reklama
5
Jak to przy granicy - co jakiś czas "wybucha" historia tego typu. Prasa opisuje wierzchołek góry lodowej? Hym, jest tajemnicą poliszynela, że pare osób w mieście dorobiło się na przemycie i to kusi następnych.
6
Próżno szukać informacji dotyczących procedury skladania podań o nowy dowód osobisty w na stronach Urzędu Miasta Braniewa, próżno szukać godzin pracy odpowiedniej komórki w/w urzędu. Jeśli ktoś sie pojawi przed ósmą to i tak wszystkiego na raz nie załatwi - bo bank zaczyna pracę po ósmej (trzeba uiścić opłatę). Jeśli ktoś się pojawi po 15-tej tez wszystkiego nie załatwi bo ta komórka Urzędu jest czynna do 15-tej. A może by tak choć jeden dzień w tygodniu godziny pracy do 17-tej?



PS."Urząd jest po to by zatrudnieni tam urzędnicy mieli pracę"
7
Gmina Braniewo. Cegiełki na granicy

Dobrowolność wymuszana?

Zapowiedziana przez wójta Henryka Mrozińskiego sprzedaż cegiełek, z której wpływy przeznaczone są na gminne inwestycje, trwa już kilka tygodni. Niewysoka cena 2 zł, a także kolorowy druk ma stanowić zachętę do składania datków przez podróżnych przekraczających granicę. Okazuje się jednak, że informacji o dobrowolności zakupu cegiełek brakuje na kwitach. Nie informują o tym także jakiekolwiek tablice, ani inkasenci.

Po obejrzeniu kwitu jest on przez funkcjonariusza Straży Granicznej przedzierany na pół zapewnia
Read More
często przekraczający granicę w Gronowie, mieszkaniec Braniewa. Pogranicznicy dopytują się o cegiełki, a sprzedający je nie informują, że wykupienie ich jest dobrowolne. Informacja nie widnieje też na żadnej z tablic ustawionych w pobliżu przejścia relacjonuje braniewianin.

Funkcjonariusze dopytują się o cegiełki tylko w celach statystycznych zapewnia mjr Franciszek Jaroński, rzecznik prasowy komendanta WarmińskoMazurskiego Oddziału Straży Granicznej. Robimy to na prośbę wójta Mrozińskiego.

Nie wiadomo natomiast, po co Straż Graniczna prowadzi owe statystyki. Wydrukowane kolorowe cegiełki są numerowane. O liczbie wykupujących mogą informacje wójtowi przekazywać sami inkasenci. Zaś o liczbie przekraczających granice w Gronowie chętnie informuje straż graniczna. Pytania funkcjonariuszy SG o cegiełki sugerują wielu przekraczającym granicę obowiązek zakupu. Przypomina to niedawną jeszcze sytuację w Mamonowie, gdzie nakazem władz tego miasta pobierano na granicy opłatę sanitarnoekologiczną. Działania te okazały się bezprawne i zaniechano stosowania ich.

Inny podróżny zwrócił uwagę na barierki ustawione na jezdni [po telefonie z redakcji pachołki zostały usunięte przyp. aut.] oraz ludzi sprzedających cegiełki, ubranych w pomarańczowe stroje.

Ktoś tutaj wkracza chyba w kompetencje np. policji sugeruje podróżny. Istnieją przecież przepisy mówiące o instytucjach uprawnionych do kierowania ruchem. Wiem, że należy to zgłosić i uzyskać zezwolenie.

Istotnie, sprawy te szczegółowo wyjaśnia Prawo o ruchu drogowym, a także rozporządzenia ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie: kierowania oraz kontrolowania ruchu drogowego. Żaden z paragrafów w/w przepisów nie wspomina o gminnych inkasentach. Wymienia natomiast zbliżoną formację mianowicie strażników straży gminnych (miejskich), ale ta w gminie Braniewo nie istnieje.

Henryk Mroziński, wójt gminy Braniewo, uważa natomiast, że forma sprzedaży cegiełek jest przejrzysta i nie posiada ona znamion wymuszania. Powiedział również, że stowarzyszenie sprzedające je nie ma obowiązku zamieszczania na blankietach informacji o dobrowolności zakupu.

Na poruszanie się naszych pracowników w obrębie jezdni mamy zezwolenie z Zarządu Dróg Krajowych powiedział Jerzy Maziarz, sekretarz gminy, jednocześnie prezes stowarzyszenia. W tym tygodniu, żeby poprawić warunki odprawy, planujemy postawić w Gronowie m.in. śmietniki oraz ogólnodostępne toalety.

Biorąc pod uwagę m.in. stanowisko wójta redakcja uważa, że badając przestrzeganie przepisów prawa powinny bliżej przyjrzeć się operacji cegiełka (mimo bezsprzecznie szlachetnych założeń), uprawnione do tego instytucje.

