reklama
4
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Stanisław Popiołek dość szybko zrobił karierę wójtowski stołek objął zaledwie w pięć lat po ukończeniu studiów. Nie bez znaczenia był w tym przypadku okres nauki w Akademii TechnicznoRolniczej, gdyż właśnie w tamtym czasie wyrobił sobie znajomości, które w późniejszych latach zaowocowały objęciem tak wdzięcznej posady. Może określenie wyrobił sobie znajomości nie oddaje właściwie jego studenckich starań, ale...

Do dziś Stanisław pamięta, że impreza była niezwykle udana: w akademiku piwo lało się obficie, wódka i wino także płynęły strumieniami, a z towarzystwa co i rusz ubywało na jakiś czas mieszanych par. Opuszczający pokój udawali się do innych pomieszczeń i tam robili co trzeba, po czym wracali i kontynuowali zabawę. Stanisław od dłuższego już czasu miał ochotę na Krystynę, która podobnie jak on pochodziła ze wsi. Kilkakrotnie starał się z nią umówić, ale dziewczyna czy to z przekory, czy to uznając, że nie jest on odpowiednim dla niej partnerem unikała proponowanych przez Popiołka randek. W końcu spotkali się na tej studenckiej popijawie. Stanisław zauważył, że Krysia tęgo popija o co ją nigdy nie posądzał i już w połowie imprezy zachowuje się bardzo swobodnie. Postanowił to wykorzystać i ochoczo zabawiał Krystynę opowiadając jej sprośne dowcipy, jednocześnie dolewając do jej szklanki wzmocnione winem lub wódką piwo, które jak mu się dziewczyna przyznała bardzo lubi. Po jakimś czasie Stanisław zaproponował Krysi spacer w parku wokół miasteczka akademickiego, z którego jednak bardzo szybko wrócili, gdyż w jego trakcie zaczął padać deszcz. Przemoknięci wrócili do akademika, a Stanisław zaprosił Krysię do swego pokoju, oferując jej na rozgrzewkę herbatę z cytryną. Zgodziła się dość szybko, co skłoniło Stanisława do przypuszczeń, iż dziewczyna ma na niego ochotę. Po wypiciu herbaty zaczął się do niej dobierać, ale panna nie bardzo miała ochotę na zawarcie bliższej znajomości z adoratorem. Mimo wysiłków Stanisława dziewczyna w żaden sposób nie godziła się pójść z nim do łóżka, co mocno wkurzyło podpitego amanta. Gdy dziewczyna zdając sobie sprawę z możliwych konsekwencji dalszego przebywania w pokoju Stanisława zaczęła mu się gwałtownie wyrywać, a nawet podnosić alarm, że ktoś bez jej wyraźnej zgody nastaje na jej cnotę. Popiołek zawiedziony takim przebiegiem randki mocno się zdenerwował i... dał Krystynie kilka razy po jej ładnej buzi. Ile to było razy nie bardzo pamiętał, gdyż podpity i zdenerwowany, wpadł w jakiegoś rodzaju otumanienie, przez co stracił kontrolę nad swoim postępowaniem. Co do liczby ciosów uświadomiono go kilka dni później w Komendzie Miejskiej Milicji Obywatelskiej, gdzie został wezwany w trybie pilnym. Dwaj, jak mu się wydawało oficerowie, poprosili go żeby usiadł na krześle przed biurkiem i zaczęli wypytywać o charakter znajomości z jego niedoszłą kochanką. Początkowo krygował się, ale zachęcony groźbą wyrzucenia ze studiów w końcu pękł i w miarę tego co zapamiętał zdał relację ze swojej nieudanej upojnej randki z Krystyną. Wówczas funkcjonariusze poinformowali go, że Krystyna zeznała, iż próbował ją zgwałcić, a gdy nie wyraziła zgody na seks, to pobił ją dość brutalnie; w odpowiedzi na jej sprzeciw miał jej zadać kilkanaście ciosów, początkowo rozdzielanych otwartą dłonią, a na zakończenie pięścią. Poszkodowana przedstawiła wyniki obdukcji lekarskiej, której poddała się nazajutrz po tym fatalnym zdarzeniu. Przy okazji Stanisław dowiedział się, że Krystyna jest córką jakiegoś partyjnego notabla bodajże pierwszego czy też drugiego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który twardą ręką rządzi na terenie gminy, w której niedawno objął to stanowisko. Funkcjonariusze jak się teraz okazało wcale nie byli oficerami Milicji Obywatelskiej, lecz Służby Bezpieczeństwa. Powiedzieli Popiołkowi także, że może uniknąć wysokiej kary a oni potrafią przeciwdziałać takim wywrotowym, jak napaść na córkę partyjnego bonzy, zachowaniom rozpuszczonych studentów pod warunkiem, że przyjmie ich propozycję. Bezpieczniki jeszcze raz powtórzyli, że Stanisław za swoje przewinienie z łatwością może wylecieć ze studiów, a zabazgrane po wyroku papiery, na długi czas uniemożliwią mu osiągnięcie różnego rodzaju awansów w przyszłej pracy. Popiołek przestraszył się przede wszystkim tego, że zawiedzie swoich rodziców, którzy ciężko harowali na jego studia, prowadząc gospodarstwo rolne. Nie chciał im robić przykrości i narażać na kpiny sąsiadów, którzy z pewnością nie omieszkaliby wykorzystać faktu, że ich syn jest bandytą i gwałcicielem, i rozpuściliby jęzory na całą rodziną gminę Popiołków. Udając, że się głęboko zastanawia, choć decyzja ta przyszła mu z łatwością, w końcu zgodził się na proponowany mu przez funkcjonariuszy Służby Bożej układ. Niemal natychmiast podpisał podsunięty mu dokument, że zgadza się być Tajnym Współpracownikiem SB i informować co jakiś czas Służbę o tym, co dzieje się w akademikach. Na pocieszenie bezpieczniki dodali, że za każdą wartościową informację otrzymywać będzie gratyfikację pieniężną. Stanisław dowiedział się jednocześnie, że w niedługim czasie jeden z przesłuchujących skontaktuje się z nim w celu omówienia form kontaktowania się oraz rodzaju informacji, które interesują służby specjalne. Stanisław Popiołek nie był pierwszym, ani też ostatnim, który wpadł w sidła zastawiane na przestrzeni lat 80-tych przez SB. W kręgach tej służby mówiło się wówczas, że w akademikach Akademii TechnicznoRolniczej w co drugim, jeśli nie każdym, pokoju SB ma swojego uchola.

