reklama
4
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Wójtowi Popiołkowi osoba Grażyny Skóry wpadła w oko już przed trzema laty, gdy do gminy przyjechali przedstawiciele kilku instytucji współpracujących z samorządem jeszcze jako szeregowa pracownica Ośrodka Pomocy Społecznej wykazała się wielką operatywnością, czym zwróciła na siebie uwagę licznych notabli. Pod jej adresem wójtowie wygłaszali liczne pochwały: a to, że potrafi zadbać o gości, proponując im napoje i zakąski podczas bankietu, a to, że rozsądnie odpowiada na stawiane pytania i dokładnie tłumaczy politykę gminną, a wreszcie i to, że choć nie najmłodsza, to doskonale prezentuje się na tle innych kobiet uczestniczących w spotkaniu. Nieco później Stanisław Popiołek postanowił bliżej przyjrzeć się swej o trzy lata starszej podwładnej i po dłuższej obserwacji również zauważył zalety prezentowane przez Grażynę. Jakieś pół roku później nadarzyła się okazja awansowania jej. Dotychczasowy kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej wyprowadzał się z rodziną na południe Polski i trzeba było rozglądnąć się za kandydatem na zwalniane przez niego stanowisko. Wójt pomyślał oczywiście o Grażynie i nie omieszkał w tej sprawie zasięgnąć opinii jej dotychczasowego szefa. Ten niezmiernie ją chwalił i na koniec orzekł, że dobrze by było, gdyby to stanowisko powierzyć Grażynie. Tak też się wkrótce stało Grażyna Skóra została powołana na stanowisko kierownika Ośrodka Pomocy Społecznej. Nie bez znaczenia było jej wykształcenie i doświadczenie w kontaktach z ludźmi, podopiecznymi ośrodka. W rok po objęciu stanowiska, jako osoba ambitna i pragnąca jak najlepiej wywiązywać się z powierzonych jej obowiązków, podjęła studia podyplomowe, starając się zyskać nową specjalność organizację pomocy społecznej niezwykle przydatną na zajmowanym obecnie stanowisku.



Od początku sprawowania rządów w Ośrodku Pomocy Społecznej przez Grażynę wójt zaczął często ją odwiedzać. Najczęściej gościł w gabinecie szefowej. Wówczas pomieszczenie to było niezwykle ciasne i słabo izolowane od reszty biur ośrodka, dlatego też wizyty Popiołka nie były długie. Ale gdy po około pół roku ośrodek przeniósł się do nowego lokalu znacznie większego i lepiej przystosowanego do tego rodzaju pracy wówczas Grażyna zajęła, wprawdzie nie największy, ale dość duży pokój, który miał osobne wejście. Wójt dopatrzył się w tym szansy dla siebie i jego wizyty nie ograniczały się jedynie, jak poprzednio do pobytu 1520-minutowego, lecz spędzał tam nieraz większość godzin urzędowania. Pracownice ośrodka bardzo często żartowały w rozmowie ze swoją szefową, że ośrodek władzy gminnej znajduje się obecnie w jej gabinecie. Grażynę początkowo drażniło takie gadanie, ale później nie zwracała na to uwagi i nawet żartobliwie komentowała je mówiąc:



Przecież nie wygonię swego szefa, gdy ma on ochotę rządzić gminą z naszego ośrodka.



