reklama
7
Wstęp



Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla, że granat, to nie wykałaczka.



Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert, już, teraz, natychmiast, pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.



Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, który psuje ustabilizowany i rozkoszny widoczek. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu zorganizowano jubel i zawleczono na głupawą radochę.



Chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu policyjnym beczkowozem.



Nie domaga się zdawkowej litości, tylko równych dróg, jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.



Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

Niestety. O jego losie decyduje człowiek niekompetentny, lecz kompletny. Urzędnik, który jest przekonany, że do śmierci nic mu nie będzie dolegać, że już na zawsze pozostanie sprawny. Reżyseruje mu życie według swoich wyobrażeń o szczęściu kaleki (bezduszność jest córką braku wyobraźni!).



Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania tak, jak przydarzyło się pewnemu projektantowi szpitala, którego dopadł wylew i znienacka przestał cieszyć się dobrym zdrowiem, a znalazł się w upierdliwej sytuacji warzywa. Kiedy po odzyskaniu przytomności chciał zajść do toalety, nie mógł, więc go tam zawieziono. Lecz nie do środka. Dalej musiano go przetłoczyć przez za wąskie drzwi i za wysoki próg uniemożliwiający wjazd wózkiem.



Jakżeby inaczej: zwymyślał się osobiście i gruntownie, że nie przewidział, iż przestrzeń pomiędzy łóżkami na salach powinna być dostosowana do wymiarów wózka, i, jak to ze świeżo upieczonymi nawróconymi bywa, obiecywał wszystkim naokoło, że jak się tylko wygramoli z niedołęstwa, zacznie kombinować mądrzej. Niestety, opamiętanie przyszło za późno.



By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć bez rezerwy, bojaźni, strachu. Naturalnie. Dostrzec nie opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowania prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.



Wystarczy go zrozumieć, by przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.



Rozwinięcie



Na wsi, w małym miasteczku, człowiek chory i to chory PRZEWLEKLE, żyje bezprawnie.



Do rzadkości należy, że jest pełnoprawnym członkiem kochającej go rodziny. Do wyjątków zaliczyć można takiego, czy taką. Przeważnie są to ludzie ukrywani, ludzie, o których mówi się wstydliwym szeptem, mówi się chyłkiem, półgębkiem, z podkulonym, roztrzęsionym wzrokiem i wyłącznie na torturach.



Co rusz dowiadujemy się, że chory, lub chora, byli trzymani w komórce na opał, w piwnicy albo drewutni, na powrozie, czy łańcuchu, że ich morzono głodem. Dla renty, dla uciszenia nieistniejącego sumienia, pozwalano im gnić.



Zakończenie



Dwa tygodnie temu zmuszony byłem wyjechać do miasta. Ostatnio nie zdarza się często, bym robił to z powodów przyjemnościowo-rekreacyjnych. Raczej odwrotnie, gdyż tak zwana pogoda nie nastraja mnie do wychodzenia gdziekolwiek; jeśli opuszczam swój gołębnik, to czynię tak NA SPECJALNE ŻĄDANIE.



Kto nie porusza się za pomocą inwalidzkiego usprzętowienia kołowatego (komercyjna nazwa mojej rikszy), ten nie wie, dlaczego czepiam się doskonałej jakości naszych dróg. Ale kto porusza się TYLKO wózkiem, ten wie, o czym tu nudzę.



Niby likwiduje się architektoniczne bariery, wprowadza udogodnienia i inwalidzie jest przeciętnie lepiej. W dużych aglomeracjach, w centralnych punktach wielkich miast, w sąsiedztwie szlaków zagranicznych turystów, w hotelach, na niektórych dworcach i w ekskluzywnych garkuchniach, silimy się na europejski sznyt, udajemy, że jesteśmy cywilizowani i wrażliwi, jak jasna cholera. Natomiast w Zadupiu Gównianym udawać nie musimy.



KONIEC

Comments

  1. 0

    prowokat123 4216 days ago Permalink

    "Sądzę, że decydenci powinni przejść niedługi, a intensywny kurs obłożnego chorowania..."

    Bo bez tego syty głodnego nie zrozumie. Racja.