Po opuszczeniu budynku Komendy Miejskiej Stanisława naszły wątpliwości które trapiły go przez kilka dni co do swej postawy i moralnej odpowiedzialności za donoszenie na swych kolegów i koleżanki ze studiów. Ale już po drugim spotkaniu ze swym patronem całkowicie rozwiały się, gdy Popiołek otrzymał potężną premię oraz zorientował się, że SB interesuje niemal wszystko: od tego kto z kim chodzi, przez nastroje panujące wśród studenckiej braci i opinie na temat władzy wyrażane przez niesfornych studentów podczas różnego rodzaju imprez, do tematyki poruszanej podczas niektórych wykładów przez profesorów, docentów i adiunktów uczelni. Stanisław zachęcony wysokimi apanażami za przekazywanie jak uważał zwykłych plotek, bardzo szybko stał się bardzo wartościowym TW. W późniejszym okresie nie targały już nim żadne, jakieś tam, moralne burze i kontaktował się ze swym opiekunem bardzo często wykazując się inicjatywą własną nader często. Zarobione za donosicielstwo pieniądze skrzętnie ciułał i oczywiście nie informował o nich rodziców, ani pozostałych członków rodziny. Mówił im natomiast, że od czasu do czasu trafia mu się dobrze płatna robota w Studenckiej Spółdzielni Pracy i dlatego jest mu łatwiej. Dla pozoru, ale także ze zwyczajnej ludzkiej chytrości, nie zrezygnował jednak ze wsparcia materialnego od rodziców, choć jednocześnie nie naciskał ich, gdy pieniądze przekazywali mu z niewielkim opóźnieniem.
3
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Stanisław Popiołek od dłuższego już czasu powołując się na długoletnią karierę samorządowca tkwił w samozadowoleniu, które przybierało bardzo często postać samouwielbienia. Kilkanaście lat na stanowisku wójta swój wybór wywodził z tego, że nie ma lepszego niż on kandydata do fotela włodarza gminnego wypaczyło mu charakter, a jego zachowanie wobec mieszkańców przypominało często postawę pana na włościach wobec poddanych. Niektórzy co śmielsi nawet podśmiewali się z niego, że obecne stanowisko traktuje on niczym król, który przewiduje, że schedę po nim obejmie, na zasadzie dziedzictwa, jedna z jego latorośli. Gdy wójtowi doniesiono o tych pogłoskach a zrobiły to jego pieski, które dobrze karmił mocno się zdenerwował i natychmiast zwolnił z pracy członków rodzin, wśród których podglądy o dziedziczeniu tronu cieszyły się uznaniem. Po tym zdarzeniu ludzie jeszcze bardziej zamknęli się w sobie i od tej pory już tylko bardzo nieliczni ośmielali się publicznie wyrażać słowa krytyki pod adresem wójta. Wójt nie przejmował się krytyką, bo wiedział, że niezadowolonych zawsze można ustawić i zdyscyplinować. W swej bezczelności posuwał się nawet do tego, że pracowników interwencyjnych lub publicznych które to stanowiska opłacano z budżetu państwa kierował do pracy na prywatnym gospodarstwie swego brata. Gwizdał przy tym na skargi i donosy niektórych odważnych, którzy o tego rodzaju nieprawidłowościach informowali Powiatowy Urząd Pracy. Wiedział bowiem, że żadna krzywda nie dotknie go z tego tytułu, gdyż w powiecie starościńską władzę sprawował jego kolega partyjny, a stanowisko szefa PUP powierzono osobie w pełni zależnej od powiatowego włodarza samorządowego. Na tych, których podejrzewał o donosy natychmiast spadały gromy: nie było mowy o zatrudnieniu członków ich rodzin i nie mogli oni nawet liczyć na zasiłki lub jakiekolwiek wsparcie z Ośrodka Pomocy Społecznej. Pod tym względem wójt Popiołek nie tolerował żadnej niesubordynacji i mścił się okrutnie, nie zważając na trudną sytuację materialną mieszkańców, którzy ośmielili się przeciwstawiać jego metodom rządzenia. Zawsze na wsparcie mogli zaś liczyć ci, którzy występowali z wiernopoddańczymi gestami i na każdym kroku składali hołd wielkiemu oraz szlachetnemu włodarzowi gminnemu.