Grażynie imponowało zainteresowanie wójta jej osobą. Nie dość, że zajmował wysokie stanowisko, to był przecież młodszy od niej. Jak każda kobieta była nieco próżna, tak więc częste wizyty szefa samorządu sprawiały, że czuła się dowartościowana. Bawił ją ten układ nawet wówczas, gdy spostrzegła, że zainteresowanie wójta wynika nie tylko z zależności służbowej, ale ma raczej bardziej osobisty charakter. W dalszym ciągu jednak nie odrzucała awansów Popiołka, gdyż w znacznym stopniu ułatwiało jej to pracę np. nigdy nie musiała biegać do urzędu po jakikolwiek podpis pod dokumentami. A wójt, zaglądając jej głęboko w oczy a gdy była okazja również gdzieś indziej bardzo chętnie podpisywał podsuwane mu papiery. Grażyna w duchu śmiała się, że Popiołek mógłby w ten sposób podpisać nawet wyrok śmierci na siebie. Poza tym Grażynie nie sprawiało kłopotów zdobywanie finansów na potrzeby ośrodka. Gdy tylko widziała potrzebę przeznaczenia funduszy na pomoc swym podopiecznym, to natychmiast zgłaszała ten problem wójtowi, który bez kłopotów forsował jej pomysły na forum rady gminy. Nie miał z tym problemów, gdyż przed wyborami bardzo uważnie obserwował zgłaszanych kandydatów, a także często sam zachęcał niektórych do ubiegania się o funkcję radnego. Oczywiście nie czynił tego w stosunku do osób, które mogłyby mu zagrozić, choćby przez wyrażanie swoich, odmiennych niż wójtowskie, poglądów na niektóre zagadnienia dotyczące gospodarki gminnymi finansami. Takim osobnikom wójt wyraźnie dawał do zrozumienia, oczywiście nie osobiście, lecz przez osoby trzecie, że nie leży w ich interesie ubieganie się o fotel radnego, bo on potrafi, jeśli zechce, tak uprzyjemnić życie mieszkańcowi gminy, że ten do końca swych dni będzie żałował, iż dał się skusić na próbę wytyczania wójtowi kierunków rozwoju samorządu. Co do instrumentów nacisku, to wójt dysponował ich ogromnym arsenałem. Wszak swą funkcję pełnił już od kilkunastu lat i miał w tym względzie bogate doświadczenie. Jakże łatwo było w gminie, w której panowało niezwykle wysokie bezrobocie, a większość mieszkańców stanowili byli pracownicy upadłych pegeerów, odmówić komuś: a to umorzenia czy choćby odroczenia raty podatku, a to wydania pozwolenia na budowę lub nawet na wycięcie drzewa czy w końcu wskazania nowego oczywiście wyższego wymiaru podatku. Nie bez znaczenia przy tym był fakt, że to praktycznie wójt decydował o przydzieleniu konkretnych osób do prac interwencyjnych lub publicznych. Na terenie gminy niemal każda rodzina dotknięta była bezrobociem: w większości żaden z członków rodziny nie pracował lub pracował dorywczo, o szczęściu mogli mówić ci, którzy posiadali rodziców czy tez dziadków z rentami lub emeryturami, w niewiele lepszej sytuacji byli ci, u których jedna osoba miała stałą pracę, a w siódmym niebie byli ci, gdzie w rodzinie dwie osoby zatrudnione były na stałe. Dla wszystkich biedniaków, którzy bez przerwy w sklepach robili zakupy na tzw. krechę, decyzja wójta o przydzieleniu tymczasowej, słabo płatnej pracy była niczym okazja do chwycenia Pana Boga za nogi. Ludzie, zdając sobie sprawę z tego, że każdorazowe podpadnięcie czy też odszczekanie się wójtowi mogło wpłynąć niekorzystnie na rozdzielanie stanowisk pracy o które było niezmiernie trudno interwencyjnej lub publicznej, siedzieli cicho i publicznie nie sarkali na rządy Popiołka. Co najwyżej jedynie w domu, ale także nie za głośno, narzekali, że wójt rozdziela pracę niesprawiedliwie, pomijając najbardziej potrzebujących i kierując się osobistymi odczuciami dotyczącymi prowójtowskiej postawy mieszkańców. Uznanie w oczach wójta znajdowali natomiast wszyscy cisi oraz ci, którzy byli od niego, w jakikolwiek sposób uzależnieni. Tych Popiołek, niejednokrotnie osobiście, zachęcał do startu w wyborach samorządowych i prowadził agitację na ich rzecz wśród mieszkańców gminy. Był niezwykle zadowolony, gdy jego kandydatom przypadło w udziale zwycięstwo w wyborach. Tym sposobem zdobywał wśród radnych stronników, na których mógł liczyć w każdej sytuacji. Jego poplecznicy wspierali go w każdej inicjatywie bez dyskusji i np. na forum rady zgłaszali swoje poparcie dla każdego pomysłu wójta, którego realizacja wymagała zabezpieczenia środków w budżecie gminnym. Nie przyjmowali oni żadnych przeciwnych argumentów, bo dla nich to co powiedział wójt Popiołek było rzeczą niemal świętą. Oczywiście w dalszej perspektywie to głownie oni korzystali z łask wójta i mogli liczyć na jego gest rekompensujący niechęć okazywaną im przez mieszkańców gminy. Krótko mówiąc, to dla nich wójt przeznaczał ochłapy spadające z jego pańskiego stołu.
6
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Zajdź później do mojego pokoju zwrócił się do Grażyny Skóry jej przełożony, wójt Stanisław Popiołek.

