reklama
7
W koszu na stereotypy, znalazłem ten oto stenogram. Przytaczam go i życzę zdrowia przy lekturze, a w ramach odtrutki, polecam tekst pana Kokoszkiewicza.



Owsianko





Sala była wypełniona po sufit, bo każdy chciał Go poznać. Pod ścianami ustawiono klatki z brygadami antyterrorystycznymi, w krzesłach w pobliżu estrady, znajdowały się dyby na oficjalne dziejoskryby.

Na taboretach elektrycznych posadzono ludzi trudniących się wywabianiem białych plam, a na ich kolankach drzemali ludzie dzisiejszego honoru.



Wreszcie na mównicę weszło coś skwaszonego
Read More
i to coś zapowiedziało, że niniejszym inauguruje spotkanie z mile widzianym gościem. Gdy do sali wszedł On, z przedostatniego rzędu dobiegł do niego staruszkowaty głos:



Szanowny panie Żyd. Przy czym, jak nazywam pana Żyd, to nie ma w tym słowie niczego obraźliwego. W przeciwieństwie do używanego przez pana słowa Polak. W pańskich ustach i pod pańskim piórem, Polak, to synonim kanalii.



Ale pozwoli pan, że od tej dygresji, przejdę do meritum. Otóż chciałbym, by ustosunkował się pan do problemu tak zwanego antysemityzmu.



Moim zdaniem jest to zjawisko niepokojące i wydaje mi się, że z każdym rokiem zjawisko to się nasila. Mam nawet wrażenie, że im większy dystans dzieli nas od II wojny światowej, tym więcej mamy antysemitów.



Wniosek? Im bardziej zamazują się tamte karty historii i młodym trudno ustalić, kto wtedy był wróg, a kto przyjaciel, kto mordował, a kto przed kim uciekał i dlaczego, a tak w ogóle, to po kiego grzyba gadać o tych sprawach? Kogo z młodych jeszcze to interesuje?



Jak pan sądzi, czy obecny antysemityzm nie zaowocuje kompletnym wypaczeniem znaczenia tego słowa? Czy nie uważa pan, że każdy człowiek, który ma inne poglądy, niż pan, jest narażony na przyklejenie etykietki antysemity? Wroga? Czy nie jest to z pańskiej strony za duże uproszczenie? Za duża generalizacja?



Tak samo, jak wy, byliśmy ofiarami. Polacy i Żydzi znaleźli się po tej samej stronie barykady. W innych krajach okupowanych przez III Rzeszę też były represje za pomoc udzielaną Żydom, lecz były one niewspółmierne do tych, które spotykały nasz naród.



Powiada pan, ze pisze o tym w swoich książkach i być może tak jest, lecz chodzi o równoważne rozłożenie akcentów. O zachowanie proporcji. Bo z pana tekstów wynika, że jesteśmy narodem szubrawców. Podczas gdy wiadomo, że w każdym są i kanalie i uczciwi. Więc dajmy sobie spokój z tym przebaczaniem. Pamiętajmy o zbrodniach, lecz nie róbmy z nich groteski!



Jak wiemy, jest pan za poszerzaniem ogólnoludzkiej nienawiści. Opowiada się pan za ksenofobią i uważa, że międzynarodowa wrogość do wszystkiego, co przyzwoite, a zwłaszcza, co uczciwe, oraz opluwanie porządnych ludzi, powinno być zapisane w podręcznikach do miłości bliźniego.

Lubi pan do nas przyjeżdżać, ponieważ tylko w waszym kraju nazywają pana HISTORYKIEM.



W innych krajach niewielu ludzi o panu słyszało. Przyjeżdża pan do nas nie dlatego, by mówić, jak było naprawdę, ale po to, by usłyszeć od was kolejne durne przeprosiny.



Tu, u nas, jest pan szanowany i przyjmowany z rewerencjami, prawie na klęczkach. W pozostałych krajach jest pan sprzedawczyk swojego narodu i historyczna łajza, a tu, wszystko, co pan powie, uważane jest za niepodważalną prawdę. Za oczywistą oczywistość.