*****



Wójt Popiołek odnosił nie tylko sukcesy, miał wielki kłopot, którego sprawczynią była jego żona Beata. Jakiś czas miał z nią spokój, ale pewnego razu jego ślubna znowu zaszalała i to, jak się zorientował, prawie na maksa. Wójt mimo, że zarabiał godziwie, nie miał ochoty na to, żeby jego małżonka wydawała pieniądze na byle głupstwa, jak oceniał jej zakupy markowej odzieży w najdroższych sklepach. Ma parę sukienek, buty i inne ciuchy, które są wystarczające na wszelkiego rodzaju gminnych uroczystościach rozważał. Po co głupiej babie jakieś ekstra ciuchy, jakby uczestniczyła w pokazach mody. Ma siedzieć w domu i gotować obiady, a nie pindrzyć się przed lustrem i pokazywać w kreacjach z najnowszych żurnali mody.

Jeśli chcesz kupować nowe ciuchy, to idź do pracy, bo ja nie będę finansował twoich fanaberii i nie będę Ci fundował babskich fatałaszków powiedział jej kilka lat temu. Ode mnie dostaniesz na bieżące opłaty i zakupy. Jak będą jakieś wydatki dodatkowe, to zastanowię się nad ich sfinansowaniem. W tym małżeństwie to ja jestem głową rodziny i to ja decyduję o wydawaniu poważnej kasy, bo to ja także zarabiam godziwe pieniądze.

Beata Popiołek wówczas cichutko potwierdziła, że zgadza się z filozofią męża. Poprosiła go jedynie, żeby pomógł jej znaleźć pracę. Oczywiście wójt nie odmówił i po jakimś czasie jego żona została zatrudniona w administracji miejscowej szkoły. Popiołek wiedział, że zarobki na tym stanowisku nie są zbyt wysokie. I dobrze, nie będzie zbytnio się rzucała podczas zakupów myślał wójt. Niech trochę się pomęczy i pooszczędza na te swoje stroje.

Nieco innego jednak zdania była jego żona. Wprawdzie pensyjka jednorazowo starczyłaby na jeden ekstra ciuch, ale ona uważała, że jako wójtowa, musi się prezentować wspaniale codziennie, nawet w swojej pracy, nie wspominając o wypadach na zakupy. Najlepiej gdybym miała nowe kreacje, na każdy dzień inną, przynajmniej na okres dwóch miesięcy snuła plany. Wówczas wszystkie te baby z mojego otoczenia nie miałyby szansy zapamiętać co założyłam i myślałyby, że mam kreacje na każdy dzień w roku. Żeby spełnić swe marzenia szybko potrzebowała większej ilości gotówki, jej małżonek kategorycznie odmawiał jej pomocy i skąpił jej, gdy tylko usłyszał, że chce kupić nowy ciuch. Wpadła więc na pomysł, żeby wziąć w banku kredyt. Nie martwiła się o spłatę, bo liczyła, że w razie kłopotów mąż i tak będzie musiał uregulować zobowiązanie. Obawiając się jego reakcji nie powiedziała mu jednak o kredycie i nie poprosiła, żeby jej pożyrował pożyczkę. Na żyrantki naciągnęła koleżanki z pracy, mówiąc, że musi wziąć większą kasę, gdyż zamierza mężowi zrobić niespodziankę. Kredyt szybko załatwiła, a następnie wyjechawszy do miasta wojewódzkiego obkupiła się obficie i niezwykle zadowolona wróciła z zakupami do domu. Oczywiście nie pochwaliła się mężowi i część ubrań ukryła w szafie, której zawartością Popiołek i tak się nie interesował. Po jakimś czasie przestała spłacać bankowe raty, bo w jednym ze sklepów wypatrzyła doskonały, jej zdaniem kostium. Kupiła go na raty i uznała, że nic się nie stanie, gdy koleżanki zapłacą jedną czy dwie raty, a ona i tak później odda im dług z nawiązką. Tak się jednak nie stało, gdyż po dwóch miesiącach w innym sklepie wypatrzyła kolejną ekstra kreację, która wraz z dodatkami kosztowała niemal trzy jej pensje. Kupiła ją jednak, tak jak poprzednio, na raty, a o zobowiązaniach wobec banku zapomniała. Sprawa się wydała, gdy jedna z żyrantek mając dość spłacania zobowiązań pani wójtowej zgłosiła się do jej męża. Stanisław Popiołek uregulował należności wobec banku i żyrantek. W domu jednak miała miejsce ciężka awantura zakończona, na szczęście, bez rękoczynów.