Grażyna przestraszyła się tej propozycji, gdyż od dłuższego już czasu wójt smalił do niej cholewki kusząc wszelkiego rodzaju awansami. Wiedziała, że wizyta w hotelowym pokoju przełożonego może zakończyć się nawet w łóżku, a na taki rozwój sytuacji nie mogła sobie pozwolić. Jednak dla zachowania pozorów powiedziała:

Dobrze, tylko najpierw troszkę odpocznę. Będę za jakąś godzinę.

Oboje właśnie wrócili z konferencji szkoleniowej, która odbywała się w Gdańskim Ośrodku Doskonalenia Zawodowego. Uczestniczyli w niej kierownicy Ośrodków Pomocy Społecznej z licznych miejscowości województwa pomorskiego i warmińskomazurskiego, jak również skromne grono włodarzy gminnych.

Grażyna Skóra była bardzo zaskoczona decyzją wójta o uczestniczeniu w tej konferencji, gdyż dotychczas nie przejawiał on zbytnich chęci do udziału w tego rodzaju nasiadówkach. Poza tym tematyka szkolenia obejmowała zagadnienia adresowane właściwie do pracowników ośrodków pomocy; znacznie mniej tam było tematów, których odbiorcami mogliby być szefowie samorządów. Niemniej, po przeanalizowaniu ostatnich wydarzeń w jej otoczeniu Grażyna doszła do wniosku, że Stanisław Popiołek postanowił przypuścić szturm frontalny w celu sfinalizowania swoich długich starań o jej względy.

Nie mając ochoty na skończenie wieczoru w łóżku wójta, postanowiła poprosić swą serdeczną koleżankę Wandę Walentynowicz, kierowniczkę ośrodka pomocy z jednej z miejscowości na Mierzei Wiślanej, żeby jej towarzyszyła podczas wizyty w pokoju hotelowym wójta.

Tymczasem Stanisław Popiołek ostro przygotowywał się do spodziewanych rozkoszy: przebrał się, ogolił, wziął prysznic, namaścił swe ciało wodą kolońską. Zamówił też do pokoju trunki, napoje, lód oraz zakąski. Gdy ujrzał w drzwiach dwie, zamiast jednej, niewiasty początkowo był mocno zaskoczony i rozczarowany. Nieco pomyślawszy, doszedł do wniosku, że może wieczór zakończyć nieco atrakcyjniej, niż pierwotnie planował. Licząc na skonsumowanie znajomości z Grażyną Skórą, nagle zaświtała mu myśl, że wieczór spędzony w trójkącie będzie znacznie lepszy. Jakże się pomylił.

Zabrałam ze sobą Wandzię wyjaśniła Grażyna wójtowi bo została sama w swoim pokoju i pomyślałam, że warto ją zaprosić, aby podsumować dzisiejsze szkolenie. W trójkę będzie nam łatwiej.

