekraczającym granicę obowiązek zakupu. Przypomina to niedawną jeszcze sytuację w Mamonowie, gdzie nakazem władz tego miasta pobierano na granicy opłatę sanitarnoekologiczną. Działania te okazały się bezprawne i zaniechano stosowania ich.

Inny podróżny zwrócił uwagę na barierki ustawione na jezdni [po telefonie z redakcji pachołki zostały usunięte przyp. aut.] oraz ludzi sprzedających cegiełki, ubranych w pomarańczowe stroje.

Ktoś tutaj wkracza chyba w kompetencje np. policji sugeruje podróżny. Istnieją przecież przepisy mówiące o instytucjach uprawnionych do kierowania ruchem. Wiem, że należy to zgłosić i uzyskać zezwolenie.

Istotnie, sprawy te szczegółowo wyjaśnia Prawo o ruchu drogowym, a także rozporządzenia ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie: kierowania oraz kontrolowania ruchu drogowego. Żaden z paragrafów w/w przepisów nie wspomina o gminnych inkasentach. Wymienia natomiast zbliżoną formację mianowicie strażników straży gminnych (miejskich), ale ta w gminie Braniewo nie istnieje.

Henryk Mroziński, wójt gminy Braniewo, uważa natomiast, że forma sprzedaży cegiełek jest przejrzysta i nie posiada ona znamion wymuszania. Powiedział również, że stowarzyszenie sprzedające je nie ma obowiązku zamieszczania na blankietach informacji o dobrowolności zakupu.

Na poruszanie się naszych pracowników w obrębie jezdni mamy zezwolenie z Zarządu Dróg Krajowych powiedział Jerzy Maziarz, sekretarz gminy, jednocześnie prezes stowarzyszenia. W tym tygodniu, żeby poprawić warunki odprawy, planujemy postawić w Gronowie m.in. śmietniki oraz ogólnodostępne toalety.

Biorąc pod uwagę m.in. stanowisko wójta redakcja uważa, że badając przestrzeganie przepisów prawa powinny bliżej przyjrzeć się operacji cegiełka (mimo bezsprzecznie szlachetnych założeń), uprawnione do tego instytucje.

Krzysztof Jacek
6
W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.



Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń. Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.

2



Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.


Read More
/>A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.



W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości(mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).



O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.



Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?