Jednak po ostatnim zakupowym wyczynie wójt nie zdzierżył i przez kilkanaście dni jego ślubna przychodziła wprawdzie do pracy wystrojona, jednak nie rozstawała się z ciemnymi okularami a makijaż na jej twarzy był bardzo gruby. Koleżankom tłumaczyła, że spadła ze schodów, ale i tak tym tłumaczeniom nie dawano wiary. Wójta wkurzył tym razem fakt, że jego małżonka naciągała na różnego rodzaju okolicznościowe pożyczki podległych mu pracowników. Ci, z obawy przed wójtem, ukrywali przed nim dość długo zwłokę w spłatach pożyczek. Być może udałoby się przykre fakty ukryć jeszcze dłużej, ale sprawa się rypła podczas kontroli finansowej podległych wójtowi jednostek. Wówczas to dwie księgowe z płaczem wyjaśniały braki w kasie i mówiły, że to żona gminnego włodarza pożyczała od nich pieniądze i długo ich nie oddawała. One zaś, nie chcąc sprawiać przykrości wójtowi, manipulowały dokumentami, żeby kasa grała. Dodatkowe fakty ujawnione zostały podczas rozmowy wójta z Iwoną Ochojską, dyrektorką miejscowej szkoły, w której pracowała żona wójta. Ochojska zgłosiła się do swego szefa z informacją, że w kasie szkoły brakuje dużej kwoty pieniędzy. Okazało się, że nadzór nad pieniędzmi prowadzi... żona wójta. Wyrozumiały samorządowiec szybko wyciągnął portfel i uregulował brakującą kwotę prosząc Iwonę Ochojską, żeby nie robiła z tego problemu. Ustalił z nią też, że jego żona weźmie urlop bezpłatny. Wójt nie ukarał też za braki, które szybko spłacił, innych pracownic, ale zapowiedział, że więcej tego rodzaju wypadków nie będzie tolerował. W nieco mocniejszy zaś sposób uświadomił swoją żonę.
4
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Wójtowi Popiołkowi osoba Grażyny Skóry wpadła w oko już przed trzema laty, gdy do gminy przyjechali przedstawiciele kilku instytucji współpracujących z samorządem jeszcze jako szeregowa pracownica Ośrodka Pomocy Społecznej wykazała się wielką operatywnością, czym zwróciła na siebie uwagę licznych notabli. Pod jej adresem wójtowie wygłaszali liczne pochwały: a to, że potrafi zadbać o gości, proponując im napoje i zakąski podczas bankietu, a to, że rozsądnie odpowiada na stawiane pytania i dokładnie tłumaczy politykę gminną, a wreszcie i to, że choć nie najmłodsza, to doskonale prezentuje się na tle innych kobiet uczestniczących w spotkaniu. Nieco później Stanisław Popiołek postanowił bliżej przyjrzeć się swej o trzy lata starszej podwładnej i po dłuższej obserwacji również zauważył zalety prezentowane przez Grażynę. Jakieś pół roku później nadarzyła się okazja awansowania jej. Dotychczasowy kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej wyprowadzał się z rodziną na południe Polski i trzeba było rozglądnąć się za kandydatem na zwalniane przez niego stanowisko. Wójt pomyślał oczywiście o Grażynie i nie omieszkał w tej sprawie zasięgnąć opinii jej dotychczasowego szefa. Ten niezmiernie ją chwalił i na koniec orzekł, że dobrze by było, gdyby to stanowisko powierzyć Grażynie. Tak też się wkrótce stało Grażyna Skóra została powołana na stanowisko kierownika Ośrodka Pomocy Społecznej. Nie bez znaczenia było jej wykształcenie i doświadczenie w kontaktach z ludźmi, podopiecznymi ośrodka. W rok po objęciu stanowiska, jako osoba ambitna i pragnąca jak najlepiej wywiązywać się z powierzonych jej obowiązków, podjęła studia podyplomowe, starając się zyskać nową specjalność organizację pomocy społecznej niezwykle przydatną na zajmowanym obecnie stanowisku.



Od początku sprawowania rządów w Ośrodku Pomocy Społecznej przez Grażynę wójt zaczął często ją odwiedzać. Najczęściej gościł w gabinecie szefowej. Wówczas pomieszczenie to było niezwykle ciasne i słabo izolowane od reszty biur ośrodka, dlatego też wizyty Popiołka nie były długie. Ale gdy po około pół roku ośrodek przeniósł się do nowego lokalu znacznie większego i lepiej przystosowanego do tego rodzaju pracy wówczas Grażyna zajęła, wprawdzie nie największy, ale dość duży pokój, który miał osobne wejście. Wójt dopatrzył się w tym szansy dla siebie i jego wizyty nie ograniczały się jedynie, jak poprzednio do pobytu 1520-minutowego, lecz spędzał tam nieraz większość godzin urzędowania. Pracownice ośrodka bardzo często żartowały w rozmowie ze swoją szefową, że ośrodek władzy gminnej znajduje się obecnie w jej gabinecie. Grażynę początkowo drażniło takie gadanie, ale później nie zwracała na to uwagi i nawet żartobliwie komentowała je mówiąc:



Przecież nie wygonię swego szefa, gdy ma on ochotę rządzić gminą z naszego ośrodka.