Wójt nie dał poznać po sobie, że inaczej wyobrażał sobie ten wieczór i wchodząc w rolę gospodarza powiedział:

Ależ oczywiście pani Wandziu, przepraszam, że nie pomyślałem o tym wcześniej w duchu zaś rzucał gromy na Grażynę za to, że wystawiła go do wiatru. Obłudnie zaproponował obu paniom: Może drinka?

Obie wymówiły się jednak, jak to kobiety, bólem głowy oraz tym, że są zmęczone, a przecież jutro czeka je jeszcze jeden dzień konferencji. Niemniej z poczęstunku skorzystały poprosiły o sok pomarańczowy. Grażynę zaskoczyła postawa wójta. Nigdy nie uważała go za dżentelmena, bo w swojej gminie traktował on kobiety niczym władca haremu: rzadko której mówił pierwszy dzień dobry, nigdy nie przepuścił przed sobą, np. otwierając drzwi, zawsze oczekiwał powitania niczym hołdu ze strony płci pięknej. Uprzejmość Popiołka musiała wynikać z chęci zrobienia wrażenia na Wandzi, osobie spoza gminy, w której rządził Popiołek.

Około 1,5 godziny, które kobiety spędziły w pokoju wójta nie upłynęło w radosnej atmosferze. Popiołek zorientowawszy się, że ze spraw łóżkowych będą nici, w dyskusji na temat konferencji praktycznie nie uczestniczył. Dyskutowały jedynie Grażyna i Wanda, zaś wójt jedynie od czasu do czasu rzucał albo Zgadza się, albo też No właśnie, toteż z wielką ulgą przyjął zapowiedź, że kobiety są zmęczone i idą spać. Gdy pozostał sam, porządnie wypróżnił butelki z alkoholami i niedługo potem udał się w kierunku łóżka. Przed zaśnięciem myślał jednak o Grażynie kładąc się spać pomrukiwał: Jeszcze Cię dopadnę.



*****



Tymczasem obie kierowniczki udały się do pokoju Grażyny. Po zamknięciu drzwi odetchnęły z ulgą.

Słuchaj Grażyna dopytywała się Wanda a nie będziesz miała kłopotów przez to, że mnie zaciągnęłaś do jego pokoju.

Jakoś sobie poradzę podsumowała Grażyna. Ale nie sądzisz chyba, że mam ochotę na pójście z nim do łóżka. Przecież on dla mnie, to gówniarz.

Krótko potem kobiety pożegnały się i poszły spać.
5
Frombork. Zadupie?

Gdziekolwiek to jest...

Na skrzyżowaniu drogi z Braniewa do Pasłęka ustawiona jest tablica kierująca podróżnych w stronę tego ostatniego miasta. Przed prawie dwoma laty anonimowy autor uzupełnił napis na drogowskazie dopiskiem: Do zadupia. Niestety nie udało nam się ustalić, o jakim zakątku myślał dowcipas niszczący znak drogowy.



Próbowaliśmy to ustalić pytając przechodzących w tej okolicy fromborczan odpowiedzi nie były jednomyślne, a przy tym bardzo urozmaicone. Przechodnie sugerowali, jako miejsce określane w brzydkim napisie, m.in. miasto, k
Read More
tórego nazwa widnieje na znaku. Mniej konkretni twierdzili, że są to tylko okolice Pasłęka lub nieco bliżej położonych Młynar. Kolejni rozmówcy określali treścią dopisku leżące na trasie do Pasłęka miejscowości lub usytuowane opodal fromborskie osiedle, a dwóch następnych mówiło wręcz widocznie źle oceniają miejscowe władze o... budynku Urzędu Miasta i Gminy.

Jedną z pytanych osób była starsza pani, która doszła do wniosku, że:

To jakiś chuligan napisał, ale ja polityką się nie interesuję.