Krzysztof Jacek
7
W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.



Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń. Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.

2



Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.


Read More
/>A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.



W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości(mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).



O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.



Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?
6
W ostatnim czasie głośno zrobiło się o reformie sądownictwa i prokuratury. Zajmę się sygnalizowanym zjawiskiem ucieczki prokuratorów do innych zawodów.

W mediach ukazały się (m.in. w Rzepie ciekawa seria artykułów na temat reform planowanych przez ministra Ćwiąkalskiego, w tym krytyczna ich ocena Igora Janke) teksty informujące o ucieczce prokuratorów do innych zawodów. Wedle Rz [http://www.rp.pl/artykul/93471.html] w ostatnich sześciu latach, z powodów innych niż przeniesienie w stan spoczynku, z zawodu odeszło 205 prokuratorów. W tym samym tekście, jako zasadniczy powód ubywania kadr
Read More
prokuratorskich wskazywana jest ingerencja przełożonych w prowadzone sprawy; podłożem tego mają być polityczne naciski wywierane na prokuratorów.



Ośmielam się w tym momencie przeciwstawić takim poglądom. Owszem polityka ma jakiś wpływ na działania prokuratur, ale nie aż tak przeogromny. Wtykanie nosa przez przełożonych tak, to jest istotny powód. Lecz absolutnie nie wynika to z nacisków politycznych.



Podstawowym problemem z tym związanym jest pewien układ, nazwijmy go np. towarzyskoorganizacyjny.



Taki szef prokuratury obojętnie: apelacyjnej, okręgowej czy rejonowej przecież też człowiek. Żyje w jakimś określonym środowisku (im mniejsze, tym układ ma większy wpływ na jego życie). Poza godzinami pracy musi przecież cos robić np. oddawać się przyjemnościom, hobby jakiemuś, wypijać w jakimś towarzystwie, dajmy na to, kawę lub inne napoje gazowane lub niegazowane. Ale przecież nie będzie codziennie pędził do Warszawy albo innego Trójmiasta, żeby mile spędzić popołudnie czy wieczór lub dni świąteczne. Obok niego też żyją wszak ludzie i to na stanowiskach np. wójtowie, burmistrzowie, starostowie, prezydenci czy wielu innych.



A jeżeli szef prokuratury np. zapałał miłością do polowania na zwierzynę, a do tego (znakomicie się składa) jego kolega starosta jest szefem koła łowieckiego i może mu ułatwić zaznanie przyjemności łowów na zwierzynę (nawet bez stosownych uprawnień, te zrobi się później)? Nie skorzystać? Grzechem by to wprost było! Udają się więc pewnego niedzielnego ranka na polowanie, prokurator dzierży w ręku użyczoną przez starostę fuzję, widzi, że krzaki w pobliżu poruszają się (dzik jakiś albo inne groźne zwierzę na pewno się czai na niego), mierzy i strzela. Trafiony! Tyle, że nie zwierz, lecz uczestnik nagonki syn jednego z myśliwych; na szczęście niegroźnie. Eee, nie martw się mówi starosta To nic groźnego, pare śrucin. Załatwię to bez rozgłosu uspokaja włodarz powiatowy. Sprawa skrywana jest pod tzw. dywan (No! Przecież to sam szef prokuratury, nie należy mu bruździć!) i przyjaciele rozstają się starosta wielce zadowolony (Pokazałem mu, że mam władzę i potrafię takie rzeczy sprawnie wyciszyć!), a prokurator nieco zdenerwowany, bo co by było gdyby przełożeni dowiedzieli się o takim ekscesie.

Panu prokuratorowi jednak incydent tkwi w pamięci, ale sam się uspokaja: Przecież starosta zapewnił, że sprawa nie ujrzy światła dziennego, będzie dobrze. A starosta okazuje się jednak wrednym typem tylko czeka okazji: No wiesz, serdeczny kolega wójt z tej samej partii jesteśmy ma kłopoty, ktoś się go czepia i jakieś donosy pisze. Weź z łaski swojej wytłumacz podległym ci prokuratorom, że jest niewinny, a ludzie są złośliwi. Wiem, że możesz np. tak jak ja z tym postrzeleniem. Pamiętasz? napomyka o zdarzeniu podczas polowania. Co robi prokurator? Ulega sugestiom kolegi starosty w obawie o swoja karierę w wymiarze sprawiedliwości.



Opisywana sytuacja jest hipotetyczna? Mam poważne wątpliwości, że jednak nie!



A gdzie sprawiedliwość, ktoś zapyta? Jest oczywiście! Tylko nie dla wszystkich!
6
Żeby nie było żadnych nieporozumień. To nie ja tak twierdzę. Tego dowodzi irlandzki minister ds. integracji społecznej.