Grażynie imponowało zainteresowanie wójta jej osobą. Nie dość, że zajmował wysokie stanowisko, to był przecież młodszy od niej. Jak każda kobieta była nieco próżna, tak więc częste wizyty szefa samorządu sprawiały, że czuła się dowartościowana. Bawił ją ten układ nawet wówczas, gdy spostrzegła, że zainteresowanie wójta wynika nie tylko z zależności służbowej, ale ma raczej bardziej osobisty charakter. W dalszym ciągu jednak nie odrzucała awansów Popiołka, gdyż w znacznym stopniu ułatwiało jej to pracę np. nigdy nie musiała biegać do urzędu po jakikolwiek podpis pod dokumentami. A wójt, zaglądając jej głęboko w oczy a gdy była okazja również gdzieś indziej bardzo chętnie podpisywał podsuwane mu papiery. Grażyna w duchu śmiała się, że Popiołek mógłby w ten sposób podpisać nawet wyrok śmierci na siebie. Poza tym Grażynie nie sprawiało kłopotów zdobywanie finansów na potrzeby ośrodka. Gdy tylko widziała potrzebę przeznaczenia funduszy na pomoc swym podopiecznym, to natychmiast zgłaszała ten problem wójtowi, który bez kłopotów forsował jej pomysły na forum rady gminy. Nie miał z tym problemów, gdyż przed wyborami bardzo uważnie obserwował zgłaszanych kandydatów, a także często sam zachęcał niektórych do ubiegania się o funkcję radnego. Oczywiście nie czynił tego w stosunku do osób, które mogłyby mu zagrozić, choćby przez wyrażanie swoich, odmiennych niż wójtowskie, poglądów na niektóre zagadnienia dotyczące gospodarki gminnymi finansami. Takim osobnikom wójt wyraźnie dawał do zrozumienia, oczywiście nie osobiście, lecz przez osoby trzecie, że nie leży w ich interesie ubieganie się o fotel radnego, bo on potrafi, jeśli zechce, tak uprzyjemnić życie mieszkańcowi gminy, że ten do końca swych dni będzie żałował, iż dał się skusić na próbę wytyczania wójtowi kierunków rozwoju samorządu. Co do instrumentów nacisku, to wójt dysponował ich ogromnym arsenałem. Wszak swą funkcję pełnił już od kilkunastu lat i miał w tym względzie bogate doświadczenie. Jakże łatwo było w gminie, w której panowało niezwykle wysokie bezrobocie, a większość mieszkańców stanowili byli pracownicy upadłych pegeerów, odmówić komuś: a to umorzenia czy choćby odroczenia raty podatku, a to wydania pozwolenia na budowę lub nawet na wycięcie drzewa czy w końcu wskazania nowego oczywiście wyższego wymiaru podatku. Nie bez znaczenia przy tym był fakt, że to praktycznie wójt decydował o przydzieleniu konkretnych osób do prac interwencyjnych lub publicznych. Na terenie gminy niemal każda rodzina dotknięta była bezrobociem: w większości żaden z członków rodziny nie pracował lub pracował dorywczo, o szczęściu mogli mówić ci, którzy posiadali rodziców czy tez dziadków z rentami lub emeryturami, w niewiele lepszej sytuacji byli ci, u których jedna osoba miała stałą pracę, a w siódmym niebie byli ci, gdzie w rodzinie dwie osoby zatrudnione były na stałe. Dla wszystkich biedniaków, którzy bez przerwy w sklepach robili zakupy na tzw. krechę, decyzja wójta o przydzieleniu tymczasowej, słabo płatnej pracy była niczym okazja do chwycenia Pana Boga za nogi. Ludzie, zdając sobie sprawę z tego, że każdorazowe podpadnięcie czy też odszczekanie się wójtowi mogło wpłynąć niekorzystnie na rozdzielanie stanowisk pracy o które było niezmiernie trudno interwencyjnej lub publicznej, siedzieli cicho i publicznie nie sarkali na rządy Popiołka. Co najwyżej jedynie w domu, ale także nie za głośno, narzekali, że wójt rozdziela pracę niesprawiedliwie, pomijając najbardziej potrzebujących i kierując się osobistymi odczuciami dotyczącymi prowójtowskiej postawy mieszkańców. Uznanie w oczach wójta znajdowali natomiast wszyscy cisi oraz ci, którzy byli od niego, w jakikolwiek sposób uzależnieni. Tych Popiołek, niejednokrotnie osobiście, zachęcał do startu w wyborach samorządowych i prowadził agitację na ich rzecz wśród mieszkańców gminy. Był niezwykle zadowolony, gdy jego kandydatom przypadło w udziale zwycięstwo w wyborach. Tym sposobem zdobywał wśród radnych stronników, na których mógł liczyć w każdej sytuacji. Jego poplecznicy wspierali go w każdej inicjatywie bez dyskusji i np. na forum rady zgłaszali swoje poparcie dla każdego pomysłu wójta, którego realizacja wymagała zabezpieczenia środków w budżecie gminnym. Nie przyjmowali oni żadnych przeciwnych argumentów, bo dla nich to co powiedział wójt Popiołek było rzeczą niemal świętą. Oczywiście w dalszej perspektywie to głownie oni korzystali z łask wójta i mogli liczyć na jego gest rekompensujący niechęć okazywaną im przez mieszkańców gminy. Krótko mówiąc, to dla nich wójt przeznaczał ochłapy spadające z jego pańskiego stołu.
5
Powieść? Chciałbym, żeby tak było, ale bezpieczniej tekst ten nazwać próbą literacką zaledwie. A czy ciekawa ta powieść? Oceńcie sami. Zapraszam do lektury, codziennie nowy odcinek.



###############

Historia ta mogła się wydarzyć wszędzie, tak więc przypisywanie jakiegokolwiek podobieństwa do sytuacji lub osób występujących w rzeczywistości jest bezzasadne, gdyż powieść jest tylko fikcją literacką.