Nie mogąc dociec prawdy motywów dopisania niezbyt kulturalnej treści pozostaje nam zwrócić się do autora. Może on odkryje przed nami powody, może są to jednak motywy polityczne, swej manifestacji?



Zapytaliśmy też burmistrza, dlaczego napis na znaku trwa prawie dwa lata i czy długo jeszcze będzie on wizytówką miasta. Wiktor Slipiko powiedział:



Znaki drogowe należą do właściciela drogi, w tym wypadku do Zarządu Dróg Wojewódzkich. Zwracaliśmy się w tej sprawie do dyrekcji jeszcze przed reformą administracyjną, lecz na nasz sygnał nie było odzewu. Po reformie natomiast jakoś umknął nam ten problem, ale mogę jednak zapewnić, że w tym roku znak, a tym samym napis na nim, znikną, gdyż skrzyżowanie i ulica ZHP zostanie gruntownie odremontowana.



Krzysztof Kotowski
4
Były prezydent, Aleksandr Kwaśniewski, chyba znowu zachorował na "goleń", tym razem w Szczecinie. Okazało się, iż ból "goleni" był tak silny, że musiał brać leki, jakieś silne, bo i mowa była nieco bełkotliwa i wzrok zmętniały. Zmętniały wzrok chyba jednak nie pasuje do "twarzy LiD-u", jakoś tak psuje cokolwiek jej wygląd?
5
Zaczęło się normalnie: zgłupieliśmy do cna. Zaczęło się od tego, że odnaleziono zagadkowy pęcherz mieszczący się pod naszymi fryzurami i nazwano go mózgiem.



Naukowców zaintrygował ten tajemniczy przyrząd, z którego, jak przypuszczali, wydobywa się nasze myślenie. Przy okazji dostrzegli, że niektóre jego sektory można pobudzać.

Osobnik, umiejętnie trykany w bąbel, mógł reagować zgodnie z intencją badacza. W zależności od dźgnięcia w podrażnione miejsce, skręcał się albo z gniewu, albo ze śmiechu.

Odkrycie to wzbudziło sensację. A także niebywałe poruszenie wśród nauko
Read More
wców parających się wróżbiarstwem. Dotychczas uważano, że ów aparat jest naturalnym zbiornikiem przechowującym smarki. Jednak w obliczu rewolucyjnych odkryć, pogląd ten wyciągnął kopyta na nowych faktach i ulegał gruntownej przebudowie.

Ludzie z charłaczym pomyślunkiem, poczęli domagać się wzmocnienia palety swojej wyobraźni. Prawnicy, ustawodawcy oraz pozostali kuglarze zabiegali o przystawki umożliwiające szybsze błądzenie wśród gęstwy przepisów.



Grupa trzymająca stołki, załoga na służbowych posadach, błagała o przydział markowych widoków na świetlaną przyszłość. Rządzący domagali się odszkodowań przed podjęciem pracy, zwolnienia z przedwyborczych obietnic, a zwłaszcza dożywotnich diet oraz częstszych wyjazdów na Kajmany. Nikt jednak nie pragnął turbiny z roztropnością, ale mimo to postarano się wykorzystać w praktyce nowy przebój i uruchomiono produkcję zasilaczy.

Najlepiej sprzedawały się wkładki do uprawiania sexfigielków; wzmacniacze z erotycznymi przeżyciami, szły, jak woda.



Zwiększały obroty nie tylko u nabywcy, ale też stawiały na nogi puste konta elektrowni. Starczyło je kupić, podłączyć do kontaktu, by wyjść na zdatnego do wyrażania cielesnych uczuć. Zachwycony delikwent ze sztyftem w potylicy, kategorycznie odmawiał spania, jedzenia i przebywania z dala od gniazdka. Dni, noce i pozostały czas spędzał na rojeniach i spekulacjach.