Co prawda jestem świadkiem tamtych wydarzeń, ale ludzi pamiętających Holocaust jest już coraz mniej. Biologia, drogi panie, sprawia, że poprzednia rzeczywistość staje się fikcją, a fikcja, z którą się pan tu przywlókł, ubiera się w szaty rzeczywistości.



Rodzą się nowi, znający TEN PROBLEM wyłącznie z historii, a starych - ubywa. Ubywa takich, jak ja, pamiętających, kto rozpętał wojnę, kto kogo mordował i wypędzał, zatem już wkrótce będzie pan mógł zasadzić Hitlerowi drzewko.





"Życie w słoiku"





Irena Sendlerowa stała się osobą powszechnie znaną stosunkowo niedawno. Tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata została przecież uhonorowana już w 1965 roku, a swoje drzewko w Lesie Sprawiedliwych zasadziła ćwierć wieku temu.



Można jakoś wytłumaczyć jej anonimowość w czasach PRL. Jako członkini i działaczka Polskiego Państwa Podziemnego mogła wtedy liczyć jedynie na szykany władz i anonimowość.



Co jednak stało się po 1989 roku? Dlaczego jej wspaniałe życie, odwaga i poświęcenie w niesieniu pomocy żydowskim dzieciom dalej pozostawały nieznane w wolnej Polsce?

Co się w końcu stało takiego, że wielka bohaterka wyszła z cienia?



Czy stało się to dzięki wszechpotężnemu tropiącemu antysemityzm środowisku Gazety Wyborczej? A może jej postać przywrócił pamięci Władysław Bartoszewski, honorowy obywatel Izraela i człowiek kreowany na największego przyjaciela Żydów i bohatera w niesieniu im pomocy podczas okupacji niemieckiej?



Czym kierował się Pan "profesor" w czasach, kiedy "Żegota" to był Bartoszewski, a Bartoszewski to była "Żegota"?



Jedni sądzą, że to pycha i próżność, inni, że zwykły przypadek.



Jak to się stało, że podrzędny członek "Żegoty" zbierał nagrody i hołdy na całym świecie, a szefowa referatu do spraw dzieci tej tajnej organizacji, żyła skromnie, w zapomnieniu, z dala od kamer i błysku fleszy?



Pewnie do dziś by się to nie zmieniło gdyby nie amerykański nauczyciel Norman Conrad i jego uczniowie. To oni dotarli do życiorysu bohaterskiej Polki i w maleńkim jak na USA Kansas City stworzyli w 1999 roku widowisko teatralne pod tytułem "Life in a Jar" (Życie w słoiku).



Tytuł nawiązywał do sposobu, w jaki Irena Sendlerowa przechowywała dane o ratowanych dzieciach. Były to wąskie paski papieru z przybranymi i prawdziwymi nazwiskami dzieci żydowskich, umieszczane w słoikach i zakopywane pod drzewem w ogrodzie.



Przedstawienie przerodziło się z czasem w duży projekt, który zdobył olbrzymi rozgłos w USA. Powstała również fundacja "Life in a Jar" promująca postawę i bohaterstwo Ireny Sendler.



Wystawiana w USA ponad 200 razy sztuka zawędrowała w końcu nad Wisłę i w XXI wieku Polacy dzięki amerykańskiej młodzieży dowiedzieli się powszechnie o istnieniu bohaterskiej rodaczki.



Zapakowanie Ireny Sendlerowej do słoika na tyle lat nie było przypadkowe. Jej postać nijak nie pasowała do lansowanego przez środowisko GW wizerunku Polski zwierzęco antysemickiej. Przecież według dr Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego Zofia Kossak Szczucka, twórczyni i założycielka "Żegoty", to również antysemitka.



Propagowanie polskiej bohaterki, która uratowała 2500 najbiedniejszych żydowskich dzieci z getta musiałoby rodzić niewygodne pytania. Przecież w tak szeroko zakrojonej akcji musiały brać bezinteresowny udział polskie rodziny, księża, zakony i to na dużą skalę. Polscy obywatele musieli przecież brać udział w akcji zbiórki pieniędzy, skoro na utrzymanie każdego dziecka przekazywane było 500 złotych miesięcznie.