To rzecz nie do wiary,

Żeby osoba, co była dotychczas

Przedmiotem waszych nieustannych pochwał,

... nagle, w mgnieniu oka,

Mogła popełnić
Read More
coś tak występnego

Co ją wyzuło z wszelkich łask. Jej wina

Musi zaiste być potwornie wielką

Albo poprzednia wasza czułość dla niej

Była naganną.



Król Lir, I: 1



###############



Zajdź później do mojego pokoju zwrócił się do Grażyny Skóry jej przełożony, wójt Stanisław Popiołek.

Grażyna przestraszyła się tej propozycji, gdyż od dłuższego już czasu wójt smalił do niej cholewki kusząc wszelkiego rodzaju awansami. Wiedziała, że wizyta w hotelowym pokoju przełożonego może zakończyć się nawet w łóżku, a na taki rozwój sytuacji nie mogła sobie pozwolić. Jednak dla zachowania pozorów powiedziała:

Dobrze, tylko najpierw troszkę odpocznę. Będę za jakąś godzinę.

Oboje właśnie wrócili z konferencji szkoleniowej, która odbywała się w Gdańskim Ośrodku Doskonalenia Zawodowego. Uczestniczyli w niej kierownicy Ośrodków Pomocy Społecznej z licznych miejscowości województwa pomorskiego i warmińskomazurskiego, jak również skromne grono włodarzy gminnych.

Grażyna Skóra była bardzo zaskoczona decyzją wójta o uczestniczeniu w tej konferencji, gdyż dotychczas nie przejawiał on zbytnich chęci do udziału w tego rodzaju nasiadówkach. Poza tym tematyka szkolenia obejmowała zagadnienia adresowane właściwie do pracowników ośrodków pomocy; znacznie mniej tam było tematów, których odbiorcami mogliby być szefowie samorządów. Niemniej, po przeanalizowaniu ostatnich wydarzeń w jej otoczeniu Grażyna doszła do wniosku, że Stanisław Popiołek postanowił przypuścić szturm frontalny w celu sfinalizowania swoich długich starań o jej względy.

Nie mając ochoty na skończenie wieczoru w łóżku wójta, postanowiła poprosić swą serdeczną koleżankę Wandę Walentynowicz, kierowniczkę ośrodka pomocy z jednej z miejscowości na Mierzei Wiślanej, żeby jej towarzyszyła podczas wizyty w pokoju hotelowym wójta.

Tymczasem Stanisław Popiołek ostro przygotowywał się do spodziewanych rozkoszy: przebrał się, ogolił, wziął prysznic, namaścił swe ciało wodą kolońską. Zamówił też do pokoju trunki, napoje, lód oraz zakąski. Gdy ujrzał w drzwiach dwie, zamiast jednej, niewiasty początkowo był mocno zaskoczony i rozczarowany. Nieco pomyślawszy, doszedł do wniosku, że może wieczór zakończyć nieco atrakcyjniej, niż pierwotnie planował. Licząc na skonsumowanie znajomości z Grażyną Skórą, nagle zaświtała mu myśl, że wieczór spędzony w trójkącie będzie znacznie lepszy. Jakże się pomylił.

Zabrałam ze sobą Wandzię wyjaśniła Grażyna wójtowi bo została sama w swoim pokoju i pomyślałam, że warto ją zaprosić, aby podsumować dzisiejsze szkolenie. W trójkę będzie nam łatwiej.

Wójt nie dał poznać po sobie, że inaczej wyobrażał sobie ten wieczór i wchodząc w rolę gospodarza powiedział:

Ależ oczywiście pani Wandziu, przepraszam, że nie pomyślałem o tym wcześniej w duchu zaś rzucał gromy na Grażynę za to, że wystawiła go do wiatru. Obłudnie zaproponował obu paniom: Może drinka?

Obie wymówiły się jednak, jak to kobiety, bólem głowy oraz tym, że są zmęczone, a przecież jutro czeka je jeszcze jeden dzień konferencji. Niemniej z poczęstunku skorzystały poprosiły o sok pomarańczowy. Grażynę zaskoczyła postawa wójta. Nigdy nie uważała go za dżentelmena, bo w swojej gminie traktował on kobiety niczym władca haremu: rzadko której mówił pierwszy dzień dobry, nigdy nie przepuścił przed sobą, np. otwierając drzwi, zawsze oczekiwał powitania niczym hołdu ze strony płci pięknej. Uprzejmość Popiołka musiała wynikać z chęci zrobienia wrażenia na Wandzi, osobie spoza gminy, w której rządził Popiołek.

Około 1,5 godziny, które kobiety spędziły w pokoju wójta nie upłynęło w radosnej atmosferze. Popiołek zorientowawszy się, że ze spraw łóżkowych będą nici, w dyskusji na temat konferencji praktycznie nie uczestniczył. Dyskutowały jedynie Grażyna i Wanda, zaś wójt jedynie od czasu do czasu rzucał albo Zgadza się, albo też No właśnie, toteż z wielką ulgą przyjął zapowiedź, że kobiety są zmęczone i idą spać. Gdy pozostał sam, porządnie wypróżnił butelki z alkoholami i niedługo potem udał się w kierunku łóżka. Przed zaśnięciem myślał jednak o Grażynie kładąc się spać pomrukiwał: Jeszcze Cię dopadnę.



*****



Tymczasem obie kierowniczki udały się do pokoju Grażyny. Po zamknięciu drzwi odetchnęły z ulgą.