Jednak nie ma niczego za darmo: okazało się wkrótce, że ludzi wciągniętych do igraszek z elektrodami, prześladuje tępota bez umiaru. Powiększają im się wola, na zewnętrznej obudowie uwydatniają się rogowate wypustki przypominające szczęko nóżki, zęby tracą szkliwo i wypadają, a wzrost im się skurdupla.



Widok ten nie napawał niczym dobrym. Przeciwnie. W trosce o ratowanie zdrowia ludności cywilnej i urzędowej, poczyniono odpowiednie kroki: wydano apel o zaniechanie masowej produkcji sexturbin i wprowadzono na nie obowiązkową reglamentację, a na wyroby krajowe nałożono podatek od dziwactwa.



Od tej chwili wszelkie przystawki miały być krótkotrwałe. Warsztaty nie przyjmowały ich do naprawy, jeżeli aparat był u właściciela dłużej, niż kwadrans.



Powiedziano, że skoro nie można inaczej, to niechaj już sobie będą, ale z lichego surowca, wyłącznie na dynamo lub kryształek. Uchwalono, że mają się psuć równo co trzy minuty z dokładnością do pięciu miejsc po przecinku. Łóżkowym Rambo zaproponowano zbieranie znaczków i życie znowu rozpoczęło morderczą walkę z nudą.
7
Wstęp



Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla, że granat, to nie wykałaczka.



Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert, już
Read More
, teraz, natychmiast, pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.



Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, który psuje ustabilizowany i rozkoszny widoczek. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu zorganizowano jubel i zawleczono na głupawą radochę.



Chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu policyjnym beczkowozem.



Nie domaga się zdawkowej litości, tylko równych dróg, jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.



Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

Niestety. O jego losie decyduje człowiek niekompetentny, lecz kompletny. Urzędnik, który jest przekonany, że do śmierci nic mu nie będzie dolegać, że już na zawsze pozostanie sprawny. Reżyseruje mu życie według swoich wyobrażeń o szczęściu kaleki (bezduszność jest córką braku wyobraźni!).



Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania tak, jak przydarzyło się pewnemu projektantowi szpitala, którego dopadł wylew i znienacka przestał cieszyć się dobrym zdrowiem, a znalazł się w upierdliwej sytuacji warzywa. Kiedy po odzyskaniu przytomności chciał zajść do toalety, nie mógł, więc go tam zawieziono. Lecz nie do środka. Dalej musiano go przetłoczyć przez za wąskie drzwi i za wysoki próg uniemożliwiający wjazd wózkiem.



Jakżeby inaczej: zwymyślał się osobiście i gruntownie, że nie przewidział, iż przestrzeń pomiędzy łóżkami na salach powinna być dostosowana do wymiarów wózka, i, jak to ze świeżo upieczonymi nawróconymi bywa, obiecywał wszystkim naokoło, że jak się tylko wygramoli z niedołęstwa, zacznie kombinować mądrzej. Niestety, opamiętanie przyszło za późno.



By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć bez rezerwy, bojaźni, strachu. Naturalnie. Dostrzec nie opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowania prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.



Wystarczy go zrozumieć, by przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.



Rozwinięcie



Na wsi, w małym miasteczku, człowiek chory i to chory PRZEWLEKLE, żyje bezprawnie.



Do rzadkości należy, że jest pełnoprawnym członkiem kochającej go rodziny. Do wyjątków zaliczyć można takiego, czy taką. Przeważnie są to ludzie ukrywani, ludzie, o których mówi się wstydliwym szeptem, mówi się chyłkiem, półgębkiem, z podkulonym, roztrzęsionym wzrokiem i wyłącznie na torturach.



Co rusz dowiadujemy się, że chory, lub chora, byli trzymani w komórce na opał, w piwnicy albo drewutni, na powrozie, czy łańcuchu, że ich morzono głodem. Dla renty, dla uciszenia nieistniejącego sumienia, pozwalano im gnić.



