reklama
9
Standardem w Europie jest, że urzędnik służy petentowi, który odwiedza urząd. W Niemczech np. idąc załatwić sprawę w jakimkolwiek urzędzie możemy liczyć na to, że urzędnicy poczęstują nas kawą czy też herbatą, posadzą w wygodnym fotelu, wysłuchają, a następnie prosząc nas o chwilkę cierpliwości sami pobiegną z naszymi papierami pod ręką do sąsiednich pokoi i załatwią sprawę jak należy. Standardową procedurą jest też informowanie każdego petenta o procedurach i możliwościach załatwienia sprawy bez zbędnej zwłoki, wymaganych dokumentach itp. W owych Niemczech petent nie musi biegać po piętrach, żeby w końcu któryś z urzędników poinformował go o procedurach. Praktycznie sprowadza się to do tego, że przychodząc do urzędu nie musimy odwiedzać kolejnych pokoi, gdyż sprawę załatwia za nas jeden urzędnik. Widocznie w Niemczech urzędnicy mają świadomość tego, że ich pensje pochodzą z podatków płaconych przez petentówpodatników, że wobec społeczeństwa pełnią oni rolę służebną.



Wydawałoby się, że w Polsce, po wejściu do Unii Europejskiej, obowiązywać zaczną te same procedury. Okazuje się jednak, że "Polska, to taka dziwna kraj", gdzie dobre zasady muszą przez szereg lat (a może nawet dziesięcioleci) przebijać się z trudem, aż zostaną uznane za normę. U nas urzędnik, to pan! A petent, który odwiedza urząd, to "natręt", który tylko przeszkadza urzędnikowi w pracy. Nie dziwią większości z nas (a szkoda!) wypowiedzi urzędników w stylu: "wszelkie niezbędne informacje były zamieszczone na tablicy ogłoszeń", "pan przyjdzie jutro, bo pani Jadzia jest na urlopie", "niech pan idzie do pokoju obok, to może tam pan to załatwi", czy też klasyczne, filmowe "nie widzi, że jem śniadanie" itd.



Niemal w każdym urzędzie na terenie powiatu zdarzają się przypadki, że petent musi dobijać się o informacje, a urzędnicy nie kwapią się z samodzielnym ich udzielaniem. Urzędnicy skarżą się często, że mieszkańcy, których obsługują są nerwowi, nie panują nad emocjami, zachowują się agresywnie. Ciekawe jak by się zachowywali ci sami urzędnicy, gdyby ich pozbawić pracy, zasiłku dla bezrobotnych i kazać im utrzymywać rodzinę z zasiłku przyznawanego "z łaski", po wielu bojach i pokonaniu swoistego slalomu po korytarzach urzędu? Czy nie mówiliby wówczas np., "że ten pierdzistołek nie chce ruszyć tyłka"?

Wizyta petenta w urzędzie wcale nie musi być dla niego przykrością, stresem, czy powodem do obaw, że pan urzędnik, czy też pani urzędniczka, obrażą się!

Ale przecież Polska, to jeszcze taka dziwna kraj.