Każde wykrycie takiej pomocy to natychmiastowa śmierć z rak niemieckiego okupanta.



Nie da się ukryć, że działalność Ireny Sendlerowej burzyłaby misterny plan tropicieli polskiego antysemityzmu wśród polskich obywateli i w polskim Kościele. Dziś Pani Irena jest obwieszana medalami i orderami. Była nawet kandydatką do pokojowego Nobla.



Nic jednak nie usprawiedliwia nas wszystkich z tego, że jako rodacy pozwoliliśmy na jej "Życie w słoiku" przez długie lata i tego, że pozwalamy niektórym środowiskom na opluwanie nas i fałszowanie naszej wspólnej historii.



Wypada tylko ze wstydem zwiesić głowę.



Mirek Kokoszkiewicz



http://www.prawica.net/node/10314
6
Cześć słodziutka!



Kiedy się zmyłaś, nie było mi do śmiechu, choć wyznam, że w ogólnym bilansie okazało się, że bez ciebie jest o wiele spokojniej, a w domu zapanowała powszechna zgoda i wzajemne nie włażenie sobie na odciski.



Mama, jak to Mama, z początku popłakiwała po kątach, w milczeniu i tajemnicy przed ojcem, ale wkrótce jej przeszło, Tata po kryjomu pociągał nosem, lecz przy ludziach, oficjalnie, nadal rżnął nieugiętego.



Ale do czasu, bo każda tragedia ma swój kres. Już po miesiącu przejmowali się czym innym, zajęli się obwąchiwaniem tych z parte
Read More
ru, tych, co to kupili dobermana ze szczęki.



Jednak życie na parterze starczyło im na parę szyderczych gadek po obiadku, na jedno nieudane party w ogrodzie, ponieważ, gdy nikt z zaproszonych gości nie przyszedł, kłócąc się i obwiniając o to, że znowu im nawaliła frekwencja, zgodnie doszli do przekonania, że żaden doberman już im nie zmieni faktów, a faktem jest samotność, za duża przestrzeń do rozmyślań i tak nam się darzyło, tak zabijaliśmy wspólny czas aż do chwili, gdy pokochałem Justynkę, moją ślubną, pamiętasz, razem chodziłyście do podstawówki, ona siedziała przed tobą, taka ruda trzpiotka w okularach i z końskim ogonem.



Teraz przejdę do meritum. Trudno mi zacząć, lecz jakoś tak nigdy nie miałem gliku do listownych wynurzeń, jednakowoż nadeszła długo oczekiwana chwila, by postanowić, co dalej z tym koksem, bo gdy Tatę wymiotło z życia, już nie daję sobie rady z Mamą. Ma taki nieustannie frustrujący wzrok, a ostatnio podprowadza dzieciakom czekoladki.



Justynka suszy mi treskę jakimiś sankcjami, mówi, że jest tu z nią za ciasno, że ma jej serdecznie powyżej, co mnie nie dziwi, bo ja też.



Gdybyś była facetem, zrozumiałabyś w mig, co to żyć z dwoma babami, z których każda ma rację, toteż od razu pomyślałem o twoim zbawieniu, toteż od razu powiedziałem Justynce, że teraz przyszła kolej na ciebie, teraz ty powinnaś trzymać się przy niej prosto, mówić, co o niej myślisz.



Teraz Ty, bo mnie kroją się prezesury i wielkie intraty, lukratywne przedsięwzięcia, przewodniczenia, piastowania i zasiadania z szykanami, gabinety, petenci, bananowe wyjazdy, bo mnie teraz zanosi się na upragniony koniec chudych lat, a Tobie przyda się opinia dobrej córeczki. Mama, jak ją przekonać, potrafi być na swój sposób sympatyczna, no i lekarz twierdzi że to góra kilka miesięcy.



nara i dozoba



Pikutek
7
Prezentuję autentyczny fragment wypracowania ucznia jednej z braniewskich szkół. Oczywiście nie zdradzę której, jak również nie zdradzę też tożsamości autora tego rewelacyjnego tekstu. Zapewniam jednak, że jest on prawdziwy.