Zakończenie



Dwa tygodnie temu zmuszony byłem wyjechać do miasta. Ostatnio nie zdarza się często, bym robił to z powodów przyjemnościowo-rekreacyjnych. Raczej odwrotnie, gdyż tak zwana pogoda nie nastraja mnie do wychodzenia gdziekolwiek; jeśli opuszczam swój gołębnik, to czynię tak NA SPECJALNE ŻĄDANIE.



Kto nie porusza się za pomocą inwalidzkiego usprzętowienia kołowatego (komercyjna nazwa mojej rikszy), ten nie wie, dlaczego czepiam się doskonałej jakości naszych dróg. Ale kto porusza się TYLKO wózkiem, ten wie, o czym tu nudzę.



Niby likwiduje się architektoniczne bariery, wprowadza udogodnienia i inwalidzie jest przeciętnie lepiej. W dużych aglomeracjach, w centralnych punktach wielkich miast, w sąsiedztwie szlaków zagranicznych turystów, w hotelach, na niektórych dworcach i w ekskluzywnych garkuchniach, silimy się na europejski sznyt, udajemy, że jesteśmy cywilizowani i wrażliwi, jak jasna cholera. Natomiast w Zadupiu Gównianym udawać nie musimy.



KONIEC
7
Niedługo będziemy musieli czekać na upragniony sukces: wkrótce, wysiłkiem wielu układów trawiennych, nasze ukochane Mazury zmienią się w największe szambo w Europie.



Tereny leśne, obfite w zwierzynę, świeże powietrze i ciszę, zostaną wygumkowane z istnienia. Nad jeziorami pojawią się rachityczne bungalowy w stylu zakopiańskim. Tubylcy z ciupagami w jednej, a oscypkami kaszubskimi w drugiej ręce, urządzą zabłąkanym ceprom nizinnym niejedną birbancką potańcówkę na sztachety.



Niejeden piknik, biwak, lub inna wyjąca imprezka, staną się powodem ucieczki zwierząt. Zające po
Read More
chłonięte upojną drzemką pod miedzą, zostaną poddane zmorom decybelowym, a ich sielski spokój zdechnie bez odwołania.



Stare jelenie, jak przez mgłę pamiętające lepsze czasy, zmuszone do galopu w celu ucieczki przed alkoholowymi miłośnikami łona natury (lub jakiegokolwiek łona), gnać będą na oślep i szukać ratunku będą poza miejscem swojego dotychczasowego parkowania. Rejterowały do sąsiednich gmin i województw gubiąc ze strachu poroża.



Ale i w nich byli dobrzy ludzie z pałami, betoniarkami i ekologicznymi pomysłami na wykończenie matki natury, więc doszły do wniosku, ze nie da rady i że trzeba im w te pędy wyginąć.



Szuwary, tataraki, podmokłe siedliska rozćwierkanych i kumkających stworzeń, znikną. W ich miejsce zasadzi się ściernisko pod nowy bank, a bank to będzie okazały, świeżutki, pachnący przekrętami.



Nad rozlewiskiem postawi się też stację benzynową, warsztat naprawy dorożek spalinowych oraz myjnię dla czyścioszków od święta.



Jeżeli chodzi o wodę, to jest jej w bród. Można ją ściągać bezpośrednio z akwenu. Jeżeli chodzi o ścieki, to też jezioro jest niezastąpione: wszystko, co gnije, cuchnie i jest podobne do ruchomej padliny, powinno się w nim znaleźć.



Specjalne ekipy najemnych naukowców dowiodły bowiem, iż współczesne żyjątka muszą odżywiać się nieczystościami. Wykazały, że co prawda herbata sporządzona z tej wody nadaje się do wylania razem z czajnikiem, ale tym niemniej przydaje się do glansowania sztucznych szczęk.



Nasza rekreacyjna perła dewizowa dokuśtykała do pozostałych rezerwatów z naturą, dopełzła do Narodowych Pieścidełek Folderowych przedstawiających różowe obrazki chwytające za portfel czy serce, prezentujących czyste rzeki, podfiokowane tatrogóry i zabetonowane doliny do gry w golfa.