Conor Lenihan uważa, że papierosy w naszym kraju są za tanie, co powoduje, że przebywający w Irlandii nasi rodacy palą znacznie więcej niż Irlandczycy. Minister Lenihan zarzuca także, że część przywożonych przez Polaków papierosów trafia na czarny rynek. W sprawie naszych rodakówpalaczy tamtejszy rządowy instytut badawczy RIFTES (Research Institute for A Tobacco Free Society) przeprowadził ankietę wśród 1.545 przebywających w Irlandii Polaków.

Fakt, Polacy palą
Read More
dużo (sam jestem nałogowcem i to nie tylko u siebie, ale także, jak się okazało, będąc w gościnie.

Ale co z tego wynika? Dla mnie jasne jest, że kupując papierosy w Irlandii Polacy z całą pewnością paliliby mniej, a to z uwagi na wysoką cenę wyrobów tytoniowych. Jasne dla mnie też jest, że Polacy potrafią liczyć i wobec tego dziwię się irlandzkiemu ministrowi, że nie docenia w tym względzie naszych rodaków. W Irlandii liczyć nie potrafią?

W procederze przywożenie papierosów (weekendowe wyjazdy do Polski) nie ma nic sprzecznego z prawem: zarówno Irlandzkim, jak i europejskim oraz polskim. Potwierdza to dyrektor instytutu RIFTES, prof. Luce Clancy: ... niska cena papierosów w Polsce czyni opłacalnym weekendowy przelot tanimi liniami lotniczymi z Irlandii do Polski w celu zaopatrzenia się w papierosy, co zresztą jest zgodne z unijnymi przepisami.

Ale irlandzki minister ds. integracji społecznej postuluje:

Cena papierosów powinna być zharmonizowana na szczeblu europejskim cytuje Irish Times ministra Lenihana.

W zasadzie mogę poprzeć ministra, ale pod jednym wszakże warunkiem. Owa harmonizacja cen może nastąpić dopiero wtedy, gdy zostaną zharmonizowane najpierw płace, tzn. gdy w każdym kraju Unii Europejskiej będą one na tym samym poziomie. Nie prędzej!

A poza tym złośliwie doradzę ministrowi Lenihanowi: przecież nikt mu nie zabrania zaopatrywać się (jeśli jest palaczem) w wyroby tytoniowe w Polsce.



Cytaty w powyższym tekście pochodzą z portalu Interia.pl:
6
Całe szczęście, że to nie u nas, ale w Anglii. To tam wpadli na ten nowatorski pomysł, żeby m.in. utrudnić palaczom chęć puszczania dymka.

Na początek krótki cytat:

Większość palaczy porzuciłaby nałóg, gdyby utrudniono by im zakup papierosów, nakładając na nich wymóg uzyskania specjalnej licencji tak twierdzi profesor Julian le Grand, szef organizacji lekarskiej Health England, doradca rządu brytyjskiego.

Nie będę streszczał informacji, ale przyznam, że dla mnie pomysł ten to istne kuriozum. Jednocześnie proponuję, żeby w Anglii wprowadzić jeszcze licencję na:


Read More
r />Picie alkoholu co skłoniłoby pijących do porzucenia tego wstrętnego zwyczaju;



Zażywanie tabaki co zmusiłoby zażywających ją do zaprzestania wciągania tego obrzydlistwa do nosa;



Picie coca-coli co spowodowałoby znaczne obniżenie spożycia tego odrdzewiacza, wstrętnego i szkodliwego dla zdrowia napoju;



Żucie gumy co doprowadziłoby do zniknięcia zjawiska przyklejania przeżutej gumy pod ławkami i stolikami np. parkowymi i kawiarnianymi (obostrzenia wobec gumy do żucia obowiązują np. w Singapurze do nabycia jest ona tam na receptę).



Rezygnuję jednak z proponowania licencji na uprawianie seksu, bo to mogłoby doprowadzić do niepokojów społecznych, czego jednak Anglikom nie życzę.

Wszelkie wymienione przeze mnie licencjebariery należałoby wprowadzić z pominięciem oczywiście sporej rzeszy naszych rodaków. Z jakiego powodu? Byłoby to działanie bez sensu: Przecież Polak potrafi i bez najmniejszych problemów nasi rodacy poradziliby sobie z tymi licencjami, które stosowane wobec nich okazałyby się nic nieznaczącymi papierkami. Po co więc narażać na szwank powagę rządu, i nie daj Boże Królowej, Wielkiej Brytanii?
6
Adam Wielomski pisze o efektach pracy naszych pedagogicznych mędrców od siedmiu boleści (http://www.prawica.net/node/10460).