Słuchaj Grażyna dopytywała się Wanda a nie będziesz miała kłopotów przez to, że mnie zaciągnęłaś do jego pokoju.

Jakoś sobie poradzę podsumowała Grażyna. Ale nie sądzisz chyba, że mam ochotę na pójście z nim do łóżka. Przecież on dla mnie, to gówniarz.

Krótko potem kobiety pożegnały się i poszły spać.
4
Frombork. Zadupie?

Gdziekolwiek to jest...

Na skrzyżowaniu drogi z Braniewa do Pasłęka ustawiona jest tablica kierująca podróżnych w stronę tego ostatniego miasta. Przed prawie dwoma laty anonimowy autor uzupełnił napis na drogowskazie dopiskiem: Do zadupia. Niestety nie udało nam się ustalić, o jakim zakątku myślał dowcipas niszczący znak drogowy.



Próbowaliśmy to ustalić pytając przechodzących w tej okolicy fromborczan odpowiedzi nie były jednomyślne, a przy tym bardzo urozmaicone. Przechodnie sugerowali, jako miejsce określane w brzydkim napisie, m.in. miasto, k
Read More
tórego nazwa widnieje na znaku. Mniej konkretni twierdzili, że są to tylko okolice Pasłęka lub nieco bliżej położonych Młynar. Kolejni rozmówcy określali treścią dopisku leżące na trasie do Pasłęka miejscowości lub usytuowane opodal fromborskie osiedle, a dwóch następnych mówiło wręcz widocznie źle oceniają miejscowe władze o... budynku Urzędu Miasta i Gminy.

Jedną z pytanych osób była starsza pani, która doszła do wniosku, że:

To jakiś chuligan napisał, ale ja polityką się nie interesuję.



Nie mogąc dociec prawdy motywów dopisania niezbyt kulturalnej treści pozostaje nam zwrócić się do autora. Może on odkryje przed nami powody, może są to jednak motywy polityczne, swej manifestacji?



Zapytaliśmy też burmistrza, dlaczego napis na znaku trwa prawie dwa lata i czy długo jeszcze będzie on wizytówką miasta. Wiktor Slipiko powiedział:



Znaki drogowe należą do właściciela drogi, w tym wypadku do Zarządu Dróg Wojewódzkich. Zwracaliśmy się w tej sprawie do dyrekcji jeszcze przed reformą administracyjną, lecz na nasz sygnał nie było odzewu. Po reformie natomiast jakoś umknął nam ten problem, ale mogę jednak zapewnić, że w tym roku znak, a tym samym napis na nim, znikną, gdyż skrzyżowanie i ulica ZHP zostanie gruntownie odremontowana.



Krzysztof Kotowski
3
Były prezydent, Aleksandr Kwaśniewski, chyba znowu zachorował na "goleń", tym razem w Szczecinie. Okazało się, iż ból "goleni" był tak silny, że musiał brać leki, jakieś silne, bo i mowa była nieco bełkotliwa i wzrok zmętniały. Zmętniały wzrok chyba jednak nie pasuje do "twarzy LiD-u", jakoś tak psuje cokolwiek jej wygląd?
4
Zaczęło się normalnie: zgłupieliśmy do cna. Zaczęło się od tego, że odnaleziono zagadkowy pęcherz mieszczący się pod naszymi fryzurami i nazwano go mózgiem.



Naukowców zaintrygował ten tajemniczy przyrząd, z którego, jak przypuszczali, wydobywa się nasze myślenie. Przy okazji dostrzegli, że niektóre jego sektory można pobudzać.

Osobnik, umiejętnie trykany w bąbel, mógł reagować zgodnie z intencją badacza. W zależności od dźgnięcia w podrażnione miejsce, skręcał się albo z gniewu, albo ze śmiechu.

Odkrycie to wzbudziło sensację. A także niebywałe poruszenie wśród nauko
Read More
wców parających się wróżbiarstwem. Dotychczas uważano, że ów aparat jest naturalnym zbiornikiem przechowującym smarki. Jednak w obliczu rewolucyjnych odkryć, pogląd ten wyciągnął kopyta na nowych faktach i ulegał gruntownej przebudowie.

Ludzie z charłaczym pomyślunkiem, poczęli domagać się wzmocnienia palety swojej wyobraźni. Prawnicy, ustawodawcy oraz pozostali kuglarze zabiegali o przystawki umożliwiające szybsze błądzenie wśród gęstwy przepisów.



Grupa trzymająca stołki, załoga na służbowych posadach, błagała o przydział markowych widoków na świetlaną przyszłość. Rządzący domagali się odszkodowań przed podjęciem pracy, zwolnienia z przedwyborczych obietnic, a zwłaszcza dożywotnich diet oraz częstszych wyjazdów na Kajmany. Nikt jednak nie pragnął turbiny z roztropnością, ale mimo to postarano się wykorzystać w praktyce nowy przebój i uruchomiono produkcję zasilaczy.

Najlepiej sprzedawały się wkładki do uprawiania sexfigielków; wzmacniacze z erotycznymi przeżyciami, szły, jak woda.



Zwiększały obroty nie tylko u nabywcy, ale też stawiały na nogi puste konta elektrowni. Starczyło je kupić, podłączyć do kontaktu, by wyjść na zdatnego do wyrażania cielesnych uczuć. Zachwycony delikwent ze sztyftem w potylicy, kategorycznie odmawiał spania, jedzenia i przebywania z dala od gniazdka. Dni, noce i pozostały czas spędzał na rojeniach i spekulacjach.