Fragment wypracowania na temat Ludzie ludziom zgotowali ten los interpretacja myśli Zofii Nałkowskiej.



W obozach obozowicze dopuszczali się najokrutniejszych rzeczy, zabawiali się w kanibalizm, jedzono surowe mięso swych tak samo głodnych jak i oni głodni.

Ci, którzy zostawali w obozach mieli nieprzyjemne życie, byli często prześladowan
Read More
i. Pracowali w fabrykach, kotłowniach, gdzie nie dostawali wynagrodzenia, ponadto nie dostawali zbyt dużo jedzenia, tylko kawałek chleba i nie jestem pewien czy masła. Chodzono tam w ogolonych często na łyso głowach, ponieważ panowała plaga wszy i gnid, gryzły w głowę i często drapano się do krwi.

Moim zdaniem Niemcy w tamtym czasie byli najokrutniejszym narodem, gnębiono, zabijano ludzi. Ale zrobiono również i dobre rzeczy, mieli swoje dobre strony, na przykład w postaci mydła z ludzkich szczątków.



I to by było na tyle.
6
Rok temu (22 stycznia 2007 roku) Prokuratura Rejonowa w Braniewie oczywiście na podstawie art. 17 § 1. pkt 2 kpk umorzyła śledztwo w sprawie... Nieważne, ale podejrzenia były dość ciężkiego gatunku. Podczas ustalania okoliczności zdarzeń owa prokuratura uznała jednak, że wulgarne wyzwiska nauczyciela adresowane do uczniów, to Uwaga! Uwaga! PERSWAZJA SŁOWNA oraz SPECYFICZNE METODY WYCHOWAWCZE.

Na początek kilka cytatów z uzasadnienia o umorzeniu śledztwa (sygn. akt Ds 1663/06) wynikających z zeznań świadków (dokładnie 25, ale cytatów tylko kilka) dotyczących zachowania nauczyciela j
Read More
ednej z braniewskich szkół średnich:

Jest wulgarny, opryskliwy..., Wyzywa uczennice, ubliża im..., W przeszłości ubliżył jej..., Ubliżał jej i innym uczennicom, groził użyciem siły..., Potwierdziła jednak fakt, że (...) wyzywał i ubliżał jej oraz innym uczennicom..., Używając wobec nich słów wulgarnych..., Potwierdzili [20 świadków dop. aut.] fakt, że (...) w sposób nieodpowiedni odzywał się do niektórych uczniów, wyzywając ich....

Dość!

A teraz prokuratorskie podsumowanie zeznań nauczyciela:

Jak wynika z zeznań (...) wprawdzie stosował specyficzne metody wychowawcze, przejawiające się w stosowanych określeniach, niejednokrotnie również ubliżaniu.

Zaznaczyć przy tym należy, że 6 osób (jak wynika z uzasadnienia) nie potwierdziło faktów prezentowanych na początku.

Ponadto, jeśli chodzi o postawę dyrekcji placówki oświatowej prokuratura ustaliła, że do dyrektora szkoły docierały sygnały o niewłaściwym zachowaniu nauczyciela. Poza tym prokuratura stwierdziła, iż do pedagoga szkolnego ... zgłosiły się uczennice, które zasygnalizowały, że (...) w trakcie zajęć (...) wulgarnie odzywa się do uczennic, przeklina..., a także, że wiedział o tym pedagog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, a którego interwencja ograniczyła się do rozmowy z dyrektor placówki i pedagogiem szkolnym.

A teraz podsumowanie autorstwa asesora Prokuratury Rejonowej w Braniewie, niejakiego Bartosza Kuleszy:

Na podstawie przeprowadzonych w niniejszej sprawie dowodów ustalono (...) W trakcie prowadzonych przez siebie zajęć (...) stosuje różne metody wychowawcze, w tym również perswazję słowną polegającą na używaniu wulgarnych czy też uwłaczających słów.