W tekście Eine (http://autodafe.salon24.pl/index.html), możemy przeczytać o tragicznych SKUTKACH urynkowienia naszej wiedzy.



I pierwszy, i drugi artykuł, zainspirowały mnie, ponieważ opisują karykaturalny stan naszej oświaty. Oświaty poddanej marketingowej obróbce. Uczniowskiemu wiecowaniu.



Przestrzeganiu PRAW UCZNIA wymyślonych i zaaprobowanych przez UCZNIA. Referendalnemu ustaleniu, czy ziemia jest płaska i jak to możliwe, że lu
Read More
dzie chodzą po Australii. Czego zrozumienie jest, przy obecnym stanie umysłowości, wyczynem nie lada.



I pierwszy, i drugi, mówią o szkole. Jak sama nazwa wskazuje, SZKOŁA NIE POWINNA BYĆ PRZEDSIĘBIORSTWEM PRODUKUJĄCYM BUBLE. SZKOŁA POWINNA...SZKOLIĆ. Lecz nie czyni tego, albowiem trudni się sprzedażą zgniłych pomidorów. Nie uczy, albowiem jest straganem z warzywami.



Nauczyciel został zredukowany do roli szkolnego intruza, koniecznego zła, został wtłamszony w bezradność i okrzyknięty szkolną przeszkadzajką w PRAWIDŁOWYM rozwoju młodego człowieka.



Nawoływanie do uczenia czegoś tak archaicznego, jak, np. logika, etyka, podstawy kultury europejskiej, propedeutyka filozofii, nie wspominając o grece, lub łacinie, nawoływanie takie, mija się z celem, a ten, co chce powrotu do niegdysiejszego świata rozsądku, jest piernik uwielbiający P.R.L., tęskniący za powrotem ustroju nazwanego przez S. Grochowiaka sprawiedliwym podziałem nędzy.



Tu cytat z tekstu Eine:



Już obserwujemy, że te szkoły przeżywają rozkwit i stają się popularne w środowisku ,w których proponuje się idee-towary nowoczesne, np. nauka jazdy konnej, religioznawstwo zamiast katechezy, programy nauczania opracowane przez uczniów, wychowanie seksualne w rodzinie z dwoma tatusiami, lub z uznaniem dla pożytku przyszłych praktyk aborcyjnych albo wielkiej wartości humanistycznej eutanazji dla zawadzającej babci."



"Szkoły przyjazne, szkoły bez nudy, szkoły z klasą, to pierwsze "owoce" rynkowego języka zastosowanego w sferze kształcenia i wychowania.



W obecnych czasach nie wystarczy powtarzać na okrągło, że trzeba zburzyć Kartaginę. W obecnych czasach trzeba zburzyć ją bez dwóch zdań. A nie ględzić, nie teoretyzować, nie bić kunktatorskiej piany. Jak to przydarza się często. O wiele za często. O czym mówi się tu i tam. Mówi, lecz za mało.



W obecnych czasach należy przyznać się do wychowawczych błędów, powiedzieć wyraźnie, dobitnie i ostatecznie, że winni jesteśmy wszyscy.



Wszyscy, a więc i szkoła nie reagująca na wiadro na głowie nauczyciela, szkoła, lekceważąca obecność wszechmocnych band wyrostków terroryzujących klasę, szkoła, tchórzliwie uciekająca od problemu internetowych, idiotycznych sexwybryków, zakończonych samobójstwem ze wstydu dla sfilmowanej dziewczyny, a dla filmujących ją, bezkarnych głupoli, niezłą hecą, ubawem, dla nauczycieli zaś wychowawczą porażką.



Wszyscy, a więc i my, rodzice, zapatrzeni w gonitwę za pracą, za finansowymi marzeniami, niemający czasu na rozmowę z własnymi dziećmi, godzący się na ich izolację od nas, nie współpracujący ze szkołą . My, rodzice, pozostawiający ich samopas, aprobujący ich histeryczny brak autorytetów, ich bezsprzeczny brak życiowych wzorów do naśladowania, za swoje gnuśne zezwolenie na to, by, zamiast wykształcić ich na rozsądnych, wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi, zostali ludźmi emocjonalnie chwiejnymi, niepełnymi i wszechstronnie bezradnymi - płacimy opuszczeniem, płacimy zerwaniem rodzinnych więzi, tym, że, jeśli się w porę nie opamiętamy, możemy też mieć wiaderko na głowie do pozłoty.



Ps.

Za komuszej epoki, obowiązywało fikuśne hasełko: NASZ KLIENT, NASZ PAN. Teraz mamy powiedzonko: NASZ UCZEŃ, NASZ PAN. I pan uczeń decyduje.



BO UCZEŃ MA PRAWA SKAZUJĄCE GO NA BRAK OBOWIĄZKÓW.



Marek Jastrząb