Znowu doładujemy sobie akumulatory tromtadrackiego samopoczucia i znowu udowodnimy całemu światu, że jesteśmy w czołówce państw absurdalnych.



Tłumy ciekawskich odwiedzaczy krajobrazowych zadepczą niedostępne rejony dla draki nazywane kniejami, borami i puszczami, a jakiś błyskotliwy ochroniarz środowiska dostanie premię za dewastacje przyrody i wszystkim zrobi się błogo.



Minister od ekosystemów wyda instrukcję na temat prawidłowego robienia kupki, a fachman od fetoru tysiąca jezior pozwoli na zażaglówkowanie, obdziałkowanie i zamotorówczenie całego obszaru. Co nagoni nam jeszcze większą hałastrę turystów i co przysporzy nam satysfakcji, że nie wypadliśmy sroce spod ogona i też potrafimy dbać o florcię i faunę, a w ramach troski o cudowną przyszłość, stworzy się kombinat produkujący świeże powietrze i fabrykę cyjanku dla późnego wnuka.
5
Krótka seria zapisków z protokołów policyjnych. Dzisiejszy odcinek kończy serial.



Budka telefoniczna zbliżała się. Kiedy próbowałem zjechać jej z drogi, to uderzyła w mój przód. ● Doberman zjadł wnętrze samochodu, kiedy byłem w sklepie. ● Inny samochód zderzył się z moim, nie ostrzegając o swoich zamiarach. ● Jechałem do lekarza z chorym kręgosłupem, kiedy wypadł mi dysk, powodując wypadek. ● Jechałem sobie spokojnie, a tu nagle zaatakowała mnie wysepka tramwajowa. ● Kiedy wróciłem do samochodu, to się okazało, że on umyślnie albo nieumyślnie zniknął. ● Mój samochód b
Read More
ył legalnie zaparkowany, kiedy wjechał w inny pojazd. ● Nagle znikąd pojawił się niewidoczny samochód, uderzył w mój samochód, po czym zniknął. ● Na samochód wpadła krowa. Później dowiedziałem się, że była trochę przygłupia. ● Nie wiedziałem, że po północy też obowiązuje ograniczenie prędkości. ● Poszkodowany przeze mnie obywatel jest teraz w szpitalu i nie chowa urazy. Powiedział, że mogę korzystać z jego samochodu i wziąć jego żonę aż do czasu, kiedy wyjdzie ze szpitala. ● Pośrednią przyczyną wypadku był mały człowieczek z dużą buzią. ● Potrąciłem tego mężczyznę, który przyznał, że to jego wina, ponieważ już poprzednio był poszkodowany. ● Powiedziałem policjantce, że nic mi nie jest, ale kiedy zdjąłem kapelusz, stwierdziłem, że mam pękniętą czaszkę. ● Prowadziłem od 40 lat, kiedy nagle zasnąłem przy kierownicy i miałem wypadek. ● Przechodzień uderzył mnie i wszedł pod mój wóz. ● Ten pieszy strasznie latał po szosie, musiałem kilka razy wykręcać, zanim na niego wpadłem. ● Usłyszałem, jak Przemek krzyknął do głuchoniemego Tokarczuka: Stój! ● Wjeżdżając na parking uderzyłem w ogromną plastikową mysz. ● Wyrzuciło mnie z samochodu, kiedy zjechał z szosy. Dopiero potem znalazły mnie dwie zbłąkane krowy. ● Zatrąbiłem na pieszego, ale on tylko się na mnie gapił, więc go przejechałem. ● Zderzyłem się ze stojącą ciężarówką nadjeżdżającą z drugiej strony.



Ĺšródła: internet, własne
What is Kliqqi?

Kliqqi is an open source content management system that lets you easily create your own user-powered website.

Latest Comments