Na zakończenie kilka pytań, które kołaczą mi się w głowie:

1. Czy braniewska prokuratura tj. Bartosz Kulesza i jego szef Leszek Gabriel wiedzą, iż publiczne używanie słów powszechnie uważanych za niecenzuralne, jest (na podstawie kodeksu wykroczeń) karalne?

2. Jeśli jednak wiedzą o tym, dlaczego nie skierowali sprawy do Sądu Grodzkiego mając podpisane zeznania licznej gromady świadków oraz samego nauczyciela?

3. Dlaczego dyrekcja placówki przeszła, w identyczny sposób jak prokuratura, do porządku dziennego wiedząc o tych skandalicznych zachowaniach nauczyciela?

4. Czy panowie prokuratorzy uczęszczali do szkół, w których doświadczyli podobnych zachowań i uznają je za wzorzec wychowawczy godny polecania i naśladowania w innych szkołach?

5. Dlaczego w sprawie tej zachował bezczynność starosta powiatowy Leszek Dziąg, któremu organizacyjnie podlega szkoła?

Może ktoś jest w stanie wytłumaczyć mi, dlaczego prokuratura, mająca obowiązek stania na straży przestrzegania prawa lekceważy swoje obowiązki?



P.S. 1: Dyrekcja placówki oraz nauczyciel mają się dobrze. Prokuratura także. I starosta też.

P.S. 2: Nieco rabanu zrobili rodzice, ale cóż z tego skoro decydenci ich zwyczajnie zlekceważyli.
7
Mądry Polak po szkodzie



Doświadczamy tego dość często, można powiedzieć aż zbyt. Zatem pytanie, czy wreszcie wyciągniemy wnioski by mieć tą mądrość przed si w porę zapobiec tej szkodzie. By zilustrować tą powszechną przypadłość posłużę się tematem aktualnym i jak najbardziej adekwatnym, choćby przez poważne konsekwencje takiej nie-mądrości. Cała problematyka naszego szpitala jest nam dobrze znana, zatem nie będę jej rozwijał a skupię się na ostatniej uchwale Rady Powiatu, która definitywnie swoją mocą likwiduje oddział chirurgiczny z blokiem operacyjnym i anastezjologią oraz położ
Read More
niczo-ginekologiczny, poradnię chirurgiczną i ginekologiczno-położniczą. W uproszczeniu oznacza to, iż te oddziały, które pozostaną mieszczą się swoimi kompetencjami w ramach przychodni.



Konkludując, w praktyce szpitala w Braniewie już nie ma. Taką decyzję podjęli radni uchwałą po przegłosowaniu której siedzące na sesji pielęgniarki wyraziły swoje ubolewanie, iż żałują wyboru takich radnych. Media lokalne oznajmiły fakt likwidacji tytułując-większość radnych głosowała za likwidacją. Wypadałoby zatem może tą większość z imienia i nazwiska wymienić. Oto oni: Leszek Dziąg, Bogdan Pochodaj, Winicjusz Sokół, Jerzy Charzyński, Zbigniew Wiernasz, Bożena Turczyn, Tadeusz Janowiak, Kazimierz Gursztyn, Lidia Baniecka.



Jeśli przytoczyłem w tytule powiedzenie to z zamysłem oto takim. W okresie przedwyborczym słyszymy często byśmy głos swój oddali rozważnie.

Powszechnie jednak nie czynimy tak i to nie z własnej winy po trosze. Przecież jeśli kandydat na radnego nie jest naszą rodziną,naszym kolegą, czy choćby znajomym to informację na jego temat czerpiemy tylko z jego wyborczej broszury i głosujemy w ciemno. Ci obecni radni bo jest to też prawidłowość, będą kandydować ponownie, zatem jest sposobność oceny ich przedwyborczych deklaracji w praktyce. Co zatem zrobić żeby nie powtórzyła się sytuacja z omawianej sesji, po której rozgoryczeni likwidacyjną uchwałą mieszkańcy mogli jedynie wyrazić swój emocjonalny stan. Nie zmieni on jednak uchwały i jak przypuszczam nie zmieni też toku rozumowania tych radnych. Jest jednak możliwość zmiany, przy następnych wyborach, zmiany radnych. Przy tej okazji prośba do publikatorów, jeśli dziennikarz zamieszcza artykuł o tak strategicznie ważnej społecznie sprawie to niech i zamieści nazwisko radnego wypowiadającego się podniesieniem swojej ręki w tejże, by wszyscy mogli ocenić to jego społecznikostwo.