Jednak nie ma niczego za darmo: okazało się wkrótce, że ludzi wciągniętych do igraszek z elektrodami, prześladuje tępota bez umiaru. Powiększają im się wola, na zewnętrznej obudowie uwydatniają się rogowate wypustki przypominające szczęko nóżki, zęby tracą szkliwo i wypadają, a wzrost im się skurdupla.



Widok ten nie napawał niczym dobrym. Przeciwnie. W trosce o ratowanie zdrowia ludności cywilnej i urzędowej, poczyniono odpowiednie kroki: wydano apel o zaniechanie masowej produkcji sexturbin i wprowadzono na nie obowiązkową reglamentację, a na wyroby krajowe nałożono podatek od dziwactwa.



Od tej chwili wszelkie przystawki miały być krótkotrwałe. Warsztaty nie przyjmowały ich do naprawy, jeżeli aparat był u właściciela dłużej, niż kwadrans.



Powiedziano, że skoro nie można inaczej, to niechaj już sobie będą, ale z lichego surowca, wyłącznie na dynamo lub kryształek. Uchwalono, że mają się psuć równo co trzy minuty z dokładnością do pięciu miejsc po przecinku. Łóżkowym Rambo zaproponowano zbieranie znaczków i życie znowu rozpoczęło morderczą walkę z nudą.
6
Wstęp



Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla, że granat, to nie wykałaczka.



Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert, już
Read More
, teraz, natychmiast, pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.



Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, który psuje ustabilizowany i rozkoszny widoczek. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu zorganizowano jubel i zawleczono na głupawą radochę.



Chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu policyjnym beczkowozem.



Nie domaga się zdawkowej litości, tylko równych dróg, jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.



Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

Niestety. O jego losie decyduje człowiek niekompetentny, lecz kompletny. Urzędnik, który jest przekonany, że do śmierci nic mu nie będzie dolegać, że już na zawsze pozostanie sprawny. Reżyseruje mu życie według swoich wyobrażeń o szczęściu kaleki (bezduszność jest córką braku wyobraźni!).



Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania tak, jak przydarzyło się pewnemu projektantowi szpitala, którego dopadł wylew i znienacka przestał cieszyć się dobrym zdrowiem, a znalazł się w upierdliwej sytuacji warzywa. Kiedy po odzyskaniu przytomności chciał zajść do toalety, nie mógł, więc go tam zawieziono. Lecz nie do środka. Dalej musiano go przetłoczyć przez za wąskie drzwi i za wysoki próg uniemożliwiający wjazd wózkiem.



Jakżeby inaczej: zwymyślał się osobiście i gruntownie, że nie przewidział, iż przestrzeń pomiędzy łóżkami na salach powinna być dostosowana do wymiarów wózka, i, jak to ze świeżo upieczonymi nawróconymi bywa, obiecywał wszystkim naokoło, że jak się tylko wygramoli z niedołęstwa, zacznie kombinować mądrzej. Niestety, opamiętanie przyszło za późno.



By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć bez rezerwy, bojaźni, strachu. Naturalnie. Dostrzec nie opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowania prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.



Wystarczy go zrozumieć, by przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.



Rozwinięcie



Na wsi, w małym miasteczku, człowiek chory i to chory PRZEWLEKLE, żyje bezprawnie.



Do rzadkości należy, że jest pełnoprawnym członkiem kochającej go rodziny. Do wyjątków zaliczyć można takiego, czy taką. Przeważnie są to ludzie ukrywani, ludzie, o których mówi się wstydliwym szeptem, mówi się chyłkiem, półgębkiem, z podkulonym, roztrzęsionym wzrokiem i wyłącznie na torturach.



Co rusz dowiadujemy się, że chory, lub chora, byli trzymani w komórce na opał, w piwnicy albo drewutni, na powrozie, czy łańcuchu, że ich morzono głodem. Dla renty, dla uciszenia nieistniejącego sumienia, pozwalano im gnić.



Zakończenie



Dwa tygodnie temu zmuszony byłem wyjechać do miasta. Ostatnio nie zdarza się często, bym robił to z powodów przyjemnościowo-rekreacyjnych. Raczej odwrotnie, gdyż tak zwana pogoda nie nastraja mnie do wychodzenia gdziekolwiek; jeśli opuszczam swój gołębnik, to czynię tak NA SPECJALNE ŻĄDANIE.



Kto nie porusza się za pomocą inwalidzkiego usprzętowienia kołowatego (komercyjna nazwa mojej rikszy), ten nie wie, dlaczego czepiam się doskonałej jakości naszych dróg. Ale kto porusza się TYLKO wózkiem, ten wie, o czym tu nudzę.



Niby likwiduje się architektoniczne bariery, wprowadza udogodnienia i inwalidzie jest przeciętnie lepiej. W dużych aglomeracjach, w centralnych punktach wielkich miast, w sąsiedztwie szlaków zagranicznych turystów, w hotelach, na niektórych dworcach i w ekskluzywnych garkuchniach, silimy się na europejski sznyt, udajemy, że jesteśmy cywilizowani i wrażliwi, jak jasna cholera. Natomiast w Zadupiu Gównianym udawać nie musimy.



KONIEC