Janusz Piskorski
5
Gdyby uznać liczbę formalnie istniejących podmiotów politycznych za główny wyznacznik pluralizmu, to najbardziej pluralistycznym państwem Europy była Niemiecka Republika Demokratyczna. Obok przewodniej siły narodu - SED, działały tam też partie: chrześcijańsko-demokratyczna, chłopska, liberalno-demokratyczna oraz (uwaga, uwaga) narodowo-demokratyczna. Niewiele gorsza od NRD była husakowska Czechosłowacja. Pod rządami tow. Gustawa kwitł pluralizm wysoki jak tatrzańskie smerki. Obok komunistów działały ugrupowania: chadeckie, wolnościowe i socjalistyczne.

Pluralizm kwitł, wymóg był tylko j
Read More
eden - uznanie prymatu przewodniej siły narodu.

Dziś, po zahamowaniu pochodu reakcji i kontrrewolucji (rządach PiS), światłe umysły proponują nam powrót do wzorców NRD i CSSR (dla niektórych z tych umysłów jest to zresztą powrót do korzeni). A bądźcie sobie z prawicy" - godzą się spolegliwie autorytety. A wierzcie sobie w tego Boga, chodźcie do kościoła (ale nie na mszę trydencką, jakież ograniczenia muszą przecież być), uznajemy wasz katolicyzm - mamy dla was nawet osobne pisemko: Tygodnik Powszechny - dodają. Warunek jaki stawiają autorytety jest tylko jeden: bądźcie światli i otwarci, bądźcie cywilizowaną prawicą". Autorytety mają już nawet komisję, której zadaniem byłoby weryfikowanie, czy potencjalny kandydat na światłego reprezentanta prawicy", spełnia faktycznie wszystkie warunki konieczne do zdobycia tego tytułu.

Komisja owa złożona jest z autoryzowanych już wcześniej przez salon prawicowców i konserwatystów": Aleksandra Halla i Tomasza Wołka. Obaj ci towarzysze podróży salonu spełniają dlań bardzo ważną funkcję - mają stworzyć salonową, koncesjonowaną (podobną w tym do sojuszniczych partii" w NRD i CSSR) prawicę. By ją stworzyć muszą jednak wcześniej zniszczyć prawicę autentyczną - to jest tę, która jest niezależna od salonu, i która śmie proponować odmienną wizję Polski. Prawica ta popełnia tym samym grzech pierworodny wobec salonu (klasyk tegoż zauważył przecież niegdyś wpierdalasz się w moją działkę"). Metody jakie stosują wobec niezależnej prawicy koncesjonowani konserwatyści są identyczne z metodami stosowanymi przez cały salon: kłamstwa, pomówienia, oszczerstwa, a kiedy trzeba to i donosy.

Co, po ewentualnym triumfie, będą nam proponować konsesjonowani prawicowcy? Odpowiedź jest prosta: nic (oczywiście jeśli nie liczyć lektury GW i TP).

Hall i Wołek głoszą bowiem konserwatyzm pusty, pozbawiony jakiegokolwiek programu (gdyby był musiałby być przecież alternatywą dla salonu), historii (jest wszak wstydliwa), punktów odniesienia (nie są jeszcze na tyle odważni, by za koryfeusza myśli prawicowej uznać np. Michnika), konserwatyzm cepeliany sprowadzony do rytualnych zapewnień (przyśpiewek): my konserwatyści", my prawica".
6
Porozmawiajmy o pomocy. Jaka jest w praniu, wiedzą wszyscy. Lepiej czy gorzej potrafią wypowiadać się na temat jej osiągnięć i mankamentów. Zwłaszcza o przejściowych usterkach i tradycyjnych defektach buksującego systemu mówić mogą rozwlekle, zawile i bez efektu. Bić pianę o kiepskiej formie państwowych instytucji zobowiązanych do udzielania pomocy.

Wiedzę czerpią z doświadczeń, osobistych lub nie: różne są ich źródła. Każdy widzi i ocenia, narzeka, albo sądzi, że ten problem go nie dotyczy. Jest zdrowy jak wirus, bogaty, ma pracę i nie chce myśleć o tragediach, bolączkach, zachwianej s
Read More
tabilizacji. Ale dobre samopoczucie zostaje zburzone, pełny luzik znika z twarzy, bo oto nagle sympatyczny los raczył sobie zagrandzić i wywija niegustownego fikołka: dyscyplinarnie wygryźli go z pracy, a na deser złodzieje byli uprzejmi opędzlować mu mieszkanie.

Zadowolony Obywatel Farciarz trafia z banalnym zawałem do szpitala, w którym pokazują mu puste haki z medykamentami, worek na datki, w ambulatorium dostrzega długą kolejkę oczekujących na brak plastra, zaczyna więc truchtać z prośbami po urzędach.

Odwiedza niejedną poczekalnię, pokornie zagląda do niejednego sekretariatu i dziwi się, że tak ozdobny, upstrzony palmami, marmurami i niklem urząd nie ma dla niego pieniędzy, że ma trudności, ledwie zipie i w zasadzie sam powinien pójść na żebry.

Dziwi się, bo to z jego składek, podatków i uzupełniających dziesięcin urzędnicy mają za co klepać biedę, pracowicie zbijać bąki, stroić odmowne miny, ale, jak to głupi, bo naiwny, spodziewa się zrozumienia, a może nawet wsparcia, dostaje wszelako zapomogę w postaci batonika, a na osłodę - piętnaście deko najszczerszych wyrazów ubolewania.

Teoretycznie mógłby rachować na ludzkie odruchy miłosierdzia, ale zapomniał o praktyce. Albowiem teoria z praktyką żyje w czułej separacji. Byle podręcznik psychologiczny kupiony na bazarze powiada, że urzędnik jest inną kategorią człowieka.

Po godzinach opędzania się przed klientelą, w domu, zmachany od wyrażania współczucia, pozbawiony służbowego grymasu zatroskania, leżąc przed telewizorem i wachlując się gazetą z krwawymi tytułami, co sekundę oburza się na ludzi z pierwszych stron.

Czyta o machlojkach na świeczniku, o powszechnej znieczulicy, sądnych dniach i czarnych godzinach, o porachunkach z latającymi zębami w tle. Co szpalta, to przekręt, wybuch, masakra.

Czuje się osobliwie, nie na miejscu, jakby żył na obcej planecie, w otoczeniu nieczystych sił z armatą gotową do strzału w jego pierś.

Lęka się zajrzeć do poczciwej kuchni, skąd docierają do niego podejrzane szmery, obawia się wyjść za próg bezpiecznej sypialni, słania się ze strachu przed fałszywym listonoszem z fałszywą torbą, który chce go napaść i pozbawić siekaczy, zatem wchodzi pod łóżko i marzy tylko o tym, by wreszcie pójść do pracy, gdzie czeka go stołek i ukochane skoroszyty. Czyli jest człowiekiem reagującym ze wszech miar normalnie.

Jak mawia się po wariatkowach, ma zachowaną świadomość emocjonalną. Wścieka się we właściwych miejscach, bulwersuje zgodnie z tym, co przeczytał, przeraża, go to, co powinno i narzeka, jak trzeba. Lecz w pracy zachodzi w nim doszczętna przemiana.

Dokładnie nie wiadomo, czy to na widok pieczątki, dziurkacza czy biurka z telefonem, zwykły i w zasadzie wrażliwy szaraczek spod miotły, przekształca się w gryzipiórkową bestię z gałami jak paragrafy, przepisy i martwe litery prawa.

Znowu jest kimś, znowu coś od niego zależy, jest dobroczyńcą i wspomożycielem rozdającym bonusy z otuchą, panem i dyspozytorem cudzego losu, który namawia klęczącego przed nim Obywatela Farciararza, by się bujał na innej klamce, by, skoro ma tyle problemów, kopnął sobie w kalendarz, ale po cichu, dyskretnie, bez medialnego rozgłosu, bo po co obciążać urząd?

Jednakże wypada pamiętać, że jak życiu, na jedno fortunne zdarzenie przypada spora chochla nieszczęść, tak i tu los zrobił następnego fikołka i dodał wywrotkę dziegciu: farciarz został przywrócony do łask. Okazało się otóż, ponieważ i albowiem, wszelako, zważywszy wszelkie za i przeciw, oraz tudzież, że ZUS w bezgranicznej mądrości orzekł, iż jest zdrowym jegomościem i wyszło na to, że kwitnący z niego osobnik i niepotrzebnie cienko prządł. Chłopcy z Komisji do Udzielania Odmowy Przyznawania Rent, Zasiłków i Innych Fanaberii stwierdzili mu prosto w oburzone oblicze, że nie po to przepychano ich z egzaminu na egzamin, by teraz, kiedy nareszcie doczekali się odpowiednich synekur, mieli przejmować się jakimiś oszołomami w rodzaju Hipokratesa, a tym bardziej i jego przeterminowaną etyką. Poradzili mu, by dał się wypchać swoimi skrupułami. Natomiast referenta zdzielił dopust Boży: stracił dostęp do datownika i czuje się nabity w butelkę, bo ta kreatura została jego przełożonym.

Marek Jastrząb
5
Bieda obraziła się na Nędzę, więc mieszkańcy tej bajki niecnotki ustalili, że musi się odbyć dwubój z udziałem arbitra.



Bieda, jako arystokratka blisko spokrewniona z Niedolą, nie mogła pogodzić się z faktem, że o Nędzy, pospolitej wiedźmie z marginesu, zaczyna się mówić coraz więcej.



W rankingach na popularność, spadało się jej co tchu, tak, że nie nadążała się podnosić; podczas gdy Nędza rosła w siłę i dostatek, Bieda obrastała w zawiść.



O Nędzy było wszędzie; media zabijały się o przeprowadzenie z nią wywiadu, stacje telewizyjne pchały się do niej
Read More
z prośbami o wystąpienie w śniadaniu na dobranoc, studia radiowe, stodoły polityczne i inne meliny z dobrym słowem, organizowały konkursy i przetargi na jej obecność w programie.



Bieda, dotychczas niekwestionowana przodownica wszystkich tabel z nieszczęściami, teraz nieprzytomna z wściekłości i wzgardy do siebie, zaszyła się w kąt.



Moda na atrakcyjność Nędzy, zaczynała ją męczyć. Kiedy otwierała telewizor, z diabelskiego pudełka wyskakiwała skwaszona fizjonomia Nędzy reklamującej pieluchy bez konserwantów .



Mądry odludek żyjący na nielegalnym skraju wsi, smutny pokutnik zajmujący się nieróbstwem oraz doradztwem finansowym dla bankrutów powiedział, że do roli wykolejonego sędziego najbardziej pasuje mu bliski krewniak obywatela Głupawki, zasłużony frajer z pierwszych stron toaletowego pisma.



Powiedział też, że w trakcie medytacji o czterech literach, doszedł do wniosku, że pojedynek należy odbyć w atmosferze przyjaźni, wzajemnego zrozumienia i ogólnie przyjętych uprzedzeń, a zwłaszcza, że powinno dojść do rozpisania referendum względem pytania o ukryty sens bijatyki o nic.



Jakby nie rzec, bohaterkami honorowej zadymy były dwie pierwsze damy zadupia i strach brał myśleć, co to będzie, jak ich nie będzie, jak, w pojedynkowym ferworze, usieką sobie to, czy tamto... Usieką, lub odstrzelą!



Jak zdecydowano, tak postąpiono i plebiscyt wykazał, że bijatyka jest najlepszym sposobem okazywania sympatii. A bijatyka zażarta, krwawa jatka połączona z fajerwerkami w postaci latających tasaków, to CZYSTA MIŁOŚĆ.

Marek Jastrząb